Strajk nauczycieli – analiza

Dziś o temacie, który był bardzo głośny przez ostatnie 2 tygodnie, czyli o strajku nauczycieli oraz tematach z nim ściśle związanych. 8-go kwietnia Sławomir Broniarz, przewodniczący Związku Nauczycielstwa Polskiego powiedział: „Przegraliśmy z krowami i świniami. I to jest policzek, który otrzymała edukacja„. Tym samym rozpoczął się strajk. Objął on (według różnych źródeł) od 49% do 80% szkół w Polsce, w których nie odbywały się lekcje. Tydzień później rozpoczęły się egzaminy gimnazjalne, które próbowano storpedować, jednakże MEN „z łapanki” skompletował kadrę (głównie byli to duchowni oraz emerytowani nauczyciele), która zdołała przeprowadzić te egzaminy. ZNP domagał się 30% podwyżki (zwiększenia o 1000 złotych pensji podstawowej, która podlega później wielu różnym mnożnikom), podczas gdy MEN zaproponował podwyżkę rzędu 16.1% oraz zwiększenie „pensum” (godziny ‚przy tablicy’) z 18 do 24 tygodniowo. Negocjacje nigdy nie posunęły się do przodu ani o milimetr, obie strony okopały się na pozycjach, jak Francuzi i Niemcy w I Wojnie Światowej. Od początku nie było mowy o jakiejkolwiek głębszej reformie systemu edukacyjnego. Nauczyciele chcieli więcej kasy, a rząd zaproponował połowę z tego i zwiększenie czasu pracy. Pod strajk oczywiście od samego początku podpięli się politycy opozycji totalnej i powiązanych z nią mediów, a także celebryci i szeroko pojęte lewactwo.

ZNP przyznaje, że jakość nauczania nie jest rewelacyjna, ale jedyny powód tego stanu rzeczy to (według Broniarzy) niskie pensje dla nauczycieli. Gdyby je podnieść- od razu jakość edukacji wzrośnie diametralnie. Genialne! Podnieśmy też pensje pracownikom ZUSu, wtedy nie będzie trzeba do niego dopłacać. Podnieśmy pensje pracownikom skarbówki, a oni tak ogarną podatki, że przestaną być dla społeczeństwa problemem. Podnieśmy pensje w sądownictwie- od razu sprawy będą toczyły się szybko i nie będzie żadnych kontrowersyjnych wyroków. Skąd jednak wziąć pieniądze na te podwyżki? No jak to skąd? Wystarczy podnieść pensje w ministerstwie finansów, a wówczas oni już znajdą kasę.

Co ja o tym strajku myślę? Mam ekonomiczne poglądy dosyć ‚korwinowskie’, więc kilku czytelników (zwłaszcza pracowników budżetówki) może się dzisiaj na mnie obrazić za ten tekst. Według mnie- potrzebna jest diametralna reforma całego systemu, odziedziczonego jeszcze z PRL, a nie zmiany kosmetyczne, polegające wyłącznie na podwyżkach. Nawet nie wiem, czy łatwiej (niż reformować) nie byłoby tego bajzlu zlikwidować w pizdu i zbudować od nowa na zdrowych zasadach (to samo sądzę o Unii Europejskiej).

Przede wszystkim powinno się zlikwidować postkomunistyczną „kartę nauczyciela” i inne „dedykowane” sposoby zatrudnienia. Nauczyciele powinni być zatrudniani na tych samych zasadach, co wszyscy inni Polacy i mieć prawo do tych samych (czyli prawie żadnych) bonusów. Obecnie prezentuje się to następująco: 56 dni wolnych w roku (nie licząc weekendów) oraz prawo do wzięcia pełnopłatnego urlopu „na podratowanie zdrowia”, który może w sumie wynieść nawet 3 lata (!!!). Jest też dodatek motywacyjny, trzynasta wypłata, nagrody jubileuszowe (za 20,25,30,35 i 40 lat pracy, co w sumie daje 8 dodatkowych pensji) i inne świadczenia socjalne.

Druga rzecz to żenująco niskie pensum (czyli godziny ‚przy tablicy’, wszystko ponad to dodatkowo płatne nadgodziny). W żadnym kraju OECD pensum nie jest niższe, niż w Polsce. W przeliczeniu na godziny zegarowe na tydzień prezentuje się to następująco: Polska:13,5, Czechy:17, Włochy, Belgia, Litwa i Rumunia:18, Francja i Holandia:20, Słowacja:22, Bułgaria i Węgry:24, Niemcy:26, Turcja:30 (!) godzin.

Stawiane przez wszystkich za wzór Niemcy mają 26 godzin pensum, czyli prawie dwukrotnie więcej, niż Polska, przez co mają od nas o połowę mniej nauczycieli per capita. Do tego w Niemczech dochodzi problem multi-kulti (gdy pół klasy nie mówi po niemiecku) i zróżnicowanie religijne, co mocno utrudnia prowadzenie lekcji. ZNP na ten argument odpowiada: W Polsce nauczyciel pracuje 47 godzin w tygodniu (dane ‚bezstronnego’ Instytutu Badań Edukacyjnych). Wychodzi więc, że na jedną godzinę pracy „przy tablicy” (w cudzysłowie, bo na ogół jest to siedzenie na krzesełku, a nie stanie przy tablicy) nauczyciel musi poświęcić 2.5 godziny innej pracy na „zadania dodatkowe”, głównie mowa jest o sprawdzaniu klasówek (które dzisiaj najczęściej są testami ‚abcd’, dającymi się sprawdzić w 15 sekund). Gdyby podobnie było w Niemczech (2.5 godziny dodatków na 1 godzinę lekcji), to tamtejsi nauczyciele musieliby pracować jakieś 90 godzin tygodniowo, a pracują około 40. Trzeba więc logicznie wyjaśnić, skąd bierze się ta różnica. Pierwsza (najbardziej prawdopodobna) możliwość jest taka, że nauczyciele w Polsce pracują dużo mniej, niż 47 godzin tygodniowo, a tajemnicza liczba 47h powstała z powodów męczennikotwórczych. Druga możliwość jest taka, że w Niemczech nauczyciele mają mniej obowiązków pozalekcyjnych, niż w Polsce, więc mogą tam poświęcić więcej czasu na prowadzenie zajęć (ciekawostką jest fakt, że w Niemczech nauczyciele nie mają płacone za wakacje). Pan Broniarz miał co najmniej 10 lat, aby sytuację zbadać i opisać, a teraz przedstawić jako model do skopiowania w Polsce w celu odciążenia nauczycieli z dodatkowych, zbędnych obowiązków. Prezes ZNP nie zrobił tego i jedyny jego postulat to żywa gotówka przy braku jakichkolwiek innych zmian, co z miejsca skazuje strajk na porażkę.

Kolejna rzecz to urynkowienie pracy nauczycieli zgodne z teorią popytu i podaży. Obecna sytuacja jest idiotyczna- wszyscy nauczyciele (o tym samym stażu) zarabiają tyle samo i tego Broniarz nie pozwoli tknąć. Ja mam dwóch kolegów- obaj są kierowcami. Jeden wczesnym rankiem rozwozi soki jednodniowe po sklepach, a drugi jeździ TIRami (z ADR) po całej Europie. Czy oni powinni zarabiać tyle samo? Wszak obaj wykonują ten sam zawód. Tu jednak działa wolny rynek i kolega nr1 zarabia 5 razy mniej, niż drugi ziombel. Szef kolegi numer 2 bardzo by mu chciał zapłacić tyle, co za rozwóz soków, ale wtedy nikt chętny się nie zgłosi na taką ofertę pracy. Dlatego zmuszony jest sięgnąć głębiej do portfela. Z nauczycielami powinno być dokładnie tak samo. Jeżeli nie ma chętnych na dane stanowisko, to wtedy (i tylko wtedy) podnosimy pensję, proste jak konstrukcja cepa. W obecnym systemie edukacyjnym występują braki nauczycieli niektórych przedmiotów (informatyka i języki obce, bo w tych sektorach łatwo znaleźć pracę poza szkołą), a jednocześnie nadmiar nauczycieli innych przedmiotów (muzyka, plastyka, w-f, biologia, geografia i inne, których pożądanie na rynku pracy jest niewielkie). Zróżnicowanie występuje też na poziomie geograficznym (tam gdzie wysokie bezrobocie- dużo łatwiej o nauczyciela). Pan Broniarz chce utrzymać system, gdzie wuefista z Pcimia Dolnego ma dostać podwyżkę, ponieważ dyrektorka szkoły z Warszawy nie potrafi znaleźć nauczyciela języka szwedzkiego. Zresztą ofert pracy dla nauczycieli wcale nie jest tak wiele, w porównaniu z innymi zawodami. Sporo z nich jest długoterminowe (np. zatrudnienie od września) i wisi przez pół roku, ponadto sporo z tych wakatów jest już „zaklepane” zanim w ogóle pojawi się ogłoszenie. Wyobrażacie sobie ogłoszenie o pracę: „Przyjmę magazyniera od września?” 🙂 Na wolnym rynku ogłoszenia są „na już”, a wręcz „na wczoraj”, a dla nauczycieli są „na za pół roku”, co ma być niby dowodem na to, że chętnych nie ma. Prawda jest taka, że chętnych jest sporo (poza informatykami i językowcami, gdzie z braku ogarniętych chętnych trzeba obniżać poziom nauczania i przyjmować do pracy jakieś ofermy). Uczelnie humanistyczne zawsze były najbardziej oblegane przez maturzystów (trudno się tam dostać, ale łatwo potem taką uczelnię ukończyć, co jest kuszące dla absolwentów szkół średnich, którym głównie balanga w głowie), a po obronie magistra większość absolwentów humanistycznych nie potrafi znaleźć pracy w zawodzie. Szkoły są w stanie wchłonąć tylko nielicznych z nich (dla porównania, w tych „wspaniałych” Niemczech braki nauczycieli sięgają nawet 30%, u nas to kilka procent, co jest zjawiskiem naturalnym przy obecnym poziomie bezrobocia). Zjawisko widać dobrze po rotacji pracowników, a raczej jej braku. Ze szkoły (podobnie jak z urzędów) mało kto się zwalnia sam, z powodów rynkowych. Na ogół wolne miejsca pracy w szkołach spowodowane są przejściem na emeryturę któregoś z dotychczasowych nauczycieli, ewentualnie zdarzają się sytuacje „życiowe”, gdzie np. mąż nauczycielki znalazł dobrą pracę za granicą, więc ona się zwalnia i wyjeżdżają z całą rodziną. Spora część nauczycieli pracuje w jednej szkole przez całą karierę, czyli jakieś 40 lat w jednym miejscu pracy. Nie jest to więc najpodlejsza możliwa posada (co mówią Broniarze), bo nikt ich tam siłą nie trzyma. Moje doświadczenia z rotacją pracowników (zwłaszcza z lat 2000-2005, gdy wchodziłem na rynek pracy) są dokładnie odwrotnie, niż w szkołach. Pracowałem kiedyś w blaszanej hali, ze stawką 5zł/h na śmieciówie, gdzie rano nawet nie wiadomo było, ilu ludzi się pojawi w pracy. Tego nie wiedział nawet brygadzista. Ilu będzie nowych? Ilu dotychczasowych zrezygnowało? Who knows? Po przepracowaniu tam 3 tygodni- byłem w tej firmie już członkiem „starej gwardii” i przeprowadzałem… szkolenia! W obecnym tygodniu też widzę efekt rynku. Miałem ten tekst napisać już w piątek, ale szef mi zadzwonił błagalnym głosem, czy bym nie przyszedł do roboty na sobotę i niedzielę, bo on nie ma ludzi. Powiedziałem, że nie. On na to, że daje za te dni 50% kasy więcej, niż normalnie. A, no to trzeba było tak od razu! Dlatego piszę to dopiero teraz. Po takich „rynkowych” doświadczeniach, gdy widzę moją nauczycielkę historii z podstawówki, która od 35 lat pracuje na tym samym stanowisku i nigdy się nie wysilała (przeklinała na lekcjach i przychodziła na kacu), a teraz domaga się podwyżek, śpiewając piosenkę o krowach na youtube- czuję niesmak i delikatnie ujęty brak identyfikowania się ze strajkującymi. Dlatego trzeba urynkowić pracę nauczycieli. Każda szkoła (dyrektor i samorząd) niech sobie indywidualnie ustalą, jaką kto ma dostać wypłatę, bo system dotychczasowy, w którym każdy ma mieć tyle samo- jest chory, niewydolny i rodzi patologie, z nepotyzmem i załatwianiem stanowisk po znajomości na czele.

Trzecia rzecz to jakość pracy nauczycieli. Obecnie nie ma żadnej skali porównawczej, najważniejsze są stosunki z dyrektorem szkoły. Jeżeli nauczyciel ma sympatię dyrektora, to spokojnie może prześlizgnąć się przez życie po najmniejszej linii oporu (wystarczy tylko, że przychodzi fizycznie do pracy, nie wywołuje skandali i niekiedy wystawia oceny uczniom), a nie grozi mu żadna nagana, nie mówiąc już o zwolnieniu. Nikogo nie interesuje to, że taki nauczyciel ma, mówiąc kolokwialnie „wyjebane” na uczniów. Oczywiście taki gagatek obecnie zarabia dokładnie tyle samo, co nauczyciel, który bardzo się stara i poświęca uczniom więcej czasu oraz serca. Należy to zmienić, wprowadzając system badania jakości pracy nauczycieli i na tej podstawie wypłacać wynagrodzenia (a najgorszych zwolnić w pizdu, bo demoralizują młodzież). Należy też zakazać pracy w domu, bo wtedy powstają mity o jakichś 47 godzinach. Przychodzi jeden z drugim na 3-4 lekcje do szkoły, a potem płacze, że pracuje 47 godzin (z czego na 35 nie ma żadnych świadków). Niech nauczyciele przychodzą na 8 godzin do szkoły, odbijają kartę ewidencji i w tym czasie (poza lekcjami) niech sprawdzają klasówki oraz przygotowują się do nauczania. Będą mieli wówczas 40 godzin, a nie 47, więc chyba sami powinni za tym lobbować? 😉 Taki system motywacyjny zadziałałby owocnie na jakość nauczania. To nieprawda, co mówi Broniarz, że jak wszyscy nauczyciele dostaną podwyżkę, to nagle zaczną się starać. Etos pracy wynosi się z domu i źle opłacony luj- nawet po podwyżce pozostanie lujem. Najgorszych nauczycieli należy po prostu usunąć z zawodu, zmniejszając całkowitą liczbę nauczycieli o około 40%, dostosowując ją do poziomu zachodniego (warunki do przeprowadzenia tych zmian są doskonałe przy żenująco niskim pensum, niskim przyroście naturalnym i dużym polu do zmniejszania pozalekcyjnych obowiązków), a zaoszczędzone w ten sposób pieniądze przekazać na podwyżki tym nauczycielom, którzy mają misję i starają się uczyć.

Awanse zawodowe nauczycieli też są obecnie do zmiany. Przeciętna kariera nauczyciela trwa 45 lat. Przez pierwsze 9 miesięcy jest on stażystą, po kolejnym roku ma on już status „kontraktowego”, a po kolejnym roku (czyli po 2 latach i 9 miesiącach) jest on dyplomowany, bądź mianowany. I koniec. Zostają więc 42 lata i 3 miesiące pracy, gdzie już nie można „wbić” żadnej kolejnej rangi. Obecne rozplanowanie stopni awansu jest więc „troszeczkę” niesymetryczne. To tak, jakby grać w grę RPG i po 5 minutach mieć maksymalny poziom rozwoju postaci i grać tak przez kolejne 2 dni.

Reasumując- należy usunąć przywileje, urynkowić wynagrodzenia oraz nagradzać najlepszych i zwolnić najgorszych nauczycieli. Gdyby na tym polegał ten strajk- poparłbym go w 100%. Pomysł „bonu edukacyjnego” też uważam za dobry, bo to zmotywowałoby dyrektorów szkół do podnoszenia jakości usług, bo obecny system to „czy się stoi, czy się leży- 3 tysiące się należy„. Nie podejmuję się tu tematu zmiany programu nauczania, bo to osobna „stajnia Augiasza”, którą należy całkowicie zrewolucjonizować.

Sławomir Broniarz, prezes ZNP

Teraz pokrótce opiszę moje osobiste doświadczenia z nauczycielami. Ja byłem dosyć zdolnym dzieckiem, czytać i pisać potrafiłem już w przedszkolu, nieraz z nudów czytałem encyklopedię czy gazety (które wtedy nie były jeszcze tak upolitycznione i clickbaitowe, jak dziś). Na lekcjach na ogół się nudziłem, bo niestety zawsze poziom nauczania dostosowany był do największego w klasie imbecyla (to kolejna rzecz którą należałoby zmienić- po pierwszym, „rozpoznawczym” semestrze stworzyć nowe klasy pod względem „kumatości” uczniów i dla każdej z nich realizować inny materiał nauczania, aby szlifować talenty i nie pogrążać upośledzonych). Z tego powodu ja już na dzień dobry straciłem motywację do nauki w szkole i wolałem dokształcać się sam. Uczyłem się bardzo mało (jeśli chodzi o program szkolny, bo swoich własnych zainteresowań uczyłem się bardzo dużo), w domu praktycznie w ogóle nie poświęcałem czasu na rzeczy związane ze szkołą. Zadania domowe rozwiązywałem na lekcjach, co wystarczyło na średnią ocen końcowych w okolicach 4,0. Lekcje były dwojakie- albo coś wiedziałem już wcześniej i przez 45 minut rozmyślałem o niebieskich migdałkach, albo uznałem, że przekazywana wiedza jest tak bardzo niepotrzebna, że ją bojkotowałem, aby nie zaśmiecać sobie głowy pierdołami (potem był problem z oceną, ale miałem to gdzieś). Do szkoły chodziłem w latach 90-tych, czyli chyba w najbardziej szalonej dekadzie, gdy masowo likwidowano przemysł (zwłaszcza u mnie na Śląsku), kwitła przestępczość, kurestwo, narkomania i robiono niezliczone przekręty. Nie było jeszcze internetu. Zacząłem od przedszkola, którego prawie wcale nie pamiętam, potem była podstawówka, która wtedy była 8-letnia. Uczęszczałem do wielkiego molocha na 2000 uczniów, pochodzących z okolicznych blokowisk. W klasach 1-3 miałem jedną nauczycielkę od wszystkich przedmiotów i tą samą klasę. Ten czas wspominam bardzo dobrze, pani była naprawdę zaangażowana, atmosfera rodzinna i chętnie dałbym tej nauczycielce podwyżkę nawet o 100%. Problemy zaczęły się w 4 klasie i późniejszych. Tam już było profilowanie i co chwilę zmieniali mi skład klasy. Nauczyciele również zmieniali się bardzo często (szkoła była tak duża, że dany nauczyciel na ogół uczył tylko jednego rocznika, co mu wystarczyło na wyrobienie pensum). Tylko niszowe przedmioty z 1 godziną tygodniowo prowadzone były przez nauczyciela dłużej, niż 1 rok. Pozytywnie wspominam chyba tylko nauczycielkę polskiego- starszą panią, rodzoną przed wojną. Cała reszta to mniejsi lub więksi bumelanci i olewacze, a kilku nauczycieli było wręcz groźnych i niebezpiecznych- powinni oni przebywać w szpitalu psychiatrycznym, a nie wśród dzieci. Ciekawe jest to, że ci zaangażowani nauczyciele zawsze bardzo mnie lubili i miałem u nich piątki, a z olewaczami było dokładnie odwrotnie- nie dość, że niczego nie potrafili nauczyć i lekcje z nimi były stratą czasu, to jeszcze miałem na koniec tróję, albo dwóję.  Moja wychowawczyni „uczyła” plastyki. To chyba największy olewacz w całej szkole. Nie przypominam sobie ani jednego momentu, żeby ona cokolwiek próbowała uczyć. „Lekcja” wyglądała tak, że ona siedziała przez 45 minut przy biurku i czytała gazety lub katalogi Avon, a klasa wariowała na całego. Hałas na jej lekcjach był wręcz szkodliwy dla słuchu. Na plastyce można było robić wszystko- drzeć ryja, biegać, chodzić po stołach, wychodzić z sali, odrabiać zadania, cokolwiek, byle nic nie zniszczyć i nikomu nie zrobić krzywdy fizycznej (psychiczna była dozwolona). Niejednokrotnie na te „lekcje” plastyki wpadał czerwony ze złości nauczyciel z sąsiedniej klasy, który prosił, aby być trochę ciszej, bo on za ścianą nie potrafi prowadzić lekcji. Co ciekawe- taki nauczyciel zwracał się bezpośrednio do uczniów, a nie do nauczycielki, która na ten hałas zezwalała. Gdy ktoś nie wiedział, w której sali „naucza” plastyki pani Basia- można było łatwo to wytropić metodą foniczną. Tam, gdzie największe „larmo”- tam odbywała się plastyka. Ta babeczka „uczy” zresztą do dziś, oczywiście strajkuje. Kolejna dramatis personæ to pani z matematyki. Każda lekcja wyglądała identycznie- najpierw miał miejsce „kredowy trans”, czyli ona pisała bardzo szybko na tablicy przez jakieś 15 minut, nic nie tłumacząc. Wszyscy mieli to przepisać do zeszytu i nie pytać o co chodzi (ja z matematyki zawsze byłem dobry, więc mi to specjalnie nie przeszkadzało, ale 3/4 klasy nie wiedziała o co chodzi i musiała potem brać korepetycje). Po 15 minutach pani nagle bez słowa wychodziła sobie do kibla (uczniowskiego) na papierosa. Wówczas wstawał kolega Marcin, wychodził na środek, zasłaniał usta od strony drzwi wejściowych i głośnym szeptem mówił: „poszła się wyszczać„, a klasa w śmiech. Pani wracała po około 10 minutach i wtedy albo brała jakiegoś nieszczęśnika do tablicy, albo dalej kontynuowała „kredowy trans”. 100% lekcji u taj pani wyglądało właśnie w ten sposób (ani razu nie było lekcji, żeby choć raz nie wyszła zakurzyć fajki, niekiedy wychodziła 2 razy w ciągu 1 lekcji). Historia- tu w ogóle trauma do dzisiaj. Baba niezrównoważona psychicznie, stara panna, wariatka, z wybuchami emocji, przeklinająca, często przychodząca na kacu. Miała bzika na punkcie dat i uczenia się ich na pamięć.  Ani razu nie opowiadała czegoś o historii, tylko po prostu dyktowała: data i zdarzenie, a na klasówkach: podaj datę czegoś-tam. Obrzydziła mi ten przedmiot maksymalnie, choć zawsze się tym interesowałem (na szczęście sytuację uratował pan Boguś Wołoszański). Język niemiecki- pani kompletnie nie radziła sobie z klasą, często wychodziła z płaczem w połowie i już do końca lekcji jej nie było. Często wręcz prowokowała do robienia jej na złość, przypadek szczególny, kompletnie nieprzystosowana osoba. Chemia, biologia, fizyka- niby ciekawe przedmioty, które od dziecka mnie interesowały, ale drętwi nauczyciele obrzydzili mi je. Reszta nauczycieli nijaka, odwalająca robotę niechlujnie. Na koniec podstawówki miałem jeszcze niemiły epizod z nauczaniem indywidualnym, do którego nigdy nie doszło. W 8 klasie po Bożym Narodzeniu zmuszony byłem pójść do szpitala na bardzo poważną operację ortopedyczną. W połowie marca wróciłem do domu, ale przez miesiąc nie mogłem wstawać z łóżka. Do szkoły mogłem wrócić dopiero w kwietniu. Przysługiwało mi w tej sytuacji nauczanie indywidualne, bodajże 30 godzin, aby nadgonić materiał, który był przerabiany przez 3 miesiące mojej nieobecności. Mama wszystko załatwiła, codziennie miał przychodzić do mnie do domu jakiś nauczyciel. Z naciskiem na słowo „miał”. Żaden się nigdy nie pojawił. Matka poszła do dyrektorki zapytać, czemu nie przychodzą i dowiedziała się, że w papierach wszystko się zgadza, więc ma spadać i nie marudzić. Czyli nauczyciele wpisywali w protokół przeprowadzone indywidualne lekcje, liczone do pensum, do tego bonusik za dojazd, a sprawę olewali i szli sobie do domu. Do szkoły wróciłem w kwietniu (pierwszy raz od grudnia) i jak mnie przywitano? W większości przypadków- albo kazano mi pisać zaległe klasówki, albo brano mnie do tablicy i pytano z materiału, na którym mnie nie było. Niektórzy dali się ubłagać, abym zdawał to np. za tydzień czy dwa, ale większość egzaminowała mnie na dzień dobry, w pierwszy możliwy dzień. Była to o tyle chamska sytuacja, że pierwszy raz w życiu zależało mi na ocenach, bo to był końcowy semestr ostatniej klasy i na podstawie dobrego świadectwa można było dostać się do lepszej szkoły średniej bez egzaminu. W pierwszy tydzień po powrocie ze szpitala dostałem bodajże 15 „jedynek” (empatia level belfer), co zrujnowało moją średnią ocen na świadectwie z końcowej, 8 klasy. Dlatego musiałem zdawać egzamin wstępny, który umożliwił dostanie się do renomowanego „ogólniaka”. Tam 90% uczniów to były kobiety i to trochę zaważyło na mojej edukacji, trudno było mi się skupić na lekcjach, gdy pół klasy się we mnie wpatrywało i wysyłało jakieś pokątne liściki. Ale miało być o nauczycielach. Sytuacja trochę lepsza, niż w podstawówce, ale też bez rewelacji. Znów wiodącą część nauczycieli stanowili olewacze, którzy na ogół przez całą lekcję nie podnieśli dupy z krzesła. Miło wspominam panią od polskiego (też przedwojenną), panią od rosyjskiego (która w 1 rok nauczyła mnie więcej, niż jej młoda następczyni przez 3 kolejne lata) oraz księdza z religii- gościu był wręcz rewelacyjny i każdy tylko czekał na religię (po 2 latach niestety wyjechał na misję do Afryki i za niego przyszedł inny ksiądz, totalny buc, który miał zerowy kontakt z klasą). Większość nauczycieli to jednak przeciętniacy, typowi „dyktowacze”. To w ogóle jakieś kuriozum, że uczeń musi codziennie przynosić w plecaku 15kg książek (nie miałem w szkołach czegoś takiego, jak szafka, w której można sobie było coś zostawić), a na lekcjach baba przez 40 minut dyktuje jakąś inną książkę, co trzeba szybko przepisywać do zeszytu (po takiej lekcji prawą rękę miałem 2 razy większą, niż lewą) i uczyć się tego w domu (to samo zresztą było na studiach). W LO przyjąłem gigantyczną porcję wiedzy niepotrzebnej, głównie z chemii (przez 4 lata same wzory do wykucia na blachę i zero doświadczeń chemicznych) oraz biologii (pamiętam kartkówkę, gdzie były 2 pytania: 1) co to jest synsakrum, 2) co to jest dutka, oczywiście dostałem pałę, bo nie widziałem powodu, dla którego miałbym się tego uczyć, zamiast z chłopakami w piłkę pograć). Tak to wyglądało u mnie, potem poszedłem na studia, ale nie ma sensu już o tym teraz pisać, bo temat jest o strajku, a nie o wspomnieniach edukacyjnych RacimiRa.


Postulaty ZNP

Jak każdy się domyśla, strajku w obecnej formie nie popieram. Wydaje mi się, że popierają go tylko sami zainteresowani oraz zindoktrynowane PO-KO-Dziarstwo, które z zasady poprze wszystkie akcje antyrządowe, wspierane przez GW i TVN. Trudno tu nawet używać słowo „poparcie”, bo oni to robią bardziej ze złośliwości wobec PiSu, a nie z sympatii do nauczycieli. Ja mam wrażenie, że strajk został wywołany wyłącznie z powodów politycznych (klasyczna, kolejna już próba wywołania chaosu w państwie w celu uderzenia w znienawidzony rząd). Sami nauczyciele są tu tylko narzędziem w rękach cyników, a ich uczniowie to wręcz pochodna drugiego rzędu, cynicznie wykorzystana jako ‚żywe tarcze’.

Gdyby strajk polegał na tym, o czy pisałem wyżej (gruntowna zmiana całego systemu)- miałby dużo więcej zwolenników w społeczeństwie (także mnie). Niestety postulat ZNP jest de facto jeden, mianowicie- „Wincyj”. Żadnych zmian, żadnej reformy, żadnego usprawniania, tylko żywa gotówka. Czyli konserwacja chorego systemu z korzeniami w czasach PRL. Nauczyciele mieli dostać 16% podwyżki w tym roku (gdzie średnia wzrostu wynagrodzeń dla całej Polski to około 6%), ale pan Broniarz określił to jako „upokorzenie”. Zaproponował on 30% i mediatora w postaci „bezstronnego” Adama Bodnara (akolitę George Sorosa, który ostatnio zajmuje się polowaniem na narodowców i pomaganiem Giertychowi w obronie Austriaka od podejrzanych faktur). Bodnar mógłby być świetnym mediatorem np. w sprawie Diduszko vs Trzaskowski (pani Diduszko, słynna wdowa, obecnie radna w Warszawie zbojkotowała spotkanie wielkanocne w warszawskim Ratuszu, bo zaproszono na nie księdza, co jest dla niej skandaliczne i neofaszystowskie). W tej sytuacji mediatorem mógłby być pan Bodnar, bo oba środowiska (Diduszko i Trzaskowski) są mu bliskie. Natomiast w strajku nauczycieli życzyłbym sobie kogoś bardziej bezstronnego. Wydaje mi się, że Broniarz rzucił tego Bodnara tylko dlatego, aby przeciągnąć strajk w czasie, gdyż w tym momencie myślał, że czas działa na jego korzyść.

Z każdym dniem ten strajk robił się coraz bardziej żenujący, co tylko zmniejszało dla niego poparcie wśród społeczeństwa. Rodzice są coraz bardziej podirytowani, nierzadko muszą brać urlopy na żądanie, aby zająć się dziećmi.

Kilku radnych z PO z różnych miast i gmin „obiecało” nauczycielom, że dostaną za czas strajku 100% wynagrodzenia. Rząd mówi, że to niemożliwe, bo w prawie wyraźnie jest napisane, że za czas strajku nie przysługuje wynagrodzenie. ZNP uznał to za skandal,  „szczucie” i „stręczenie”, bo przecież radni z Platformy im obiecali… To tak, jakby radny z Ruchu Narodowego obiecał pomnik Żołnierzy Niezłomnych w każdym mieście w Polsce, a potem narodowcy płakali, że Trzaskowski i Zdanowska złamali (cudze) obietnice.

Uruchomiono też specjalny fundusz strajkowy, szeroko promowany w mediach antypisowskich, jako „pospolite ruszenie”. Wyborcza pisała, że Polacy bardzo hojnie wpłacają hajs, Onet napisał, że emeryci masowo oddają „Jarkowe” na nauczycieli. Zebrano łącznie jakieś 2 miliony złotych, czyli na każdego nauczyciela wychodzi po 4zł (koszt utrzymania nauczycieli to około 3 miliardów złotych miesięcznie). Podejrzewam, że nauczyciele zobaczą te pieniądze jak świnia niebo (zresztą wyszłoby po drożdżówce czy butelce coca-coli), a zebrana kasa podzieli los skarbonek Kijowskiego, albo zbiórki na Seicento.

Pod strajk błyskawicznie podpięli się ci, co zawsze. Anja Rubik, Maja Ostaszewska, Maciej Stuhr i oczywiście wszyscy powiązani z opozycją totalną i jej mediami. Nie zawiodła „królowa logiki”, pani Joanna Schuering-dość-dyktatury-kobiet-Wielgus, która zaserwowała na Twitterze kolejny niezły szmonces. Jej syn właśnie napisał egzamin (przeprowadzony przez „łamistrajków”, wygwizdanych przez KOD i obrażanych przez nauczycielskie „szpalery wstydu”), ale oboje wspierają strajk. Skoro wspierają strajk, to syn powinien zbojkotować egzaminy i powtarzać cały rok nauki. Przypomina się słynne „to nie jest protest polityczny” z ubiegłorocznego protestu opiekunów osób niepełnosprawnych. (swoją drogą- pani Iwona Hartwich z tamtego protestu użalała się, że jej syn wymaga całodobowej opieki, a dziś tenże „ubezwłasnowolniony” syn jest Radnym POKO w Toruniu, a ona sama mocno zabiega o wystawienie jej na listach do europarlamentu, czyli o 4-letnią emigrację do Brukseli, skąd dosyć trudno będzie świadczyć całodobową opiekę dla syna).

Strajk obecnie staje się już totalnym pośmiewiskiem, a Kaczyński znowu rozegrał rywali jak dzieci (co nie było zbyt trudne- wystarczyło po prostu nic nie robić i pozwolić rywalom dokonać samozaorania). Porządny strajk powinien być przede wszystkim całodobowy, a strajkujący powinni być autentycznie wkurwieni. Tymczasem opisywany strajk polega na tym, że część nauczycieli przychodzi do szkoły na kilka godzin, a część w ogóle nie przychodzi. Poświęciłem przed chwilą 30 minut na przejrzenie kilku pejsbukowych fanpejdży nauczycielskich i moja sympatia do strajku jeszcze się zmniejszyła. Publikowane są tam setki zdjęć i filmów protestujących nauczycieli. Praktycznie wszyscy są tam uśmiechnięci od ucha do ucha (skoro mają nóż na gardle, to z czego się cieszą?). Pod postami wklejane są głównie „słitaśne” gify- serduszka, misiaczki, słoneczka, kotki, pieski. Jak dzieci z przedszkola.

Nastała także moda na masowe nagrywanie przez nauczycieli durnych piosenek. Zrobił się z tego wręcz festiwal, w którym każda szkoła powinna nagrać swoją piosenkę. Niby mają być one śmieszne i satyryczne, ale w mojej opinii- nawet Tadeusz Drozda, Studio YAYO i Karol Strasburger mają dużo lepszy żart, niż nauczyciele. Protest-song powinien być jeden, ale dobry, który zostanie zapamiętany na dekady. Coś jak „Imagine”, „Wind of Change” czy „Mury” Kaczmarskiego. Tymczasem piosenki nauczycieli wydają się być pisane na kolanie w kiblu i obowiązkowo śpiewane z kartki, bo od kucia na blachę są uczniowie, a nie nauczyciele. Naprawdę mi smutno, gdy to widzę. Nawet nauczyciele z mojej podstawówki nagrali jeden „przebój”, który wrzucili na youtube. Musiałem to wyłączyć po minucie z wielkim uczuciem zasmucenia, po prostu nie zdzierżyłem do końca tego zobaczyć. Moja propozycja na humor strajkowy jest następująca, z dedykacją dla uczniów, którzy z powodu protestów nie będą mogli podejść do egzaminów i będą zmuszeni powtarzać rok:

https://www.youtube.com/watch?v=EEsbyPWTshE

Obowiązkowym wyposażeniem strajkujących nauczycieli są krowy i świnie, które stały się oficjalnymi maskotkami protestu. To kolejne kuriozum, które obniży sympatię społeczną dla tej grupy zawodowej. Według mnie- skoro już koniecznie musieli porównywać się do zwierząt, to już lepszy byłby dzik (też głupie, ale nie aż tak bardzo, jak krowa). Chodzi o starania PiS o włączenie polskich rolników w unijny program dopłat dla krów i świń. Taki program funkcjonuje w UE od dawna i hojnie czerpią z niego rolnicy z zachodniej Europy. Platforma Obywatelska „zapomniała” zapisać Polskę do tego programu, przez co polski rolnik nigdy tej kasy nie dostawał, w przeciwieństwie do rolnika niemieckiego czy holenderskiego. Kaczyński zapowiedział, że jego partia zawalczy o włączenie Polaków do tego programu. Powinno się wręcz wyjaśnić, dlaczego polski rolnik był przez wiele lat poszkodowany i kto jest za to odpowiedzialny, ale retoryka mediów „totalnych” była zupełnie odwrotna, czyli: „Kaczor rozdaje pieniądze dla patologii ze wsi, a na elitę nauczycielską skąpi„. Sprawę podchwycili nauczyciele, który otaczają się maskotkami krów i świń oraz śpiewają o nich piosenki. To jest wręcz niesamowite! Jeżeli nauczycielom nie podobają się dopłaty do krów, to niech z tym problemem idą do Timmermansa.


Przypomniała mi się jeszcze sytuacja sprzed 23 lat z gali rozdania „Fryderyków”, gdzie  (nastoletnia wówczas) Agnieszka Chylińska powiedziała do nauczycieli „Fuck off, nienawidzę was„. Wtedy niemalże wszyscy chwalili Chylińską, a zachwytom nad jej „odwagą” nie było końca. Mówiono, że w końcu ktoś głośno powiedział to, co myśli większość społeczeństwa. Dzisiaj Chylińska jest symbolem TVNu i „postępowej” części społeczeństwa. Lisowy portal „Natemat” nawet napisał artykuł: „Polska Chylińskiej kontra Polska Zenka Martyniuka„. Czyli wiadomo- Martyniuk to PiS, husarze wyklęci, Janusze, patola z 500+, katolstwo zaściankowe, bicie żony, sandały do skarpet, 5-litrowa woda „Oaza” z Biedronki i szpachlowany Golf dwójka z dziurawym tłumikiem. Chylińska to z kolei nowoczesność, Europa, wykształcenie, podróże, segregowanie śmieci, demokracja, praworządność i sprzątanie kupy po psie. Wszystko fajnie, ale jak to się ma do jej starej wypowiedzi o nauczycielach? Ano, mądrość etapu została zmieniona. Zresztą o czym tu mówić, Chylińska zbluzgała nauczycieli 23 lata temu, więc sporo czasu minęło. Gazeta Wyborcza zmieniła „mądrość etapu” w ciągu… miesiąca. 26-go lutego 2019, czyli miesiąc przed strajkiem (gdy jeszcze nie wiadomo było, że się on odbędzie)- na okładce organu Michnika, który jawi się gazetą „lewicową”- pojawił się alarmujący tekst: „PiS hojnie rozdaje NASZE PIENIĄDZE. Partia rządząca uległa naciskowi zarówno grup społecznych, jak i kalendarza wyborczego„. I obok grafika z zapowiedzią 16.1% podwyżki dla nauczycieli w tym roku. Minął miesiąc i już „mądrość etapu” zmieniona o 180 stopni. Czerska już całym sercem popiera strajk i uważa, że 16.1% podwyżki to jakieś ochłapy, bo powinno być 30%. Reklamują nawet fundusz strajkowy, gdzie ponoć przeznaczą cześć pieniędzy z płatnego abonamentu (niekiedy można go ‚zdobyć’ w promocji za 1zł, więc się nie wykosztują zbytnio, ale dobry marketing to podstawa). Te same „elyty” wielbią też piosenkę „Another brick in the wall„. Podejrzewam, że gdyby przetłumaczyć jej słowa na polski i wklejać to na pejsie pod tekstami o strajku (nie pisząc źródła), to autor tych postów byłby masowo wyzywany przez „elytę” od ruskich i PiSowskich trolli.


Co dalej ze strajkiem? Pierwotnie planowano ciągnąć protesty aż do wakacji i matur, które miały być odwołane, a uczniowie klas maturalnych mieliby powtarzać cały rok. Potem temat miał być wałkowany przez całe wakacje (już bez strajku, bo nikt nie zrezygnuje z 2 darmowych pensji), jako element Permanentnej Rewolucji. W wyniku tego zamieszania miałby upaść rząd. Teraz już wiadomo, że nic takiego się nie stanie i prawdopodobnie po świętach (najdalej po długim weekendzie majowym) strajk zostanie zakończony (po cichu, tzw. „wycofanie rakiem”). Zarówno nauczyciele, jak i opozycja totalna w ostatnich dniach zaczęli szybko tracić poparcie. Jako przykład podam 3 świeżutkie sondaże, zlecone przez podmioty, jawnie sympatyzujące ze strajkiem (a więc realnie jest pewnie dużo gorzej dla nauczycieli). Sondaż Kantar dla Faktów TVN z 15-16 kwietnia wykazał, że 49% Polaków nie popiera strajku, a 47% go popiera. Najliczniejszą odpowiedzią było: „zdecydowanie nie popieram„. Tydzień wcześniej w podobnym sondażu dla Gazety Wyborczej- 52% osób popierało strajk, a 42% nie popierało, czyli spadek poparcia dla strajku jest bardzo wyraźny w stosunkowo krótkim okresie czasu. W sondażach poparcia wyborczego PiS i POKOT szli dotychczas (przed strajkiem) łeb w łeb, ciesząc się sympatią około 30-32% wyborców. Od czasu strajku nauczycieli zmieniło się to diametralnie. Dzisiejszy sondaż do eurowyborów (z 17 kwietnia), zlecony przez postkomunistyczno-KODziarski tygodnik „Polityka” daje w PiSowi aż 35%, a POKOTowi zaledwie 23%. Kolejny sondaż (opublikowany wczoraj) dla niemieckiego Onetu (badania dotyczyły parlamentu krajowego) daje PiSowi 35%, a PO: 20%. Katastrofa dla „totalnych”. Cytując klasyka: „Doktor Rintelen czekał nadaremno, pucz się nie udał„. Obecnie strajk jest w fazie wygaszania i mam wrażenie, że zaczyna stanowić coraz większy problem dla jego zwolenników, którzy chcieliby cofnąć czas i odwołać całą zabawę. Miało być obalenie rządu, a wyszedł kolejny nieudany ciamajdan, który w dodatku spowodował spadek sympatii społecznej dla nauczycieli i opozycji totalnej. Nawet Gazeta Wyborcza i TVN już o nim prawie nie mówią (a jak już coś mówią, to z pozycji obserwatora, jawnie krytykując ZNP, a nie jak wcześniej- z pozycji mocno zaangażowanej). Na „gazecie” jedyny tekst o strajku to w tej chwili całkiem (jak na nich) obiektywny: „Nauczyciele przegrywają z PiS-em. I to na własne życzenie ich związków„. Broniarz jeszcze chlapnął: „Nawet pedofil może mieć uprawnienia pedagogiczne” i nikt nie wie, o co mu chodziło w tej wypowiedzi. Od 2 dni głównym newsem medialnym jest pożar katedry Notre Dame w Paryżu, a nauczyciele zeszli na dalszy plan. Wszyscy są już tym zmęczeni. Kolejne szkoły wracają cichaczem do pracy. Wszyscy odcinają się od wszystkich, ale synchronizacja i „przekazy dnia” kuleją. Sławomir Nitras z PO, prywatnie pirat drogowy i wielbiciel białego proszku, powiedział dzisiaj rano w wywiadzie dla Czerskiej: „Powinniśmy być krok wycofani, żeby nikt nie zarzucał nauczycielom, że to protest uzgodniony z nami. Wszyscy przecież wiemy, że przy żadnym stoliku liderzy ZNP i PO nie ustalili tego protestu„. Tymczasem tydzień wcześniej sprawa wyglądała TAK. Również dziś w tygodniku „Polityka” czytamy nieaktualną „mądrość etapu”, czyli: „Koalicja zdecydowanie poparła protestujących, choć zdania Polaków w sprawie protestu są mocno podzielone. Być może to właśnie wpłynęło demobilizujaco na tych wyborców opozycji, którym nie spodobał się strajk i jego powiązanie z polityką partyjną„. Czyli Platforma mówi, że nie ma nic wspólnego ze strajkiem, odcinając się od nauczycieli z powodu spadku poparcia społecznego, a „Polityka” używa jeszcze starej, nieaktualnej retoryki, mówiącej o PO jako obrońcach edukacji przed zaściankiem faszystowskim, który woli dofinansować krowy. Jakby tego było mało- wychodzę sobie dziś rano z domu po bułeczki, a tu wita mnie wielki billboard wyborczy: „Zalewska ucieka do Brukseli- niech opowie co zrobiła dzieciom” (co ciekawe- nie ma tam w ogóle logo PO- wydali kasę na kampanię i nawet się nie podpisali pod tym, Robert Biedroń lubi to). Znów nieaktualna mądrość etapu, wszak dzisiaj PO oficjalnie nie ma kompletnie nic wspólnego z tym strajkiem, ale kampanię billboardową załatwiać trzeba co najmniej z tygodniowym wyprzedzeniem…

Strajk można uznać za zakończony. Oficjalnie niby jeszcze trwa, ale nikt się do niego nie przyznaje (ani media lewackie, ani politycy, jedynie nauczyciele, bo nie mają wyjścia). To coś jak z Mateuszem Kijowskim. W czasie świetności KODu, gdy Kijowski był wręcz bóstwem- w maju 2016 (największe zgromadzenie KODziarzy w historii, około 60.000 ludzi) Schetyna siłował się na scenie z Ryszardem Petru, żeby stanąć bliżej Kijowskiego. Dzisiaj na dźwięk słowa „Kijowski” każdy polityk „totalnych” ucieka, gdzie pieprz rośnie. Dokładnie to samo jest z Broniarzem i strajkującymi nauczycielami. Jeszcze 2 tygodnie temu każdy polityk, działacz czy dziennikarz antypisowski- aktywnie wspierał protest nauczycieli i chciał się pokazać w mediach z Broniarzem. Dzisiaj już im przeszło, a nauczyciele zostali z tym protestem, jak Himilsbach z angielskim. Szkoda, bo przepadła szansa na reformę polskiej edukacji, która jest bardzo potrzebna. Była na to szansa, gdyby strajk uwzględniał głębokie zmiany w szkolnictwie i nie był upolityczniony od pierwszego dnia. Na strajku wygrał PiS (który de facto nic nie robił), a przegrali nauczyciele, uczniowie i opozycja totalna.

[EDIT] 26.04.2019

Pan Broniarz właśnie obwieścił, że strajk zostaje zawieszony do 1-go września. Zawieszenie zacznie się w… sobotę o 6 rano (na początku weekendu i przed majówką, gdzie akurat strajk nie przeszkadzałby uczniom, ale też nie byłoby darmowych dni do wypłaty). Nauczyciele nic nie osiągnęli, a stracili zaufanie społeczne i sympatię uczniów oraz rodziców. Wszyscy oczywiście odtrąbili sukces. Podsumowanie „faszystowskie” wygląda tak:

1. Bądź nauczycielem.2. We wrześniu wracasz do pracy, bo nie ma wątpliwości, że żadnego strajku nie będzie.3. Już od…

Opublikowany przez Lemingopedia Czwartek, 25 kwietnia 2019

natomiast posumowanie „demokratyczne” wygląda tak:

RacimiR, 17.04.2019, edytowano 26.04.2019


PS: Wielkie dzięx dla filantropki Joanny, a także dla Zbyszka, Wojciecha oraz Kamila za ostatnie wpłaty!

PS2: W wielką sobotę wypada ważna rocznica, ja już z tej okazji zakupiłem łatwopalną euro-paletę oraz paczkę „Pryncypałków”, zaraz będę piekł torcik i szukał na mapie jakiejś fajnej miejscówki w środku lasu. Radzę nie zwlekać z zakupem „Pryncypałków”, bo faszyzm w Polsce jest powszechny, więc może ich wkrótce zabraknąć w sklepach. Producenci zniczy jakieś 90% swoich wyrobów wyrabiają pod kątem Święta Zmarłych, analogicznie producenci „Pryncypałków” przygotowują się na 20 kwietnia.


A na koniec coś z zupełnie innej beczki- marksiści osiągnęli kolejny poziom „postępu” (chciałem to wrzucić na pejsa, ale po 10 sekundach usunęli i zagrozili, że jak to spróbuję jeszcze raz wrzucić to będzie ban, co za faszyści zaściankowi):

41 myśli w temacie “Strajk nauczycieli – analiza

  1. Może reforma edukacji nie została zaprzepaszczona. Morawiecki tydzień temu zapowiedział okrągły stół w sprawie oświaty, ma do niego zasiąść rząd, samorządowcy, nauczyciele, rodzice, ponoć także zaproszona ma być opozycja.

    od RacimiR: Nie ma szans, to będzie kolejna polityczna impreza z obrzucaniem się błotem w roli głównej, w której dobro dzieci zejdzie na dalszy plan.

    • No i wlasnie tak bylo.
      Zarowno znp z bodniarzem na czele jak i maowiecki z kliką okopali sie na swoich stanowiskach. Temat spotkania tylko jeden: kasa.
      A program szkolny (mimo ze reformowany przez pis w zwiazku z likwidacja gimbazy) dalej taki sam, tzn te same przedmioty co w xix wieku, zero myślenia tylko zakuwanie w wiekszosci nieprzydatnych glupot.
      Ciekawe co bedzie dalej.

  2. Fajnie ze podzieliles sie swoimi wspomnieniami z podstawowki i lo, mimo takiego ‚olewactwa’ i byle jakosci w nauczaniu w moim mniemaniu jestes kumatą osobą (grubo powyzej sredniej spolecznej).
    To takze dowodzi tezy ze inteligencja (myslenie) ma sie w genach, a nie da sie tego wyuczyc w zadnych szkolach. Przynajmniej ja tak mysle. Natomiast moja podstawowke i lo oceniam w miare dobrze.
    W podstawowce (wiejska szkola i 10 uczniow w klasie) czulem ze nauczyciele sie mna zajmuja, poswiecaja cczas i wysilaja sie. Na poczatku w klasach 0-4 bylem krytykowany na wywiadowkach pomimo ze w moim mniemaniu bylem jednym z lepszych, natomiast w klasie 4-8 juz ewidentnie okazalo sie ze mam zamilowanie do przedmiotow ścisłych i tak srednio do innych i skonczyla sie krytyka a raczej ciche pochwaly, byc moze to bylo spowodowane tym ze kazdego przedmiotu uczyli rozni nauczyciele a nie jak wczesniej 2 nauczycieli wszystkiego w klasach mlodszych. Byla takze dyscyplina – jak ktos rozrabial wezwano rodzica i gowniarz sie uspokajal przynajmniej na jakis czas.
    Po wiejskiej podstawowce uczeszczalem do jedynego w powiecie lo – tam juz bylo 32 osoby w klasie, i generalnie takze cczulem zainteresowanie nauczycieli przedmiotami, zaangazowanie, chęć przekazywania wiedzy. Nawet olimpijczykow mielismy sporo (sam bylem na kilku wojewodzkich olimpiadach). W lo juz musialem sie sporo uczyc samodzielnie – jako ze jestem ssamoukiem i lubilem scisle prrzedmioty profil mat-fiz-inf szedl mi latwo, natomiast prrzedmioty niescisle olewalem.
    Tutaj generalnie sie podziele co bym zmienil w lo
    – wywali religie i wf (chyba ze lo religijne lub sporrtowe)
    – wywalil godzine wychowawcza
    – wywalil drugi jezyk obcy w profilach lo niehumanistycznych (mialem 2h ang ktory lubilem i 3h niemieckiego ktorrego nienawidzilem, prowadzacy spaslak bucc ham sprawy nie ulatwial)
    – przysposobienie obronne
    Co bym wprowadzil
    – podstawy ekonomii (nie keynsizm)
    – podstaw y zdrowia (ogolnie podzial chorob, rodzaje lekow, pierwsza pomoc)
    – podstawy polityki (ogolny podzial prawaki lewaki demokraci komunizm itp)
    – podstawy prawa (wspolnota malzenska, adwokat prokurator, posstawy systemu prrawnego w polsce)
    – moze cos jeszcze inne osoby dołożą …
    Po lo bez problemow zdalem na studia informatyczne a tam to juz zupelnie inna historia …(dodam ze w pracy biznesowej informatyka wiedza uczelniana prrzydsje sie w 2% max, wszystkiego w pracy musialem sie uczyc od nowa i to praktyki biznesowej a nie glupawej teorii z pozolklych kartek profesorow ze srednia wieku 65lat z epoki gierka a moze i gomulki).
    Tutaj takze wartna zauważenia jest jedna rzecz jeszcze – politykom i ogolnie bogatym ludziom nie zalezy na edukacji w polsce – motloch ma sie uczyc byle jak, ma zapieprzac na politykow i nie myśleć za wiele (jak chlop panszczyzniany).
    Politycy i bogacze oddaja dzieci do szkol prywatnych (czesne 4cyfrowe minimum) i tam ucza najlepsi belfrzy, jest dyscyplina, nie ma gender lgbt agitacji politycznych, ogolnie bardzo wysoki poziom.

    Ostatnie zdjecie na dole – ja zamiast farma na miejscu goscia malowalbym gownem – mysle ze z miejsca stalbym sie idealem lewakow a gowniane obrazy sprzedawalbym milion ejro sztuka. Pzdr.

    od RacimiR: Ja jakieś 95% wiedzy, którą obecnie posiadam- nabyłem poza szkołą. Po prostu program nauczania jest do dupy i uczone są rzeczy nieprzydatne, a tych przydatnych nie uczą. Chyba tylko języki mi się przydały (głównie polski, ale też angielski, ruski i niemiecki, z których liznąłem jakieś podstawy, które potem rozwijałem już sam). Cała reszta przedmiotów praktycznie nic mnie nie nauczyła. Już chyba ten w-f był bardziej pożyteczny, bo przynajmniej nikt nie wyglądał, jak młode spaślaki z USA. Cała reszta w moim przypadku mogłaby nie istnieć. Z niektórych przedmiotów (matematyka, geografia) byłem na wyższym poziomie niż był nauczany, więc się nudziłem na lekcjach, a pozostałe (plastyka, chemia, historia) to wiedza bezużyteczna (tzn. przedmioty są użyteczne, ale to, czego tam uczyli było bezużyteczne). Pamiętam z historii, że przez połowę szkoły uczyliśmy się o prehistorii i starożytności, sporo też było średniowiecza, ale na koniec nie starczyło już czasu na cały cymes, czyli XX wiek. Program nauczania zakończył się przed Wiosną Ludów, no ale najważniejsze, że przez 2 lata nauczyłem się wszystkiego o starożytnych pięściakach i dzidach 🙂 „Bardzo” mi się to przydało w dorosłym życiu.
    Wg mnie w ogóle nie powinno być czegoś takiego jak sztywny program dla całej Polski. Szkoły powinny mieć autonomię i wtedy rodzice by decydowali, czy warto posłać tam dziecko. Tak niestety nie jest i wszyscy uczą się tego samego, a w kolejce czają się lewacy, którzy nie załapali się roboty w NGO i chcą wskoczyć na budżetowe etaty ze swoimi dżenderami i kartami LGBT.
    O programie można dyskutować bardzo długo. Ja bym nie usuwał całych przedmiotów, tylko poszczególne fragmenty nauczania. Np. biologia- wywalić wszystkie mitozy, mejozy, chromosomy, synsakrum… Na chuj to w ogóle jest w programie nauczania? To zwykłe zaśmiecanie „twardego dysku”, niech się tego uczą ludzie na studiach, a nie wszyscy Polacy. Program powinien być bardziej „życiowy”, a nie wykuwanie na blachę zbędnej wiedzy encyklopedycznej. O programie to można dyskutować całymi dniami, ale w trwającym strajku o tym nawet nie ma o tym ani słowa, chodzi tylko o hajs.

    • Ja bym zostawił w-f, zostawiłbym przysposobienie obronne w bardziej praktycznej formie, oraz powtórzę się: wprowadziłbym przedmiot o nazwie LOGIKA (za RacimiRem z poprzednich komentarzy) do zajęć (tylko kto by ją prowadził, bo z tego co widać, nauczyciele mają sami z tym poważny problem).

      Co do newsa z końca: może artysta sugerował się tym jakże prehistorycznym gifem z czasów dyskietek? (nie znalazłem gifa, ale filmik na yt z niego zrobiony)
      https://www.youtube.com/watch?v=QgkU7o0zz2E
      a co do fekaliów, skoro puszka gówna artysty może iść za 630 tys złotych (w 2007)…..
      https://www.fakt.pl/wydarzenia/swiat/dziela-sztuki-z-gowna-artysta-sprzedal-swoje-fekalia/nn1rnbe

      od RacimiR: Przysposobienie Obronne dobre było za komuny- nauka strzelania i pierwszej pomocy, wszystko w jednostce wojskowej albo na poligonie. Potem to zmienili i uczniowie uczyli się w klasie samej teorii. WF jest OK, dla dzisiejszych małolatów, którzy cały dzień siedzą w internecie to często jedyny ruch w życiu. Logiki powinni uczyć matematycy, oczywiście ci ze ścisłymi umysłami, a nie ci, którzy przebierają się za krowy.
      Ja miałem w ogólniaku logikę matematyczną na fakultecie, uczyła baba z matematyki (niestety było więcej zakuwania, niż ćwiczenia umiejętności logicznych).

      • No tylko, że ja nie mam na myśli logiki matematycznej. Cytując za wikipedią: „Logika (gr. λόγος, logos – rozum, słowo, myśl) – wedle klasycznej definicji – nauka o sposobach jasnego i ścisłego formułowania myśli, o regułach poprawnego rozumowania i uzasadniania twierdzeń. Jako taka wraz z retoryką logika stanowiła część filozofii. ”
        Matematyk nie nauczy jak weryfikowac informację w dobie internetu, fake newsów, propagandy, nie nauczy jak unikać błędów poznawczych itp itd, już to pisałem. Jest w tym trochę filozofii, psychologii, socjologii ale i matematyki również.

        od RacimiR: Pewnie, że przydałaby się logika zwykła, ale skoro jej nie ma, to już lepsza matematyczna, niż żadna. Rozumiejąc istotę terminów takich, jak np. koniunkcja, implikacja, równoważność, alternatywa czy negacja- człowiek może na tej podstawie skutecznie demaskować fejk niusy i propagandę.

  3. https://www.tvp.info/42248141/grecja-chce-od-niemcow-290-mld-euro-w-ramach-reparacji-wojennych
    Grecja chce od Niemiec 290 miliardów euro reparacji wojennych. No i chyba rola się odwróci i to Niemcy będą zadłużeni w stosunku do Grecji a nie na odwrót.
    Polska też powinna zająć się tą kwestią, dlatego powinniśmy poprzeć Grecję na forum UE.

    od RacimiR: Oni już od dawna chcą tej kasy, ale pewnie zobaczą ją, jak świnia niebo. Polska też powinna się przynajmniej zacząć o to ubiegać, oczywiście o większą kwotę, bo zniszczyli nam kraj dużo bardziej. Wówczas 1/4 można by odpalić Żydom, aby się uciszyli, a 3/4 przeznaczyć na spłatę zadłużenia. Marzenia ściętej głowy 🙂

    • No to może tak: RacimiR, oddaj mi wreszcie te 20000 zł, które pożyczyłeś. Jak to nie pożyczałeś? Pożyczałeś. Że nie mam na to dowodu? No nie mam, ale twierdzę, że pożyczałeś, więc oddać musisz. Jeśli nie – będę wszędzie wypisywać, że mnie okradłeś. Jak chcesz mieć spokój, to oddaj chociaż 5000, może się uciszę. No jak, oddałbyś? Wiesz, dla świętego spokoju.
      Więc moim zdaniem jest tak: albo im się należy – i wtedy trzeba negocjować i jakoś spłacać, albo się nie należy – i wtedy to my powinniśmy „upokarzać na arenie międzynarodowej” wyłudzaczy. Dasz palec, zeżrą Cię całego. Spokoju nie będzie nigdy.

      od RacimiR: Opisałeś to tak, jak gdyby Polska im miała płacić, więc tłumaczę. Jeżeli im się cokolwiek należy, to nie od nas, ale ewentualnie od Niemców. Dlatego sprawę należy uciąć do momentu, w którym Niemcy zapłacą Polsce za szkody wojenne (czyli pewnie nigdy). Niemcy są ewidentnym sprawcą, a my i częściowo Żydzi jesteśmy poszkodowani. Jeżeli Niemcy by zapłacili za zniszczenie Polski, to można by odpalić Żydom jakieś 20% z tej puli (strzelam z tymi 20%, to trzeba by dokładnie obliczyć przy jakiejś miarodajnej metodologii ich udziału w populacji i majątku II RP). Wyraźnie trzeba zaznaczyć, że to nie pieniądze od nas, tylko od Niemiec (zapłacenie eskimosom choćby 1 grosza z polskiego budżetu to niejako przyznanie się do nieistniejącej winy, co zrodzi kolejne reperkusje w przyszłości). My nie mamy najmniejszego powodu, żeby cokolwiek płacić z własnych pieniędzy.
      W obecnej sytuacji jeden poszkodowany chce kasę od drugiego poszkodowanego, a sprawca stoi sobie z boku i zajada popcorn z uśmiechem. Niestety wszystko wskazuje, że po wyborach parlamentarnych rząd PiS zacznie im płacić (póki co temat jest wyciszany, żeby nie wkurwiać elektoratu w czasie maratonu wyborczego). Jedyne co PiS zdołał „ugrać” to to, że USRael przez pół roku będzie siedział cicho (a zimą temat wróci ze zdwojoną siłą). Szczyt skuteczności naszej „dyplomacji” jest taki, że powiedziano w Waszyngtonie: „słuchajcie, wyluzujcie na pół roku, bo inaczej władzę przejmie proberlińskie POKO i będziecie mieli jeszcze trudniej”.
      PS: Z tymi 20000 „które pożyczałeś” nasunął mi się pewien Austriak 🙂 No dobra, on miał jeszcze lewą fakturę jako podkładkę i jakieś z dupy wzięte nagranie, na którym nic nie ma.

      • Po wyborach najprawdopodobniej PiS nie będzie miał większości w Sejmie a wtedy albo straci władzę, ewentualnie ugrupowaniu Kukiza udaje się wejść do Sejmu i pod pewnymi warunkami może powstać koalicja PiS-Kukiz’ 15 lub tolerowany rząd mniejszościowy. Jednym z warunków może być zdecydowany sprzeciw wobec roszczeń żydowskich.

        od RacimiR: Waszyngtonowi niepotrzebny wasal (rządzący niesamodzielnie), który nie realizuje wytycznych. Gdyby PiS miał koalicjanta, który by go blokował, to rząd byłby obalony zdalnie. Już lepszy dla USRaela byłby wówczas POKOT, bo oni też są skłonni zapłacić „odszkodowania” (oczywiście najpierw muszą sami się nakraść, potem w kolejce jest UE, a jak coś jeszcze zostanie, to ewentualnie dla Żydów). Jesteśmy w fatalnej sytuacji.

      • Właśnie wcale nie tak, jakby miała płacić. Stąd porównanie do rzekomej pożyczki. Swoją drogą, nawet jakby nam Niemcy zapłaciły – Żydom się nic nie należy. Oni już swoje dostali. Do końca świata chcą zarabiać na holokauście. Zresztą, i tak nas wezmą w niewolę. 11 maja w Warszawie jest marsz przeciwko realizacji przez Polskę amerykańskiej ustawy 447. Ciekawe, ile ludzi przyjdzie. Mam wrażenie, że mało kto rozumie, co go czeka. Smutne.
        PS. Jakoś „Pan Austryjak” (na początku te wszystkie Stokrotki tylko tak o nim mówiły, nazwiska nie dały rady nawet przeczytać, a z Kaczyńskiego się śmieją, że nie gada językami) poszedł w zapomnienie razem za swoją aferą i austryjackim gadaniem. Szkoda. Taki fajny był, „austryjacki” 🙂

        od RacimiR: Jak Niemcy im zapłacą tytułem zniszczenia ich mienia w Polsce (przy okazji wypłaty równoczesnych odszkodowań dla samej Polski), to nam nic do tego (zresztą jak zauważyłeś- już to zrobili kilka razy). To, czy im się należy- pisałem już wielokrotnie. Największa głupota polega na tym, że kasy chce Izrael (który wtedy w ogóle nie istniał) i Żydzi z USA (którzy gówno zrobili, żeby pomóc rodakom, zignorowali raporty Karskiego i Pileckiego, zawrócili statek St.Louis). Ale do hajsu to pierwsi w kolejce.
        Austryjak zrozumiał, że Giertych z Wyborczą wsadzili go na minę i teraz dla własnego dobra nie rusza się z Austrii (odmawia przyjazdu na przesłuchania do Polski). Ta afera to typowy fejk polityczny- jedyne „dowody” to zeznania 1 osoby, lewa faktura (z niezapłaconym VATem) i taśma, gdzie jest „ja cię nie mogę”.

  4. Witam Racimirze,
    Jak to czytam odnoszę wrażenie, ze chodziliśmy do tej samej szkoły 😊 Wracając do tematu, prawda jest taka, że od czasów PRLu w państwowych placówkach o przyznaniu posady, decyduje wyłącznie nepotyzm a nie umiejętności i dopóki to się nie zmieni, dopóty poziom nauczania będzie taki jak na obecnym poziomie. Konkursy na dane stanowisko, to tylko przygrywka dla mas, miejsca są już dawno obsadzone, najczęściej przez córusie paniusi dyrektor, która ledwo ukończyła studia ze średnią 2 na wydziale języków obcych – znam z autopsji.

    Serdecznie pozdrawiam.

    od RacimiR: Zawsze, gdy o przyznaniu posady decyduje coś innego, niż rynek- zaczyna się nepotyzm i ‚nadzwyczajne kasty’. Dlatego trzeba to zmienić za wszelką cenę. Dzisiaj wyczytałem, że do strajku szykują się pracownicy opieki społecznej i jednym z ich postulatów jest wprowadzenie urlopu na podratowanie zdrowia, takiego jak mają nauczyciele (3 lata pełnopłatne). Ja mam wrażenie, że pracownicy budżetówki żyją w jakimś innym świecie, kreując się na męczenników, podczas gdy rotacja kadr w tych zawodach jest praktycznie zerowa. Dla mnie to chamski egoizm i brak solidarności społecznej.

  5. Powiem Ci tak – jestem nauczycielem i w 100% się zgadzam z tym, co napisałeś. Edukacja powinna być prywatna – gdy się ma coś za darmo, to się tego nie szanuje. Pracuję od niedawna (kilka lat) jako nauczyciel, w mojej szkole co prawda część ludzi strajkuje, ale rozumiem ich – nie protestują za 30% podwyżkami, tylko dlatego, żeby zmienić ten chory system edukacji i sprawić, by nie dochodziło do sytuacji, gdzie 14-letni gówniarz bluzga nauczycielkę i nic nie można mu zrobić, a po godzinie przylatuje rodzic i robi to samo. I jemu także nie można nic zrobić. Albo sytuacja, gdzie uczeń pluje na nauczyciela lub zdzieli go pięścią w twarz, po czym wynajęty psycholog (przez jego rodziców) wmawia nam, że ten biedny chłopiec ma m.in. „echolalię” (sic!) w związku z czym nie można go traktować inaczej, jak tylko niepoczytalnego.

    Właśnie skończyłem książkę Rolanda Baadera „śmiercionośne myśli”, którą Ci gorąco polecam. To niezależny ekonomista niemiecki, który znakomicie wyjaśnia prawidła wolnego rynku, kapitalizmu i liberalizmu (tego zdrowego). On również zauważył zlewaczenie 3/4 edukacji na globie, kult socjalizmu i zarażanie dzieci tymi bzdurami w szkołach i na uczelniach. On twierdzi, iż edukacja powinna być także poddana wolnemu rynkowi i ja się z tym w pełni zgadzam.

    Pojawiła się u mnie myśl o stworzeniu szkoły prywatnej. Nie wiem, na ile udało by mi się to ziścić. Wiem, że takowe istnieją i różnie sobie radzą.

    Czy przyłączyłem się do strajku? Tak. Ale nie dlatego, że jestem przeciw PiS (bo jestem – uważam ich za socjalistów i wchodzewdupy innym nacjom – znad Jordanu czy zza Oceanu. To ŻADNA prawica.) i nie dlatego nawet (może częściowo), że „przyjeżdżając do Rzymu musisz być Rzymianinem” – zresztą, gdy strajkuje ponad 80% ludzi w szkole to ja i tak byłbym jedynie „do dyspozycji dyrekcji” co oznacza może nawet nie tyle ostracyzm, co zwykłą bezczynność. Strajkuję dlatego, że od 30 lat poddano degrengoladzie zawód nauczyciela, zeszmacono etykę, zamieniono nauczyciela w spełniacza życzeń. Uczeń i rodzic maja być zadowoleni. I tyle. Reszta nie ma kompletnie żadnego znaczenia.

    Owszem – są różni nauczyciele i należy ich weryfikować. Od tego powinien być dyrektor szkoły. W istocie – jest tak, jak wszędzie: znajomki i pociotki mają lepiej, obcy z zewnątrz są na stercie do odstrzału, jeśli coś pójdzie nie tak.

    Ja uczę, bo uważam, że dzieciom należy się wiedza i świadomość, co się dzieje i dlaczego. Dziecko to mały człowiek. Dziecko nie jest głupie, tylko niedoświadczone. Znam sporo naprawdę dobrych nauczycieli, dopłacających ze swej prywatnej kieszeni 400 – 500 zł co miesiąc po to, by dzieci mogły z czegoś skorzystać, czy zrozumieć lepiej.

    U nas niestety – samorządy obcięły kasę i nie będzie 90% godzin dodatkowych, choćby i kółka historycznego, o jakim myślałem. Koniec, finito – oszczędności. Jeśli znajdę czas, to poprowadzę w ramach wolontariatu zajęcia dla pasjonatów historii i wojskowości, a mam już kilku, pytających. Mam im powiedzieć, że nie będzie, bo gmina nie dała kasy i mam to w dupie?

    Poglądy mam odmiennie biegunowo od marksistowskich i to staram się przekazywać na moich lekcjach historii. Uczulam na pojęcia i rozgraniczenia oraz znaczenie komunizmu, nazizmu i faszyzmu. Przynajmniej o tym będą wiedzieć, gdy przeczytają papkę lewacką o faszyzmie i polskich narodowych brunatnych SS-manach. Może w nią nie uwierzą, albo przynajmniej zaczną szukać prawdy. Większość oczywiście ma to gdzieś (przecież kopią piłkę i będą drugim Messi – każdy z nich), ale przynajmniej kilkoro chce się czegoś dowiedzieć.

    Strajk na obecną chwilę trwa. Nie wiem, co będzie dalej, ale wiele osób ma już dosyć tej farsy i się wycofuje rakiem. Jak widzę, kto się pod ten strajk i poparcie dla nauczycieli podpina, to mi się rzygać chce. Nie wiem – Hołdys i Owsiak już się wypowiadali? Rafalala? Godlewskie?

    Szkoły powinny (zresztą tak jak wszystko) podlegać zdrowym prawom wolnego rynku (jebać Keynesa i jego teorię inflacji!). Nauka powinna być doceniania, bo to powinien być przywilej, a nie obowiązek. Widzę, jak wielu męczy się w szkole i najchętniej już w 6 klasie po prostu zrezygnowaliby ze spędzania godzin na lekcjach. Dlaczego ich zmuszać? Na tym polega wolność – wybierasz sam. Im wcześniej zaczniesz uczyć się na błędach i zaczniesz rozumieć, po co robisz cokolwiek – tym lepiej.

    od RacimiR: Cóż dodać, gdyby tacy byli wszyscy nauczyciele, to sympatia społeczna dla protestu byłaby w okolicach 90%. Niestety protest- m.in. filmiki z krowimi piosenkami na poziomie rowu mariańskiego czy z rozwaloną na krześle babą, która z fochem na gębie pyta uczniów, którym grozi stracony rok: „a co z moimi wakacjami” (a co ma być, będzie się ona lenić przez 2 miesiące za publiczne pieniądze) pokazał, że takich zaangażowanych ludzi jest niewielu w tym fachu. Pozdro i szacun!

  6. W strajku nauczycieli irytuje mnie prócz wszystkiego powyższego co już wymieniłeś to, że twarzami strajku są często największe nieroby. W moim mieście twarzą strajku jest kobieta, nauczycielka angielskiego, która przez cały rok pojawiła się może z 3 razy w mojej szkole policealnej (dorabiała, bo jej „macierzystą” szkołą było liceum ekonomiczne zdaje się) chociaż zapewne w papierach było tak jak z Twoim indywidualnym nauczaniem.
    Innego mojego nauczyciela (którego nigdy nie lubiłem) widuję dzień w dzień jak z reklamówką pełną taniego browaru nagina do „klubu szachistów” w piwnicznych pomieszczeniach pewnego bloku, w sandałach i szarych skarpetach po kolana a z którego wraca do domu wężykiem (jak i całe to towarzystwo „szachowe”, którego nie odróżniłbyś od bezdomnych). To mi uświadomiło, że za dzieciaka w podstawówce błędnie uważałem nauczycieli za autorytety. Dziś jest internet, trudniej się z pewnymi rzeczami ukryć. Jesli ktoś poza szkołą nie potrafi utrzymać wizerunku, to jak chce aby uczniowe poważali go podczas lekcji? Ale to nie do końca na temat…
    Moim zdaniem już sam fakt, że Broniarz postawił zaporowy warunek 1000 zł (od której to kwoty naliczane są procentowo dodatki – czyli tak naprawdę ok 1500) i uparcie się go trzyma, świadczy o tym, że to politycznie inspirowana zagrywka. Koniec. Kropka.

    od RacimiR: Nauczyciele lubią wypić, oj lubią. Też miałem paru takich wręcz żuli (np. ta, co na fajkę wychodziła miała męża wuefistę w tej samej szkole i jeszcze pan od muzyki- całą trójkę często można było spotkać na mieście narąbanych jak stodoła).
    Mój wujek był nauczycielem i nieraz jeździł na imprezy nauczycielskie. Zawsze z nich wracał z 3 promilami, choć zazwyczaj stronił od alkoholu (to jedyne przypadki, gdy widziałem go pijanego).
    1500 od tysięcznej „bazy” to minimum.
    Ponadto mnie niesamowicie wkurza oprawa medialna tego strajku, gdzie w mediach wybierany jest najbardziej spektakularny przypadek i podawany do wiadomości jako norma. Chodzi o „paski” z wypłat nauczycielskich. Sam pasek (np. na 1200 zł netto od stażysty, których jest mniej, niż 5% ogółu nauczycieli) i żadnych więcej informacji. Wyborcza potem robi z tego artykuły na pierwszą stronę, a lemingi łykają, że ta kwota to dominanta w całym zawodzie. Powinna być przede wszystkim podana kwota roczna (taka, jak w PIT), bo przy takim nagromadzeniu różnych dodatków wahania miesięczne w pensji nauczycieli są ogromne (a wiadomo, że do pochwalenia się publicznie swoją niedolą- wybiorą najgorszy możliwy miesiąc). Po drugie powinno być podane, ile godzin (może to być pasek np. z 1/2 etatu) i jaki staż ma dany nauczyciel. To tak samo TVP Kurskiego mogłaby znaleźć pasek, gdzie nauczyciel dyplomowany, wyrabiający dużo nadgodzin akurat dostał w jednym miesiącu pensję normalną, pensję trzynastą i 250% dodatku za 40 lat pracy, łącznie 27.000zł i powiedzieć- „patrzcie państwo ile oni zarabiają i ciągle im mało”. Dlatego chodzące w mediach kwoty powinny być roczne i wtedy można by wprowadzić dyskusję o płacach na normalny poziom, a nie histerię, jak teraz.
    Mój opisywany wujek nie miał źle. Na „emeryturę” przeszedł w wieku około 55 lat, po 25 latach pracy nauczyciela. Potem jeszcze kilka lat pracował gdzieś indziej (brał i emeryturę i pensję), teraz ma 68 i nie pracuje, a emeryturę ma około 3200 netto. Człowiek pracujący całe życie u prywaciarza (gdzie normą jest nieoZUSowana kasa ‚pod stołem’) albo na samozatrudnieniu- dostanie połowę z tego (za 2x więcej przepracowanych godzin).

    • Heh, przypomniało mi się, że mój wychowawca, nauczyciel historii i o ile dobrze pamiętam WOS-u razem z wuefistami mieli kanciapę na strychu szkoły i tam chlali podczas zajęć (jak mieli okienka, na przerwach). Żeby podwyższyć sobie oceny z w-fu wystarczyło złożyć się na flaszkę. W-f praktycznie nie istniał. Ogólnie chodziłem do „elitarnej” klasy, z synami dyrektorów, nauczycieli, kierowników, ludzi przy kasie i czesto gęsto były zbiórki na kwiaty, na prezenty z byle pierdy – żeby przełożyć sprawdziań, żeby przełożyć lekcje, bo wypadało okienko i takie tam. Niby szkoła państwowa a miesięcznie na te składki mnie wychodziło więcej, niżbym płacił czesne za szkołę prywatną. Jako jedna z paru osób nie pochodziłem z rodziny majętnej, ale składać się musiałem. Jak tak sobie przypomnę to mnie obrzydzenie bierze. Z dzisiejsza świadomością i rozumiem nie dałbym grosza.

      Pojawiają się pierwsze paski, pokazujące prawdę:
      https://naforum.zapodaj.net/90c48db2cb4c.jpg.html

      Jestem ciekaw, jak Ci nauczyciele reagowaliby gdyby nastąpiła taka sytuacja, cytuję za jednym z komentarzy w necie:
      „W moim 12 tysięcznym mieście specjalista z wyższym wykształceniem w lokalnych wodociągach zarabia 2300 zł netto za 40 godzin pracy tygodniowo, a za nadgodziny może sobie co najwyżej wolne odebrać, i to jak będzie pasować szefostwu. I nie ma większej szansy na złożenie związku ani strajkowanie. A może ma się skrzyknąć z pracownikami wodociągów z całej Polski, i postawić rządowi ultimatum tak jak robi to ZNP, albo podwyżki 1000 zł od już albo przestaniemy dostarczać wodę i odbierać ścieki? Ciekawe co wtedy powiecie drodzy nauczyciele? Jak długo wytrzymacie bez bieżącej wody i bez możliwości odprowadzenia ścieków z własnych domów?”

      Ogólnie jest ustawa o rozwiązywaniu sporów zbiorowych i jeden z punktów brzmi: „art. 1. 2. Strajk jest środkiem ostatecznym i nie może być ogłoszony bez uprzedniego wyczerpania możliwości rozwiązania sporu według zasad określonych w art. 7–14.”
      Jestem ciekaw, czy ten strajk jest legalny, bo wg mnie nie wyczerpano możliwości rozwiązania sporu przed strajkiem.

      od RacimiR: Najbardziej śmierdzi moment, w którym zorganizowano strajk. Nauczyciele nie mieli podwyżek od lat (zwłaszcza za czasów PO), a w 2019 dostali najpierw 5%, a teraz jeszcze proponowano im kolejne 15%. No, ale że idą podwójne wybory, to trzeba było zrobić cyrk.
      Ciekawią mnie ewentualne procesy sądowe (cywilne) ze strony poszkodowanych uczniów, którzy ucierpieli na strajku (np. nie zostali dopuszczeni do matur i stracili rok). Nie będzie można winy zwalić na MEN, bo przecież większość szkół (które działają na identycznych warunkach) już nie strajkuje.

  7. Dzisiaj dla jaj ktos z prawej strony dal hasztaga #strajkinformatykow 🙂 wiec sa nastepni w kolejce.
    Po informatykach beda strajkowac gospodyni domowe żądając 10lat wolnego na podratowanie zdrowia. Potem do akcji wkrocza menele i kloszardy żądając obnizenia akcyzy na alkohol i fajki oraz 15lat urlopu na podratowanie zdrowia.
    Z ostatniej chwili: strajkuja kury nioski bo nie maja dopłat, swinie i krowy dostały a kury co?

    od RacimIR: A wszystkie te strajki to wina PiSu bo dał 500+ 🙂 Trza było nie dawać, to by nikt nigdy nie zastrajkował.

  8. Twoje teksty są napisane zgrabnym językiem, obszerne, świetnie opisują rzeczywistość, są obszerne. Świetna analiza tematu. Ciśnie mi się na usta pytanie. Dlaczego nie pisujesz po prostu do jakiejś gazety lub portalu? No dobra, w Polin chyba nie ma gazety która by cię druknęła. Ale internetu jeszcze nie zamknęli. Może zawiąż współpracę z Braunem? On jako jedyn z niewielu nie ucieka w panice gdy ktoś wspomni o naszych pejsatych przyjaciołach.

    Poważnie mówię. Masz talent. Fajnie by było gdybyś dotarł do szerszej publiczności. Ja napotkałem ten blog kiedyś przypadkiem i gdyby nie ten przypadek nie miał bym o nim do dziś pojęcia.

    od RacimiR: Dzięki za posmyranie ego 😉 Wolę niezależność, a pisując dla kogoś pewnie miałbym na głowie cenzora i wytyczne. Braun nie ma żadnej gazety i sam jest wolnym strzelcem. Zresztą przeglądam oferty pracy i chyba nigdy nie widziałem żadnej dla „pisacza”, a z tego co wiem- pensje tam są żenująco niskie (+ brak umowy). Żeby utrzymać się z pisania- trzeba być skrajnym włazidupem jak Sakiewicz czy Lis. Już wolę sobie normalnie pracować za średnią krajową, a pisać dla hobby w wolnym czasie, przynajmniej nikt mnie nie blokuje i mogę spokojnie spojrzeć w lustro.
    Co do pejsatych nadrządców- jeszcze Michalkiewicz, Gadowski i Ewa Kurek nie boją się tematu (cała trójka również działa na własną rękę).

    • Michalkiewicz rzecz oczywista, a Karoń, a Ziemkiewcz? z tym Ziemkiewiczem to mnie fascynuje fakt, że interia publikuje u siebie jego felietony. Jest bardziej widoczny w głównych mediach, myślisz RacimiR, że nie jest całkiem niezależny?

      od RacimiR: Ja myślę, że Ziemkiewicz jest OK. On bardzo często krytykuje PiS i pewnie dlatego go lewaki tolerują. On krytykuje PiS w sposób wysublimowany i konkretny, często mając rację. Nie tak jak GW/TVN, którzy walą w PiS jak z armaty przy każdej okazji, co działa co najwyżej na KODziarstwo.

  9. Po przeczytaniu połowy tego co napisałeś (reszty już nie dałem rady) stwierdzam, że albo pochodzisz z jakiegoś patologicznego regionu kraju, albo z Tobą jest coś nie w porządku i wypisujesz prowokacyjne oszczerstwa i kłamstwa, żeby sobie przysporzyć czytelników. Istnieje jeszcze jedna możliwość – piszesz te brednie za pieniądze. Jednak po głębszej analizie Twoich tekstów, a przyznam, że niektóre nawet były strawne, rysuje się obraz frustrata, któremu w szkole było pod górkę i teraz po latach daje upust swojej traumie. Tak mają niektórzy ludzie i przez ich „obiektywne” spojrzenie zatruwana jest sfera zwana INTERNETEM.

    od RacimiR: Typowy tekst leminga, stosującego Schopenhauerowską ‚Erystykę’, brakuje tylko Prawa Godwina.
    Nie było mi do szkoły pod górkę, nigdy nie wagarowałem ani nie miałem problemów typu zagrożenie powtarzaniem klasy. Nawet magistrem potem zostałem. Jakie „oszczerstwa” masz na myśli? Śląsk lat 90-tych to była patologia, coś jak teraz z Wenezuelą. Dominowała tu jedna branża (przemysł ciężki), która w ciągu dekady została niemalże w całości zlikwidowana, więc być może faktycznie w innych regionach kraju sytuacja wyglądała lepiej.
    Wkrótce wchodzi ACTA2, więc wytrzymaj- internet nie będzie już zatruty odchyłami od jedynej słusznej linii światopoglądowej.

    • Michał Rybicki – tak sobie przeanalizowałem twój nic nie wnoszący bełkot i stek oskarżeń czy raczej insynuacji wobec autora i wniosek nasunął mi się jeden – od zarania dziejów zawsze było tak, że ludzie z narażeniem życia bronili systemów, w których uzyskiwali jakiekolwiek przywileje. Im większe – tym większa była ich determinacja w walce o zachowanie tegoż systemu i przywilejów. Prawda czy logiczne konsekwencje ich funkcjonowania i egzystencji były dla nich kompletnie nieistotne.

      Ty właśnie należysz do tej „klasy” ludzi. Jednakże rzeczywistość ma to do siebie, że prędzej czy później, niczym Natura, radzi sobie z rozmaitymi dewiacjami czy wynaturzeniami, czy też degeneracjami.

      Nic nie trwa wiecznie. Utopijne idee i ideologie również, tak samo jak ich nosiciele i najemnicy.

    • No i totalnie bezwartościowy, NIEMERYTORYCZNY komentarz tego gościa Rybickiego jest przykładem na to o czym mówię od dłuższego czasu: ten koleś nie przywołał ani jednego argumentu, nie stosuje rzeczowej dyskusji, tylko atakuje, udając autorytet (on stwierdza, brednie) w dziedzinie m.in. psychologii, socjologii oraz zarzucając Tobie kłamstwa. Kłamiesz… bo tak. Stosuje przeniesienie swoich cech na Ciebie co jest istną hipokryzją.
      Jakie błędy procesu rozumowania go cechują?:
      Fałszywa powszechność – ja nie pochodzę ze Śląska ani patologicznego regionu kraju a jednak patologię wśród nauczycieli widziałem, skoro gość się z tym nie spotkał (chociaż jest możliwe, że spotkał, tylko kłamie, by potwierdzić swoją wizję), to nie znaczy, że patologia w szkołach nie jest powszechna, innymi słowy swój jednostkowy przypadek oraz swojego otoczenia rozciąga na wszystkich. Co prowadzi do następnego punktu mianowicie:
      Przedwczesne uogólnianie – uogólnianie na podstawie zbyt wąskiej grupy danych. Koleś nie zna nikogo z doświadczeniami patologii to pewnie patologia nie istnieje lub jest znikoma. Koleś nawet nie doczytał do połowy tekstu i wyciąga wnioski.
      Fakt, że nie doczytał wszystkiego kojarzy mi sie z:
      Efekt nieomylności, innymi słowy: zjawisko Dunninga-Krugera: im ktoś jest głupszy, tym bardziej pewny siebie i tym mniej przejmujący się opinią innych. Potwierdza to dodatkowo niechęcią do czytania oraz wyciaganiem wniosków na podstawie fragmentu tekstu.
      Efekt potwierdzenia – koleś uważa za prawdę tylko coś, co zgadza się z jego oczekiwaniami (wg niego w szkołach nie ma patologii a Twoje obserwacje to kłamstwa i oszczerstwa).
      Dychtonomia myślenia – koleś ignoruje fakt, że nie istnieją tylko dwa kolory – czarny i biały, że pomiędzy nimi są odcienie szarości – czyli wg niego patologia występuje tylko w patologicznych regionach (wg mnie nie ma czegoś takiego – są być może bardziej patologicznie lub mniej, ale nie TYLKO patologiczne lub TYLKO niepatologiczne).
      Podstawowy błąd atrybucji – tendencja do tłumaczenia sukcesów i porażek innych ludzi wyłącznie ich cechami wewnętrznymi (np. charakterem), przy ignorowaniu czynników zewnętrznych (środowiska). Czyli skoro nie ma patologii (a wg niego nie ma, jest tylko w pewnych bliżej nieokreślonych regionach) to znaczy, że z Tobą coś jest nie tak i że jesteś frustratem a na dodatek kłamcą i oszczercą.
      Argumentum in terrorem (odwołanie do strachu) – internet jest ZATRUWANY przez Ciebie.
      Fałszywy trop – to ignorowanie sensu wypowiedzi i odciąganie dyskutanta na poboczne tematy (pobocznym tematem jest personalne atakowanie Ciebie).
      Argumentum ad hominem – czyli najniższa możliwa forma psedoargumentacji – atak personalny – nazwanie Ciebie frustratem ma podważyć Twój autorytet przy publiczności. Co jest zresztą elementem manipulacji i propagandy.

      Manipulacje jakie koleś zastosował to m.in. upraszczanie (redukowanie złożoności świata do prostego modelu dwuwymiarowego), zniekształcanie (wypaczanie obrazu rzeczywistości, mieszanie z błotem).
      Dodałbym jeszcze argumentum at populum – skoro potężna telewizja TVN tak twierdzi, to musi to być prawda. Ale nie dodam, mogę tylko przypuszczać, że taka możliwość istnieje.
      Nie wiem nawet czy wszystko wychwyciłem. A teraz trzeba zauważyć, że koleś się nie rozpisał za bardzo.

      Na koniec dodam tylko, że wszystko to są również cechy troli internetowych. Nie da się z nimi dyskutować. A już najgorzej się przed takimi tłumaczyć.

      p.s. Nawet podpis „Michał Rybicki” nie jest przypadkowy (szef wydawców TVP Info) i oczywiście nieprawdziwy co też miało pewnie jakiś skutek wywołać.

      od RacimiR: Klasyczna dyskusja z lewakiem- oni albo obrażają (Schopenhauer, łączenie rywala z Hitlerem, Putinem itd), albo uciekają od debat, poza tymi we własnym gronie. Tyle razy się z tym spotkałem, że przestało to robić na mnie jakiekolwiek wrażenie. Zresztą na logikę- dyskusja rzeczowa od razu stawia ich na przegranej pozycji, więc te chamskie zagrywki to jedyne, co mogą zrobić. W każdej grupie liczącej 500.000 ludzi znajdzie się mniejszy lub większy element patologiczny, nie inaczej jest z nauczycielami (którzy aspirują do bycia nadzwyczajną kastą, oderwaną od rzeczywistości).

  10. No cóż – ja ani nie popieram tego strajku ani nie jestem przeciwko (w końcu co mają zrobić żeby dostać podwyżkę). Z punktu widzenia rodzica dziecka w przedszkolu to się cieszę, że u mnie zawiesili strajk po tygodniu, ale ogólnie nie mam jakichś pretensji do pań, że strajkowały. Generalnie zgadzam się z większością rzeczy, o których piszesz.

    Po pierwsze to ja chyba jednak żyję w trochę innej rzeczywistości niż nauczyciele i coś takiego jak strajk to dla mnie lekka abstrakcja (może za późno się urodziłem – w 1979). Mam kilku znajomych nauczycieli, mamę nauczycielkę i generalnie te wszystkie memy z górą lodową itp. to raczej między bajki można włożyć – sądzę, że niewielu dobija do 40h w tygodniu.

    Przez całą swoją edukację nie spotkałem nauczyciela, o którym mógłbym powiedzieć, żeby widać było u niego pasję, o której tak dużo się mówi. Prawie wszyscy odbebniali pracę po linii najmniejszego oporu tak jak piszesz. W życiu zająłem się informatyką – jak sobie przypomnę moich nauczycieli tego przedmiotu – to byli to ludzie co się przekwalifikowali z ZPT. Pani w podstawówce nas uczyła programowania przepisując jakieś kawałki książki i generalnie totalnie nic z tego nie kumała. W sumie już wtedy nauczyłem się jakichś podstaw, bo miałem w domu komputer i jakąś książkę przez przypadek (to nie były czasy internetu), więc na lekcjach mogłem szpanować, że coś umiem, może dzięki temu tym się bardziej potem zainteresowałem :). W liceum tak samo był gość po ZPT, który głównie się zajmował tym, żeby sieć w pokoju informatycznym działała, taki bardziej odpowiednik „informatyka” w firmach w dzisiejszym rozumieniu (człowiek od wszystkiego typu drukarki, niedziałająca myszka, wirusy itp.). Zresztą program tego przedmiotu był mega anachroniczny nawet jak na tamte czasy.
    Ogólnie w szkole miałem prawie przez całe życie praktycznie najlepsze oceny (chociaż uczyłem się praktycznie tylko matematyki, polskiego i angielskiego i to niekoniecznie tego co na lekcjach). Z perspektywy czasu oceniam to jednak tak, że dostosowałem się do tego idiotycznego systemu i nauczyłem się dostawać dobre oceny. Dopiero parę lat po studiach spotkałem sensownych ludzi, dzięki którym nauczyłem się sensownie uczyć – nie byli to nauczyciele :). W szkole przez te wszystkie lata, mimo że tak jak pisałem byłem zawsze jednym z najlepszych to tylko jedna nauczycielka z matmy się tym zainteresowała i mi dawała do rozwiązywania inne zadania niż pozostałym, żebym się nie nudził. Niestety potem mi stawiała za to szóstki co nie spodobało się reszcie klasy i ją wymienili na inną, bo tamta rzekomo nie potrafiła niczego nauczyć :). Nowa nauczycielka oczywiście też niczego pozostałych nie nauczyła.
    Pamiętam też panią od polskiego, wielką przeciwniczkę tzw. bryków, czyli ściąg w książeczkach (przypominam, że wtedy nie było internetu). Kiedyś analizowaliśmy jakiś wiersz chyba Szymborskiej i jak z kumplem przedstawiliśmy swoją „analizę” (faktycznie ją zrobiliśmy sami) to pani głównie chciała się dowiedzieć w jakiej ściądze te głupoty wyczytaliśmy 🙂 Następnie jedynie słuszną analizę przedstawiła koleżanka (oczywiście sama jej nie zrobiła), więc więcej się nie wychylaliśmy z własną inwencją :). Na szczęście ogólnie nie miałem problemów z polskim, bo (może jestem nie całkiem normalny) lubiłem czytać lektury typu Potop, Lalka czy Chłopi 🙂
    Jeszcze mi się przypomina francuski, którego uczyłem się 8 lat w szkole. Kolega się kiedyś śmiał, że po tym całym francuskim może będzie umiał za parę lat powiedzieć „książka leży na stole”, ale nie będzie potrafił nawet zrozumieć o czym mówi do niego Francuz. Pozastanawialiśmy się chwilę jak powiedzieć książka leży na stole, więc może bym jeszcze to wydukał, ale np. „Fotel stoi na podłodze” to już za nic :). Generalnie prorocze słowa. Policzyłem, że na lekcjach francuskiego spędziłem w szkole jakieś 500 godzin – chyba w tym czasie byłbym w stanie ogarnąć podstawy chińskiego bez pomocy nauczyciela.
    Co do biologii itp. to faktycznie jestem w stanie sobie przypomnieć fazy mitozy, a jak pójdę do pobliskiego lasu to nie rozpoznam połowy drzew :). Na plastyce pani była fanką malarstwa abstrakcyjnego, więc nikt się nie nauczył tam malowania, bo pani się podobało, jak się losowe plamy na kartce porobiło i wszystkim za to stawiała piątki i szóstki 🙂

    Co do postulatów strajkujących – jest to racja, że wyższe zarobki być może by przyciągnęły lepszych ludzi do szkoły, tyle że przyciągnęły by też kolejnych pociotków dyrektorów, którzy by dostali tę pracę :). Słabych nauczycieli i tak nikt nie wyrzuci, bo się nie da. Ja kojarzę, że u nas wywalili gościa, który przychodził pijany do pracy i bił uczniów linijką, ale to jedyny przypadek. I dokładnie tak jak napisałeś – jakby warunki pracy były takie złe, to byłoby trudno znaleźć chętnych do pracy i byłaby duża rotacja, a jak widać jest coś przeciwnego. Mam znajomych nauczycieli (parę) w moim wieku – z korepetycjami stać ich na piątkę dzieci i budowę domu, więc jakoś bardzo nie narzekają. U córki w przedszkolu pani wychowawczyni była wychowawczynią niektórych mam 🙂 Oczywiście pani strajkuje jak wszyscy.
    Ale to co głównie chciałem napisać, to najbardziej mnie wkurza piętnowanie tzw. łamistrajków. Przypomina mi to, jak kiedyś całą klasą poszliśmy na wagary w liceum (raz się to nam zdarzyło, może innym częściej). Generalnie wyłamały się 3 dziewczyny, które były Świadkami Jehowy i im wiara nie pozwalała. Ja też bym chętnie Z nimi został, ale niestety presja grupy to coś bardzo silnego (dziś myślę, że bym się raczej wyłamał i nie robił czegoś na co nie mam ochoty). Oczywiście później nauczyciele sobie bardzo dużo trudu zadali, żeby wszystkich pouczać, każdego przesłuchać, właśnie mnie pytali dlaczego jak wszyscy szli to i ja i głównie próbowali odkryć prowodyrów całej akcji, żeby im obniżyć zachowanie. dodatkowo nam kazali pielić jakieś krzaki pod szkołą przez godzinę po lekcjach. Przypuszczam, że w dzisiejszej szkole wiele by się to nie różniło.

    od RacimiR: Ja to samo miałem z informatyką- sam w wieku 10 lat poprowadziłbym ten przedmiot lepiej, niż nauczyciele (którzy też uczyli ZPT). To były czasy, gdy nie było internetu i co najwyżej uczyliśmy się kopiowania plików w DOS z dyskietki na dyskietkę (5,25 cala). Na polibudzie zresztą lepiej nie było- przez cały rok uczyliśmy się MS Word- justowania tekstu, kopiowania i wklejania, zmiany kolorków i czcionek itd.
    Ja też byłem dużo ponad przeciętną zdolności klasowej, oceny też miałem ponad średnią, ale co ciekawe- najlepsze oceny w szkole średniej miały klasyczne kujonki z dosyć niskim IQ, które przepisywały w domu zeszyty (na lekcjach pisały normalnie, a potem w domu to przepisywały do drugiego zeszytu kaligrafią, podkreślaniem tematów na kolorowo itd- przecież to strata czasu). Z tego co wiem- w dorosłym życiu albo te kujony pracują za niewielkie pieniądze, albo nie pracuję i zajmują się dziećmi, z kolei najlepiej poradzili sobie ci ocenowi średniacy.
    Przypomniał mi się film „7 uczuć” Koterskiego, tam jest całkiem fajnie pokazana szkoła. Jest jedna kujonka, która ma wszystko wyklute na blachę, a najzdolniejsi uczniowie nudzą i męczą się na lekcjach, albo wagarują.
    Gdyby nauczyciele dostali srogą podwyżkę to byłoby tak jak mówisz- przyciągnęłoby to chętnych ludzi na wysokim poziomie, ale oni by pocałowali klamkę, bo dyrektorka miałaby już swoich protegowanych na te stanowiska. Niedawno była afera w NBP z „aniołkami Glapińskiego”, wcześniej z Misiewiczem czy z fryzjerem Joanny Muchy, synem Tuska, córką Komorowskiego itd- osoby te dobrze opłacone, a ich kompetencje nie powalały na kolana. Paradoksalnie zwiększenie uposażeń obniżyło jeszcze poziom, bo kompetencje spadły na drugi plan podczas procesu rekrutacyjnego.
    Nauczyciele dużo stracą na tym strajku, zwłaszcza jeśli chodzi o psychikę. Pewnie połowa od przeszłego semestru pójdzie na roczne urlopy dla podratowania zdrowia, bo im głupio będzie spojrzeć uczniom w oczy po tym wszystkim.

    • .Podam fajny przykład jeśli chodzi o obsadzanie stanowisk w wiejskich gminach.
      Wszyscy wiedzą, że jest tam kilka rodzin, które już od wielu, wielu lat mają tam ciepłe posadki i pchają swoje dzieci na nie również. Każdy wie i się skarży aczkolwiek nic z tym nie robi.
      Raz w mojej gminie pod Krosnem pojawiło się ogłoszenie na stanowisko inżynieria środowiska, czy coś w tym stylu. Za namową rodziców aplikowałem gdyż spełniałem wszystkie wymagania. Miałem studia, magistra z tej dziedziny, doświadczenie dwuletnie, dosłownie każdy punkcik miałem odhaczony. Jako, że składałem podanie w ostatnim dniu wiedziałem ile ich było. Łącznie ze mną 9.
      I teraz kwintesencja, która można było zgadnąć bez wysiłku. Nie zostałem nawet zaproszony do drugiej tury konkursu na wstępna rozmowę kwalifikacyjną. Pewnie ktoś był lepszy, miał lepsze doświadczenie zawodowe? Huja prawda. Żadnych rozmów nie było, a pracę dostała bratanica wójta, która to skończyła szkołę hotelowa. Zero doświadczenia zawodowego i studiów.

      od RacimiR: El clásico. Ogłoszenie dali tylko po to, bo jest taki wymóg, a miejsce już wcześniej było zaklepane dla znajomka. Dlatego budżetówce nie należą się żadne podwyżki, do momentu, gdy nie zostanie osiągnięta równowaga popytowo-podażowa na dane stanowisko. W przeciwnym razie będą takie sytuacje, jak opisujesz, a jedyna szansa dostania się do budżetówki „z zewnątrz”- to na taki etat, którego nikt z protegowanych nie chce wziąć, gdy potrzebny jest ‚murzyn’, który będzie zasuwał za czterech. Państwo to zawsze był najlepszy pracodawca, bo odprowadza wszystkie składki, płaci grusze, dodatki, jubilaty, trzynastki, jest umowa na czas nieokreślony. Ja pracując w prywatnych firmach- pierwszy raz na oczy zobaczyłem umowę o pracę w wieku 28 lat (oczywiście na minimalną stawkę, a reszta w kopercie). W życiu nie dostałem gruszy, nie mówiąc już o innych dodatkach, a na L4 byłem przez całe życie łącznie przez… 5 dni i mi za to wypłatę pomniejszyli w ten miesiąc o 20% (gdy słyszę o rocznym urlopie pełnopłatnym dla nauczycieli to mi ziemniaki gniją w piwnicy, bo ja nieraz do roboty śmigałem z gorączką). Ja bym chętnie się zamienił warunkami pracy z większością nauczycieli (poza tymi od przedszkolaków i klas 1-3, bo tam bym nie zdzierżył 1 dnia), ale oni dziwnym trafem nie mają zamiaru się zwalniać, nawet gdy ze strajku nici.

      • Pytanie, co było pierwsze – czy bratanica szukająca pracy, czy potrzeba zatrudnienia inspektora 🙂

        od RacimiR: Pewnie opcja pierwsza. Ewentualnie siostrzenica dyrektora na bliźniaczym stanowisku potrzebowała wsparcia, żeby zamiast 2 godzin pracować jedną.

  11. Nie wiem ile godzin minimum muszą nauczyciele w Wielkiej Brytanii przepracować ale większość zaczyna dzień o ósmej – przygotowuje się i materiały do lekcji które rozpoczynają się o 8.45. Lekcje kończą się między 15.15 a 15.30. Nauczyciele nie kończą wcześniej niż o 16. Kokosów nie zarabiają, większość zadowala fakt długich wakacji i wyższej emerytury (bodajże defined pension). Ale najważniejsza różnica jest taka, że moje dzieci do brytyjskiej katolickiej szkoły idą z uśmiechem na twarzy a do polskiej sobotniej szkoły trzeba wołami ciągnąć mimo okrojonego materiału. Moje doświadczenia z polską szkołą są podobne do doświadczeń autora tego tekstu. Polska szkoła nadaje się jedynie do zaorania, dawanie jakichkolwiek podwyżek utrwali tylko ten patologiczny stan.

  12. https://wiadomosci.wp.pl/sri-lanka-seria-eksplozji-w-kosciolach-i-hotelach-nieoficjalnie-polacy-wsrod-setek-ofiar-6372662819006081a
    Na Sri Lance doszło do serii zamachów terrorystycznych. Na ten moment zginęło aż 207 ofiar, ponad 500 jest rannych, bilans pewnie się zwiększy. Do zamachów doszło w całym kraju, na kościoły i hotele, szczególnie symboliczne jest to że do ataków doszło w Wielkanoc, doszło do 8 eksplozji. Nieoficjalnie wśród ofiar mogą być Polacy. Nieoficjalnie mówi się że mogą stać za tym lokalni dżihadyści, ponoć tamtejsza policja otrzymywała informacje o możliwych zamachach ze strony muzułmańskiej organizacji NJT (National Thowheeth Jama’ath), jak jest napisane WP; ponoć jakaś lokalna organizacja muzułmańska.
    Trochę zdziwiłem się miejscem zamachu, Sri Lanka raczej nie kojarzyła się z takimi zdarzeniami. Na wikipedii jest napisane że około 70% mieszkańców wyznaje buddyzm, 12% hinduizm, 9% islam i 7% chrześcijaństwo (głównie katolicy); muzułmanie byli do tej pory spokojni, a przynajmniej nie słychać było o ekscesach związanych z nimi. Kiedyś była tam wojna domowa zakończona dawno temu pomiędzy separatystami z organizacji Tamilskie Tygrysy którzy chcieli założyć własne państwo na północy Sri Lanki a rządem, ale był to konflikt polityczno-narodowościowy, muzułmanie i chrześcijanie nie brali udziału w tej wojnie co potwierdza fakt że nawet podczas wojny nie doszło do żadnego ataku na kościół; zresztą po zakończeniu wojny Sri Lanka mocno się rozwinęła z powodu rozkwitu turystyki. No i jeśli faktycznie potwierdzi się że to dżihadyści to znaczy że muzułmanie mogą być bombą z opóźnionym zapłonem nawet jeśli do tej pory tego nie pokazywali

    od RacimiR: Muzułmanie wiedzą, że chrześcijanie są łatwym celem, więc korzystają do woli. W Europie zresztą będzie to samo, gdy poczują się trochę pewniej. Terroryści ze Sri Lanki prawdopodobnie mieli mocne wsparcie z zagranicy.

    • https://fakty.interia.pl/swiat/news-sri-lanka-zamachy-to-odwet-za-atak-na-meczety-w-nowej-zeland,nId,2952996
      No proszę. Czyli teraz lewacy pewnie powiedzą że to nasza wina, ponoć islamiści dokonali serii ataków na Sri Lance jako odwet za Nową Zelandię (choć tamten zamachowiec nie był nawet wierzący).
      Bardzo prawdopodobne że mieli wsparcie z zagranicy, dzisiaj zaaresztowano Syryjczyka który miał udział w zamachach, ponoć mieli też wsparcie od Państwa Islamskiego które dziś przyznało się do przygotowań zamachu.

      od RacimiR: Wg lewackich mediów- co by złego się nie wydarzyło, to winne są zawsze te same kręgi. Za Sri Lankę są nawet 2 wersje- 1) ta, którą wkleiłeś, 2) fanatycy religijni ogółem, czyli kościół katolicki, w którym rozrasta się hydra faszyzmu.

  13. Przycichl temat strajkujacych nauczycieli i spalonego dachu katedry notre dame a temat nr jeden to zamach na sri lance (przyznam sie szczerze ze te wyspe kojarzylem ale jako nazwa cejlon).

    Jak patrze w wiki w sri lanka 70% wyznawcow to buddyzm, 10% muslimy i okolo 7% chrzescijanie. Zamach zorganizowano na koscioly i hotele chrześcijańskie!!! (buddysci nie zostali poszkodowani) i zginelo na teraz jakies 207 osób a ponad 600 jest rannych i na pewno większość to ciezko ranne osoby. Dodam jeszcze ze zamachowcami nie byli buddysci (w koncu oni takich rzeczy nie robią).
    Dla mnie zaskoczeniem jest miejsce i skoordynowanie kilku samobojcow z pasem szahida w wlasnie tym kraju, poniekąd slynacego z upraw herbaty. Jakby nie patrzeć do tej pory nie slyszalem nic o wzmozonej działalności terrorystow islamskich w ich kraju.
    Ciekawe gdyby w polsce na Wielkanoc muslimy zrobilyby kilka razy w kosciolach bummmm zginęło by z dwa tupolewy osób co nasz rząd zrobilby (oprocz tlitow z kondolencjami). Nasz kraj wogole nie jest przygotowany na zamachy! jakiekolwiek (nooo moze zamach krzeslem na bronka gajowego).

    od RacimiR: Sri Lanka na topie była 1 dzień, teraz główny news to inscenizacja bicia kukły Judasza (tu się zapowiada dłuższy „skandal” na kilka tygodni, wszak kukła ważniejsza, niż ponad 200 zabitych chrześcijan).

  14. Dzień dobry,
    Czytam Twój blog od dłuższego czasu i jak dla mnie jest świetny. Niektóre fragmenty, szczególnie te o Wyborczej, bardzo przypominają mi sytuacje z książki ,,1984″ George’a Orwell’a.
    Co do protestu nauczycieli, według mnie to klapa organizacyjna. Gdyby tylko sformułowali sensowne postulaty, mieliby szansę wygrać ten spór, jednak woleli zażądać więcej kasy i wziąć uczniów za zakładników.
    Przeglądając serwis wykop trafiłem na pewne znalezisko, które pokazuje dziwny sposób myślenia gazety wyborczej:
    https://www.wykop.pl/link/4888943
    Poza tym na tymże serwisie jest użytkownik o nicku nowy_ja, który stworzył wniosek o ujawnienie średnich zarobków nauczycieli w szkołach, a także obnażał kłamstwa i manipulacje nauczycieli.

    Mam nadzieję, że tekst jest zrozumiały. Pisanie dłuższych komentarzy nie idzie mi za dobrze, a opóźnienia na telefonie tego nie ułatwiają…

  15. Na Ukrainie wybory prezydenckie wygrał komik, aktor i satyryk Wołodymyr Zełenski i zdobył około 73% głosów a odchodzący Poroszenko tylko 27%; skoro tak osoba jak Zełenski wygrywa wybory to musi być źle w kraju, Ukrainą rządzą oligarchowie, problemami są duże bezrobocie i korupcja, choć Euromajdan miał przynieść zmiany to jednak nic się nie zmieniło, nie ważne czy rządzi opcja prozachodnia czy prorosyjska to zawsze jest tak samo. Co ciekawe grał on w ukraińskim serialu ,,Sługa narodu” gdzie grał……prezydenta Ukrainy. Zełenski pochodzi z rodziny rosyjskojęzycznych Żydów, jest on człowiekiem oligarchy Igora Kołomojskiego, który jest wrogiem Poroszenki, na jesieni na Ukrainie będą wybory parlamentarne które według sondaży ma duże szanse wygrać partia Zełenskiego a po tychże wyborach Ukrainę czeka kolejna odsłona wojny oligarchów. Prawdopodobnie nic się nie zmieni i za 5 lat Ukraińcy wybiorą kolejnego prezydenta ,,z kapelusza”. Jak to mówią ,,czasem wiele musi się zmienić żeby wszystko zostało po staremu”. Różnica pomiędzy Ukrainą a Rosją jest taka że na Ukrainie prezydenta wybierają oligarchowie a w Rosji to prezydent Putin wybiera oligarchów.

    od RacimiR: Na Ukrainie praktycznie od rozpadu ZSRR zawsze wygrywa Żyd, popierany przez oligarchę (lub Żyd-oligarcha we własnej osobie). To samo zresztą tyczy się parlamentu i premiera. Dlatego zresztą USRael tak nas ciśnie na jak najlepsze stosunki z Ukrainą- Polin to polsko-ukraiński projekt dwupaństwowy.
    Nic się nie zmieni. Plusem jest to, że kandydaci wspierający OUN/UPA/Banderę dostali po 2-3 procent.

  16. Nie chodziłeś przypadkiem do SP [CENZURA] ? Bo tak z opisu wszystko by się zgadzało, łącznie z panią Basią z plastyki ;P

    od RacimiR: Bingo 😉 Ty też? Pani Basia rządzi- larmo na pół miasta 🙂 I pan K. z muzyki, który za kołnierz nie wylewał i lubił ryja wydrzeć, ale on już dawno na emeryturze. Lubił wypić z małżeństwem D. (pani z matematyki, co wychodziła na faję na każdej lekcji i wuefista, który też lubił ryja wydrzeć).
    Zamazałem dane szkoły, żeby trochę prywatności mieć.

    • Jak kiedyś byłem u kolegi to w windzie spotkałem pana D. z małżonką, ale jako nauczycielki jej nigdy nie poznałem- widocznie musiała zakończyć karierę zanim przyszedłem do tej szkoły, ale na podstawie Twoich relacji wnioskuję, że nic nie straciłem. Pani Basia też w międzyczasie musiała się „wyrobić”, bo jak była moją wychowawczynią to nie pozwalała sobie już tak wchodzić na głowę, z drugiej strony też nie angażowała się zbytnio w prowadzenie lekcji- zazwyczaj całą godzinę dzieci po prostu coś tam malowały farbkami, kiedy ona była zajęta sobą zamiast nadzorować to co robimy, a na koniec tylko oceniała nasze prace, więc bez rewelacji, ale i tak jako moja wychowawczyni w 4-6 była lepsza, niż moja poprzednia z 1-3 (tej to bym jeszcze z 1000 zł obniżył pensję gdybym mógł). Pana K. z muzyki nie miałem okazji poznać od strony jakichś alkoholowych ekscesów, pomimo, że mieszkał w sąsiedztwie szkoły, ale na pewno był belfrem starej daty, który lubił wytargać ucznia za ucho, no i musiałem się nauczyć kilku melodyjek na flecie- nie było zmiłuj.
      Co do Twojej pani z Historii to mam wrażenie, że chodzi o panią G. co prawda nie znam jej życia prywatnego i nie wiem, czy była starą panną, ale opis pasuje jak ulał. Potrafiła się bardzo bucato odzywać do dzieci, jak nie przymierzając ostatni prymityw. Swoją drogą jakieś 10 lat przede mną w tej samej szkole uczyła mojego wujka, a jak widać świat jest mały, więc zastanawiam się, czy ewentualnie nie chodziliście może do jednej klasy czy coś ;P
      Natomiast niezrównoważony i niebezpieczny nauczyciel to pan C. z matematyki (być może ten co przychodził z sąsiedniej klasy do pani Basi by zapanować nad sytuacją), kompletny psychol, powinni go trzymać z dala od ludzi, a co dopiero dziatwy szkolnej. Ale tak czy inaczej wspominam tę szkołę całkiem sympatycznie, choć do gim poszedłem już gdzie indziej (w centrum), i były to najlepsze 3 lata mojego życia, do tego stopnia, że aż żałuję, że nie „siupnąłem”, bo jeszcze bym tam chetnie pochodził ;P

      od RacimiR: To starszy jestem widocznie. Pani Basia była też moją wychowawczynią, więc pewnie jak ja kończyłem szkołę, to Ty szedłeś do 4 klasy. Za „moich” czasów my nawet nic nie malowaliśmy na lekcjach. Po prostu raz na jakiś czas (co miesiąc?) trzeba było przynieść gotowe coś namalowane, ale wszyscy to robili w domu (na tych „lekcjach” malowanie byłoby wręcz niebezpieczne, bo tam latały stoły i inne przedmioty, nie mówiąc już o skupieniu się w tym hałasie- tam nawet odrabianie zadań domowych z innych przedmiotów było niemal niemożliwe, a co dopiero malowanie farbami). Może ktoś ją w końcu opierdzielił i zaczęła coś tam uczyć, bo za moich czasów wystarczyło to, że była bardzo miła i całkiem sexy. Wydaje mi się, że ona prosto ze studiów przyszła i moja klasa byłą jej pierwszą w ogóle, więc nie ogarniała jeszcze za bardzo.
      Pani z historii oczywiście, że G. Jak sobie ją przypomnę to mnie ‚biere’. Lepszy byłby dla niej (nie mówiąc o uczniach) Toszek, a nie szkoła.
      Pan C to nie wiem, czy o tym samym myślimy. Ci…. ? Taki wysoki, zgarbiony? Jeżeli tak, to sprawiał wrażenie lekko jebniętego (czyli specjalnie się nie wybijał pod tym względem, raczej mediana), ale jakichś specjalnych ekscesów z jego udziałem nie potrafię sobie przypomnieć. Coś mi świta, że chyba dostał od kogoś na lekcji w dzban za niesprawiedliwą ‚jedynkę’, ale nie jestem pewny, czy to był on (pamięć już nie ta). Miałem z nim krótko, chyba 1 semestr, albo i mniej. Nie pamiętam też, kto wpadał z ryjem na plastykę, ale raczej nie on (z tego co pamiętam mieli daleko od siebie klasy i na innym piętrze, a kubatura szkoły to sam wiesz- w takich przestrzeniach nawet „plastyka” z panią Basią jest niesłyszalna na drugim końcu szkoły).
      Jeszcze mi się przypomniała pani S. z historii z bujną blond lokowaną fryzurą, która dzwoniła dzwoneczkami na lekcji i gadała o ukrytych w szkole elfach, krasnoludkach i innych skrzatach. Dzisiaj ją widziałem w centrum miasta w godzinach „strajku” 🙂 Ona się nic nie zmieniła z wyglądu przez 30 lat.
      Ja też szkołę wspominam dobrze, ale raczej nie z powodu nauczycieli, tylko że ogólnie młody i beztroski byłem, a także poznałem tam wielu fajnych ludzi, z niektórymi do dziś utrzymuję kontakt. Dużo lepiej wspominam liceum (tyż w centrum).

      • Słuszna uwaga- pani Basia była całkiem sexy, i podobała mi się jako kobieta, pomimo że miałem 10 lat.
        Miło mi słyszeć, że pan Ci. zarobił od kogoś w cymbał- pewnie się należało. Zresztą, teraz jak trochę podrosłem to chętne bym poprawił. Z tego co pamiętam, to gościu miał klasę po drugiej stronie patio, względem tej z plastyki, ale kojarzę, że z jakiejś przyczyny był spotykany w tych rejonach szkoły, więc mógł to być on.
        Panią S. jedyną rozpoznałem spośród tych śpiewających, więc chyba faktycznie się nie zmieniła. Za moich czasów do tej szkoły chodziła też jej córka, i z tego co pamiętam to miała takie samo afro i wyglądała jak miniaturowy klon (pan Ci też miał tam dwóch synów tak btw). Generalnie to na podstawie jakichś tam zastępstw stwierdzam, że jako człowiek i nauczyciel pani S. może sobie podać ręce z panią G.
        W ogóle to widzę, że mamy podobne ścieżki kariery edukacyjnej, bo też popełniłem ten życiowy błąd jakim było pójście do LO, więc jak mi jeszcze powiesz, że chodziłeś do (…) to już chyba nie uwierzę w przypadek ;p

        od RacimiR: Też chodziłem 🙂 I mieszkałem za małolata tam, gdzie w windzie widziałeś małżeństwo D. Zaraz się okaże, że jesteśmy sąsiadami. Tam najlepszy był dyrektor, gościu z historii. Wymagający, ale konkretny i miałem do niego duży szacunek. Reszta taka sobie, a najgorsza była pani z chemii, która miała empatię radzieckiego robota.
        Co do SP- na opierdol na plastykę różni nauczyciele przychodzili (nie że jeden i ten sam), nieraz nawet 2 sale dalej, bo hałas był gigantyczny i mało kto był w stanie to zdzierżyć (ściany między salami nie były murowane, tylko jakaś sklejka czy blacha, która nie tłumiła dźwięku). Co do C- ja tam mu nie mam nic do zarzucenia, poza tym, że był jakiś taki nieśmiały. No ale miałem z nim krótko, i z matematyki zawsze byłem 3 poziomy ponad programem nauczania.
        G. i S. (obie z historii) to wg mnie całkiem inna para kaloszy. S. to jednak kobieta z kulturą i klasą, a G. to by mogła na ukraińskiej budowie robić za kawalarza. Aczkolwiek pod względem przydatności ich nauk- mniej więcej podobnie, czyli prawie nic.

        • Owszem, jesteśmy- ja mieszkałem osiedle obok, a w tym bloku zdarzyło mi się też raz po pijaku, dostać po łbie od nieznanych sprawców. Do dziś nie wiem kto to był, ale może ty coś wiesz skoro tam mieszkałeś, albo może osobiście masz kogoś na sumieniu? 😉
          Zastanawiałem się czy w ogóle spytać, ale co tam- może znasz braci E.? Bo wydaje mi się, że powinni byli chodzić do sp jakoś w tym czasie co Ty, a są dosyć powszechnie znani- i na osiedlu i na Ruchu.
          Tak, dyrektor H. to był równy gość, do tego osobiście za mną przepadał (rozmawialiśmy ze sobą staropolszczyzną rodem z Trylogii, co niezmiernie go bawiło). Co więcej, wydaje mi się, że własnie ze względu na jego sympatię, udało mi się jakoś z partyzanta tę szkołę skończyć i zdać maturę- pomimo, że melanż i osiedlowe życie wciągnęły mnie do tego stopnia, że w pewnym momencie pojawiałem się tam już tak średnio dwa razy w tygodniu. Spotkałem go parę razy na Batorym, ale sprawiał wrażenie jakiegoś obrażonego (być może ze względu na to, że już jako absolwent nie odwiedzałem starych śmieci).
          Panią M. z chemii mimo wszystko wspominam dobrze. Co prawda, zazwyczaj była zmierzła i sprawiała wrażenie, jakby już dawno straciła wiarę w polską młodzież i sens jej edukowania, ale dla mnie było to jakieś takie na swój sposób komiczne. Raz jak w klasie śmierdziało ode mnie cygaretami, to za karę kazała mi się inhalować przyniesionym z kamerlika flakonem, którego zawartością był jakiś chemiczny roztwór o zapachu zgniłego jaja 😉
          W pamięci utkwił mi też polonista, pan Z.- bardzo dobry nauczyciel, który potrafił zainteresować tematem lekcji, ale jako człowiek- zarozumiały cwaniak, z zawyżonym mniemaniem o sobie. Ten dla odmiany z jakiejś przyczyny akurat za mną nie przepadał, do tego stopnia, że jak spotkaliśmy się na Fali (tym kąpielisku), to udawaliśmy, że się nie widzimy. Warto też wspomnieć, że prywatnie udzielał się w RAŚ-u, a z innej beczki, skądinąd wiem też o paru jego romansach z uczennicami. Chociaż akurat z tego przede wszystkim znany był kontrowersyjny pan K.- drugi w tej szkole, powszechnie nielubiany historyk, ale ja go tam akurat lubiłem.
          Dobrze wspominam matematyczkę, panią K.- wymagająca, ale bardzo życzliwa i sympatyczna kobieta, do tego miała dużo cierpliwości, nawet dla takiego kapuścianego głąba jak ja.
          A była już za Twoich czasów ambasada, czy to już jednak późniejsza tradycja?
          Aha, i co do pani S. to rzeczywiście pod względem aparycji i kultury przewyższała prymitywną panią G. ale po prostu do tego samego stopnia wzbudziła moją antypatię, dlatego stawiam je na równi, co udowadnia, że w życiu można być też kulturalnym kutasiarzem.

          od RacimiR: Ja już mieszkam od dawna gdzieś indziej. Po łbie nikogo nie biłem nigdy, ogólnie z tymi blokersami (wielbicielami białego proszku) jakoś specjalnie się nie kumplowałem (nie ten poziom intelektualny), ewentualnie graliśmy w piłkę razem, ale to wszystko. Braci E kojarzę, moi rówieśnicy, ale też z nimi jakichś bliskich relacji nie miałem. Nie mam do nich zastrzeżeń, fajne chłopaki. Coraz rzadziej ich widać (życie rodzinne ich pochłonęło), ogólnie to na Ruchu lipa na maxa, a będzie coraz gorzej w związku z nadchodzącym 3 spadkiem z rzędu, wczoraj w Rzeszowie nawet nie miał kto dopingu prowadzić (w końcu skończyło się na 20 minutowym zrywie ‚Dzikiego Wąsa’ a reszta meczu niemal cisza).
          K. z historii też był OK, ale ja miałem z nim krótko, chyba 1 semestr. Mało kto go lubił, ale ja tak (był mocnym antykomunistą i próbował uczyć o sowieckich zbrodniach, czego nie było w programie nauczania).
          Chemię ewidentnie mieliśmy z dwoma różnymi nauczycielkami, matematykę też. Z Z. z polskiego nie miałem nigdy, prócz zastępstw 1-2 lekcje w sumie. Też słyszałem, że lubił umawiać się z uczennicami na małe co-nieco. O ambasadzie pierwsze słyszę.

          • Według mnie, absurdalne było robienie demonstracji w UM, po to by wymusić 18 milionów pożyczki, co tylko pozwoliło jeden sezon dłużej utrzymać trupa przy życiu. Kiedy światło dzienne ujrzała informacja, że mamy tam chyba 40 milionów długu, oczywiste dla mnie stało się, że o ile nie zainwestuje tu jakiś arabski szejk, albo żydowski oligarcha to żadnym sposobem nie będziemy w stanie wygenerować takich zysków by wyjść na prostą, więc trzeba było się z tym pogodzić, zakopać Smagora razem z Mosórem w lesie, a następnie śladami Widzewa z czystym kontem zacząć od 4 ligi (być może już byśmy byli w tej lidze co teraz), a za te 18 milionów zacząć już stawiać pierwszą trybunę. Lubimy się śmiać, z Lecha, że to Amica Wronki itd. ale prawda jest taka, że wszyscy co maja trochę oleju w głowie się jakoś od tych długów wykręcają, tylko my jesteśmy jakimś Chrystusem narodów wśród klubów piłkarskich, który jak zwykle bierze te długi na klatę. Rezultat tej pożyczki jest taki, że nie ma ekstraklasy, stadionu, ani żadnych optymistycznych perspektyw- są tylko długi. Szkoda mi tylko Janka, a wcześniej Wleciałowskiego, Fornalaka i Warzychy, że się w to szambo wjebali, próbując jakoś ratować sytuację.
            Co do K. to przypomniało mi się jeszcze, że kandydował z PiS-u do rady miasta- ciekawe, czy mu się w końcu udało. Generalnie gościu był dobrym gawędziarzem i średnim nauczycielem, ale nie wiem czy zasłużył na aż tak powszechną niechęć. Ja z tym nurtem bezmyślnie nie płynąłem i nic do niego nie miałem.

            od RacimiR: Z Amicą (Lechem) była inna sytuacja (jedna z dwóch w historii polskiej piłki, drugie było tzw. „Dysko-Polo” Warszawo-Grodzisk), bo oni zaangażowali w to drugi klub, co pozwoliło im utrzymać ekstraklasę bez żadnej przerwy. U nas (czy wcześniej Widzewa, Śląska W., chyba też Lechii) wchodzi w grę tylko spadek o 2 klasy rozgrywkowe (czyli 3 liga, do której za chwilę spadniemy sportowo minus dwie kolejne, wychodzi okręgówka od przyszłego sezonu). Ja już 2 lat temu po meczu z Łęczną (gdy spadaliśmy z ekstraklapy i policja jeździła po murawie na koniach) mówiłem i pisałem na forum niebieskich, że trza ten bajzel rozwiązać w pizdu, bo ze spirali zadłużenia nie wyjdziemy nigdy. Teraz bylibyśmy pewnie w 2 lidze na bezpiecznym miejscu, bez długów. No ale zrobiono inaczej, obiecywano szybki powrót, a skończyło się dokładnie odwrotnie. Upadek i tak nas czeka, więc nie wiem, po co to przedłużać, tracimy tylko czas i kibiców (trudno młodych przyciągać, a starsi się wykruszają, gdyby nie powszechnie szanowany „Simon” z rodzinnego, to w ogóle nie mielibyśmy młodych kibiców).
            K. był wymagający i lubił osoby inteligentne, więc dlatego większość uczniów go nie lubiła, zwłaszcza niezbyt mądre kujonki, które „ocenowo” jechały wyłącznie na pięknie prowadzonych zeszytach i kuciu materiału na blachę (a gdy trzeba było ruszyć głową, to kapitulowały). Ja miałem też z nim dobre układy z powodów muzycznych, nieraz sobie pożyczaliśmy kasety i płyty.

  17. Bardzo dziękuję RacimiRze za podjęcie tego niewygodnego tematu. Strajk nauczycieli dotyka mnie bezpośrednio, więc podzielę się swoimi przemyśleniami, jako że od dwóch tygodni ostro analizuję warianty rezerwowe dla terrorystycznej działalności ZNP. Będąc rodzicem tegorocznego maturzysty mielę na przemian przekleństwa i przekleństwa. Wspólnie z młodzieżą zastanawiamy się co dalej, po magicznym piątku 26 kwietnia. Jaka szkoła średnia na powtórkę roku, jakie kroki prawne wobec wesołków, którzy mi kasują sporo hajsu z planowanych rocznych wydatków na edukację latorośli. Bo chociaż szkoła jest „darmowa”, a i mieni się renomą wśród innych szkół średnich, znaczy sławna i lubiana, kształcąca między innymi latorośl prezydenta miasta, to działania, jakie muszę wykonywać, by dziecko rozumiało to czego będzie dotyczyć egzamin dojrzałości liczę już miesięczną kwotą wyrażoną w czterech cyfrach.
    Dlatego też nie popieram a wręcz protestuję przeciw tym, którzy się świetnie bawią, wymyślając piosenki. No szkoda w chuj, ale nie doceniam tych pięknych protest songów. Ba, ja nie rozumiem ich żądań, jakie podwyżki? Na co? Na uprawianie markieracji nauczania? Jeśli broniarzyna dociągnie ze strajkiem do klasyfikacji następna szkoła dla dziecka będzie prywatną. Trzeba będzie latorośl przenieść, bo dla higieny i spokoju życia nie warto się szarpać z wykształconymi głupcami, którzy nie widzą jak zostali rozegrani.

    Dla mnie spindoktor PIS jest aktualnie najlepszym w branży, wartym każdych pieniędzy. Dzięki strajkowi wykształciuchów (wybaczcie, że tak będę „CIAŁO PEDAGOGICZNE” nazywał, ale hasło o tym, że ktoś, kto zdobył wyższe wykształcenie musi zarabiać więcej, tylko dlatego, że się dorobił emgieera przed nazwiskiem jest dość bekowe) upiekł PSL, a i wpuścił w kanał totalnych. Rozegrał ich jak dzieci, jak bandę przedszkolaków. Rozśpiewane kózki w rajtuzkach nie zauważały, że podobnie jak w popularnej grze o lemingach, zapadają się w dół, gdyż mają jednego kopacza w pionie (Broniarz) i zero ekipy budującej schody do góry. Tak sobie pośpiewali, poskakali jako krówki, świnki etc., a poparcie topniało jak śnieżny bałwanek na czerwcowym słońcu.
    PSL, jako popierające strajk, czyli de facto walczące z niesprawiedliwością dopłat do krów i świń, gdy szkoła płonie, zostało zgrillowane na wsi, przed samymi wyborami. No bo jak to, partia chłopska broni wykształciuchów, a nam hodowcom bydła mówi, że to głupio, że dostaniemy na świniaka stówę – „Łodkund w mieście siedzO, to się na wieś nie paczOM”

    Chłopcy schetynowcy i reszta wesołej ekipy powoli osuwa się w dół, tylko dlatego, że popierali używanie uczniów jako tarcz w sporze. W kwestii klasyfikacji do matur chyba zapomnieli, że te 300tys. potencjalnych wyborców, o ile nie jest z młodzieżowej przybudówki PO, też wyprostowanym środkowym palcem odmacha im serdecznie przy urnach, mając świadomość niezawinionej swoim działaniem powtórki roku. A znając młodzież i życie zainstalują ponownie korwinowców w europarlamencie i będzie śmiesznie 🙂
    Dołączą się rodzice, nierzadko zasuwający z urlopami na zmianę, urlopami z puli rocznej 20/26 dni, który poświęcają na bezsensowne siedzenie z dziećmi, kiedy jeszcze miesiąc wcześniej widzieli się na wypoczynku w lipcu, czy sierpniu przy szumie fal, czy oczeretów
    Spindoktorzy koalicjantów, podążający za pisowskim spindoktorem z lekkim opóźnieniem, nie zauważyli, że ciągnący się jak toffik strajk może jeszcze bardziej wpłynąć negatywnie na jesienną kampanię wyborczą. Zamiast to skasować, przerwać, przygotować wariant na jesień, brną dalej, organizując wiec nauczycielski w Wa-wie. Jakby nie rozumieli, że niewypoczęty robociarski ryj może nie chcieć głosować na światłych europejczyków, gdyż nie zjadł mintaja z frytką w Łebie, czy innych Międzyzdrojach.
    Zachwyca mnie jedno, jakim cudem, ci wykształceni ludzie, można by rzec intelektualna awangarda narodu, nie zauważają, że są narzędziem do rozgrywki politycznej, porzuconym w krzaki, gdy się lekko tylko stępi. Może przygotowywali się do strajku tak jak do zajęć dydaktycznych, zbyt długo i po nocach…

    od RacimiR: Współczuję sytuacji (żarcik z Czerwonymi Gitarami raczej nie na miejscu), ale myślę, że skończy się dobrze i matury odbędą się normalnie (albo nienormalnie, ale jednak się jakoś tam odbędą). „Totalni” raczej nie są aż tak głupi, żeby sobie zafundować dalszy gniew społeczny, choć już próbują przekierowywać winę na rywali przy pomocy billboardów z wykrzywionym w photoshopie ryjem ministry, a KODziarze łykają jak pelikany.
    Broniarz, w terminologii gry o lemingach- powinien dostać „explodera”. I to nie od PiSu, bo oni politycznie korzystają na jego działaniach, ale od samych nauczycieli, którzy stracą na tym najwięcej i wkrótce zapełnią kolejki do gabinetów psychologicznych (pewnie wiedzą, że robią źle, ale oszukują się, że działają słusznie).
    Gdyby nie doszło do matur to zamieszanie będzie gigantyczne, chociażby z powodu luki z roczniku. Uczelnie będą przyjmować z łapanki każdego chętnego, komu się zachciało studiować po x-latach przerwy (połowa prywatnych, które już teraz przyjmują każdego pewnie pójdzie z torbami), a za rok konkurencja będzie podwójna.
    Do sądu (w razie ‚w’) oczywiście szkołę, cywilnie. Będą się bronić, że to przez MEN, więc co złego to nie my, ale jednak część szkół funkcjonowała normalnie przy identycznych warunkach, co daje oczywisty wniosek, że wina leży po stronie innej, niż ministerstwo.
    Wydaje mi się, że organizatorzy najchętniej zakończyliby farsę i uznali sprawę za niebyłą, ale głupio im to ogłosić i widocznie nie ma „chętnego”, który zgodziłby się to zrobić. KODziarstwo tak się w to zaangażowało emocjonalnie, że zmiana ‚mądrości etapu’ (zresztą druga w krótkim czasie, po okładce Wyborczej z końca lutego) mogłaby ich rozdrażnić i zdezorientować przed wyborami. No i Broniarze tak sobie siedzą, powtarzając w kółko „Na razie nie jest źle”, jak to było w całkiem aktualnym do dziś filmie „Nienawiść”.

  18. https://wiadomosci.wp.pl/500-zagrozone-urzednicy-szykuja-sie-do-strajku-6373429661701761a
    Totalna opozycja będzie chciała wywołać kolejną awanturę. Po strajku nauczycieli ma przyjść strajk pracowników socjalnych (mają być zagrożone wypłaty świadczeń socjalnych np. 500+). Strajk ma zacząć się na przełomie czerwca i lipca; sugerując po terminie rozpoczęcia to będzie początek kampanii wyborczej totalnych do Sejmu i Senatu tak jak strajk nauczycieli to kampania totalnych do PE; w domyśle celem jest aby poprzez zablokowania wypłat socjalnych zdemobilizować elektorat PiS, aby jak najwięcej tego elektoratu nie poszło na wybory).
    Te strajki budżetówki mocno przypominają manifest Fundacji Otwarty Dialog pt ,,Niech państwo stanie: wyłączmy rząd” gdzie strajki budżetówki miały sparaliżować państwo, warto jeszcze raz przeczytać ten manifest bo chyba teraz jest realizowany.

    od RacimiR: Nie sądzę, żeby „totalni” byli tak głupi. Przecież PiS powie wtedy, że „pieniądze są, ale strajkujący pracownicy OPS, wspierani przez PO/TVN nie chcą tych pieniędzy wypłacić” i Platformie poparcie spadnie do 10%. Pracownicy opieki zarabiają jeszcze 2 razy mniej, niż nauczyciele, ale też popyt na tę pracę jest (na ogół nic się tam nie robi, z kilkoma wyjątkami, które muszą zasuwać na panie od kawy i fejsika).

  19. moim zdaniem, ponieważ to”nie jest protest polityczny” strajk potrwa do wyborów. W blokach startowych grzani są rolnicy i lekarze.
    Tym czasem – niespodzianka! ruska agentura okazała się…RUSKĄ AGENTURĄ!!!

  20. PAMIĘTAM jak 10 lat temu wymiotowałem na widok spotu po o 10 latach w uessr dzisiaj miałem podobne odczucia jak w tv zobaczyłem spot zapowiadający 15 lat ue koncert w tvp a w nim występują banderowcy z enej, gimbus kwiatkowski wojujący ateista i cwelebrytka margaretka uważająca się za europejke jedynie golcowie mnie zadziwili że uczestniczą w tym burdelu ale widocznie cięzko u nich z kasą

  21. I znowu nie będę oryginalny! Brawo RacimiR!!!
    Znowu powiedziałeś dokładnie to co myślą i czują wszyscy normalni ludzie w tym nieszczęśliwym kraju!
    Dodam jedynie od siebie to, że porównując szkolnictwo za komuny i obecne, „komunistyczne” wypada o wiele lepiej i było na zdecydowanie wyższym poziomie!
    Patrząc na poziom maturalnych zadań z matematyki moja nauczycielka z liceum w grobie się przewraca!!!
    Pozdrawiam Cię serdecznie i miłego weekendowania!!!!!

  22. Nie ma czegoś takiego jak Pcim Dolny.

    od RacimiR: Był taki serial (w oryginale League of Gentlemen)- jeden z lepszych seriali wg mnie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *