
Kampania wyborcza do wyborów parlamentarnych w 2027 roku została już rozpoczęta. Jako, że rząd nie ma się za bardzo czym pochwalić (ostatnio z braku sukcesów „rozpoczęli budowę” drugiej elektrowni jądrowej), a wpadek jest mnóstwo (np. finanse publiczne, służba zdrowia czy niezrealizowane obietnice, nie licząc dziesiątek mniejszych afer typu Kłodzko)- drużyna Tuska będzie starała się przekierować uwagę wyborców na Polexit, a konkretnie obronę przed nim. Wprawdzie w już w kilku poprzednich wyborach stosowana była strategia pod tytułem: „Głosuj na nas, albo oni wyprowadzą Polskę z Unii”, ale w najbliższych wyborach będzie to 'grzane’ w sposób maksymalny. Dlatego już na pięć minut przed burzą spróbuję przeanalizować stan obecny Unii Europejskiej oraz jego wpływ na Polskę. Pomijam już fakt, że PiS nie chce opuszczać Unii, Konfederacja raczej też nie (zarówno 'Bosakowcy’, jak i 'Mentzenowcy’ mówią o próbie reformy), a jedynie Korona Brauna otwarcie postuluje opuszczenie UE. Mimo to, w mediach „liberalnych” wkrótce zaroi się od narracji, że PiS oraz obie Konfederacje to jeden wielki Polexit, ale nie o tym temat. Tutaj chciałbym skupić się stricte na UE.
Przeanalizowałem kilka sondaży poparcia Polaków dla członkostwa w UE. Ich wyniki mocno różnią się od siebie (różne metodologie i pewnie niektóre były robione „na zamówienie”), ale prawie każde (w porównaniu z podobnymi badaniami tych samych pracowni z poprzednich lat) wykazują, że mniej-więcej od roku 2019 poparcie dla członkostwa w UE wśród Polaków spada i to dosyć szybko, średnio o około 2 punktów procentowych rocznie. Wprawdzie poparcie to nadal jest bardzo wysokie, wynoszące obecnie około 75%, ale w roku 2019 wynosiło ono aż 90%, czyli w 7 lat spadło o około 15%. Najprawdopodobniej będzie ono nadal spadało, z dwóch powodów. Po pierwsze- biurokraci unijni regularnie wymyślają kolejne szkodliwe głupoty (a ich największymi sukcesami jest anulowanie/zredukowanie głupot, które sami wymyślili kilka lat wcześniej), a po drugie- wśród Polaków najwięcej zwolenników UE jest wśród ludzi starszych, a najwięcej przeciwników- wśród ludzi młodych, więc sama biologia zadba o to, że poparcie „zbiorcze” Polaków dla UE będzie dalej spadało (chyba, że biurokraci unijni ogarną się i zaczną robić coś mądrego, ale nie wydaje mnie się, żeby tak się stało, a wręcz przeciwnie).
We francuskim (całkiem niezłym) filmie „Nienawiść” kilka razy powtarzany był motyw faceta, który spadał z dużej wysokości i w locie powtarzał sobie „na razie nie jest źle, na razie nie jest źle” i mniej więcej tak wygląda dzisiejsza sytuacja Unii Europejskiej, której zamożność bazuje na wyprzedaży dóbr, wypracowanych przez poprzednie pokolenia. Nawet wielki eurokrata, Radek Sikorski stwierdził w 2024 roku: „W 1992 r. udział UE w globalnym PKB wynosił 29%; dziś jest to 17%„. Mówił to w kontekście przejmowania prezydentury unijnej przez Polskę, że niby miałaby ona to odwrócić (spoiler: nie udało się). Szacunki najnowsze mówią nawet o 14,7% na rok 2026. 
Unia stoi w miejscu, a reszta świata (zwłaszcza Azja, a nawet Afryka) się rozwija- im dłużej będzie to trwało, tym większym zadupiem staniemy się w przyszłości. Wprawdzie Polska jako-tako się jeszcze rozwija, ale tylko dlatego, że mamy efekt niskiej bazy, gdyż przez 44 lata mieliśmy na gospodarce zaciągnięty sowiecki hamulec, natomiast bogate kraje UE, jak Niemcy czy Włochy- gospodarczo stoją w miejscu. Siła nabywcza w stosunku do cen przeciętnego obywatela zachodniej Europy chyba nawet spadła w ostatnich 3 dekadach i ostatnio coraz więcej pojawia się tam ubóstwa.

W Polsce (i innych krajach byłego Układu Warszawskiego) główną grupą euroentuzjastów są ludzie starsi. Jak pisałem wyżej- oni powoli będą odchodzili z tego łez padołu. Ich sympatia dla UE potęgowana jest przez kompleksy oraz tzw. 'mentalność chłopa pańszczyźnianego’, obie dysfunkcje psychiczne nabyli oni poprzez sowiecką okupację, w której dorastali. Kompleksy wywodzą się z tego, że w czasie, gdy u nas panowała bieda, zacofanie i słabe zaopatrzenie w towary- na zachodzie Europy ludzie żyli na znacznie wyższym poziomie. Mieli lepsze zarobki, lepsze samochody czy lepiej wyposażone sklepy. Stąd wzięły się kompleksy obecnych seniorów, którym zostało to do dziś. Oni już do końca życia będą chcieli „trzymać sztamę” z zachodnią Europą, bo kojarzy im się to z luksusem, a Polska kojarzy im się z nędzą i patologią, rodem z filmów Smarzowskiego. To, że zachodnia Europa zatrzymała się w rozwoju 30 lat temu- do nich nie dotarło i nigdy nie dotrze. Z kolei 'mentalność chłopa pańszczyźnianego’ to typowy problem społeczeństw postkolonialnych (występuje także w Afryce, czy na Karaibach). W Polsce przez całe stulecia zwykły obywatel zawsze miał jakiś bat nad głową. Najpierw panował feudalizm, potem doszły zabory, dwudziestolecie międzywojenne było za krótkie, aby na szerszą skalę naprawić sytuację, a po nim „odwiedzili” nas bolszewicy na 44 lata. Nasz naród w takich warunkach liczył głównie na to, żeby „pan był zbyt łaskawy”, nie wyobrażając sobie w ogóle sytuacji wolności, suwerenności, niepodległości i samostanowienia. Co ciekawe, pokolenie urodzone w XX-leciu międzywojennym, które dzisiaj już niemal całkiem wymarło- miało w sobie tęsknotę za wolnością, dlatego 20 lat temu nakręcono na nich spiralę hejtu i pogardy (tzw. „moherowe berety” i „zabierz babci dowód”).
Gdy wyzwoliliśmy się od Moskwy w 1989 roku dzięki Lechowi Wałęsie klęsce gospodarczej modelu sowieckiego- duża część Polaków, urodzonych we wczesnym PRL wpadła w popłoch, bo była to dla nich nowa sytuacja. Jak to, nie mamy żadnego „protektora” z zagranicy? Nie może być! Popełnionych zostało wtedy mnóstwo błędów 'państwotwórczych’, które do dzisiaj odbijają nam się czkawką, ale nie o tym temat. Praktycznie od razu po upadku komuny głośny zaczął być pomysł, aby za wszelką cenę dołączyć do UE, bo to idealnie zgrywało się z oboma kompleksami, o których pisałem wyżej (nawet byli PZPRowcy z miejsca stali się euroentuzjastami). Będziemy mieli „pana” z zachodu, który od dekad jawił się krainą szczęścia. Problem w tym, że Unia nie chciała wtedy Polski przyjąć w swe szeregi, bo nie spełnialiśmy wielu kryteriów, gospodarka była niestabilna, różnice w dochodach kilkunastokrotne, a nad Wisłą złote lata przeżywała przestępczość (niezorganizowana i zorganizowana). Całe lata 90-te politycznie były podporządkowane staraniom, aby jak najszybciej dołączyć do UE, w każdej kampanii wyborczej padały takie obietnice. W końcu w 2004 roku się to ziściło i obecni seniorzy już tego nie oddadzą, będą do końca życia bronić „Rejtanem” członkostwa w UE. Ciekawostką jest fakt, że jedyna partia, która oficjalnie była wtedy przeciw UE to LPR Romana Giertycha, który obecnie jest guru sekty najtwardszych euroentuzjastów z pokolenia 70+. Obecni seniorzy to najwięksi sympatycy UE wśród Polaków, co potwierdzają wszystkie badania. Z czasem jednak liczba tych osób będzie spadać z powodów biologicznych, więc „zbiorcze” poparcie Polaków dla UE również będzie z czasem spadać (co już się kilka lat temu zaczęło).
Z kolei najwięcej eurosceptyków jest według badań wśród ludzi młodych, z przedziału 18-24 lata. Oni już nie mają większych kompleksów wobec zachodu (często tam byli osobiście i sami zauważyli, że nie jest to eldorado), nie mają też pilnej potrzeby szukania „pana” dla Polski, wykazując tendencje wolnościowe i suwerennościowe. Młodzi jednak rzadko chodzą głosować, więc w wyborach w 2027 roku grupa ta nie będzie miała większego wpływu na skład przyszłego parlamentu.
Tendencje ogólne są wyraźne, poparcie dla członkostwa Polski w UE będzie spadało wraz z czasem. Nadal jednak wynosi ono około 75%, a kampanię wyborczą robi się tu i teraz, dlatego będzie się ona obracała w dużej części wokół rzekomego Polexitu. Głównie chodzi o negatywne emocje i straszenie osób starszych powrotem pod skrzydła Moskwy, co jest głupie, ale działa (większość sympatyków KO uważa, że PiS jest partią prorosyjską, zapominając co PiS i PO robiły w przeszłości).

Przeciętny zwolennik Unii Europejskiej poda maksymalnie 3 przykłady (mało który jest w stanie wymienić cokolwiek więcej) na to, że koniecznie trzeba być członkiem UE. Są to: swoboda przepływu pracowników i kapitału, dotacje/dopłaty oraz Strefa Schengen. Wszystkie te 3 wynalazki pochodzą jeszcze z XX-go wieku, a mamy już rok 2026. Jeżeli poprosić euroentuzjastę o wymienienie jakichkolwiek dobrych reform unijnych, pochodzących z XXI-go wieku to są dwie możliwości: albo wymieni te 3, pochodzące z XX-go wieku, albo syntax error (czyli zmieni temat, albo zamilknie). Taka z nich „elita”, za którą się pysznie uważają.
Z braku laku przeanalizujmy zatem te 3 największe 'sukcesy’ z ubiegłego wieku (co zresztą będzie sednem rozpoczynającej się kampanii wyborczej). Swoboda przepływu pracowników i kapitału jest dobrym czynnikiem (według mnie jedynym spośród 'dużych’ projektów UE). Wprawdzie nasza gospodarka dostała nieco po dupie, gdy z dnia na dzień musiała zmierzyć się z molochami finansowymi z zachodu: większość przemysłu upadła, a takie branże jak handel średnio i wielkopowierzchniowy, telefonia komórkowa, media prywatne, finanse, bankowość, ubezpieczenia- stały się bardzo szybko w większej części nie-polskie (przy czym polskie firmy nie miały kapitału, aby robić to samo z nasyconymi rynkami na zachodzie). Wpuszczenie zachodnich korporacji na polski, młody i płytki rynek przypominało wpuszczenie wilków do kurnika. Jednakże sporo też na tym swobodnym przepływie skorzystaliśmy, głównie poprzez zachodnie inwestycje, tworzące miejsca pracy (wprawdzie były one głównie niskiej i średniej jakości w halach z blachy falistej, ale dobre i to w okresie wysokiego bezrobocia). Obecnie tych inwestycji jest coraz mniej, bo oparte były głównie na taniej sile roboczej, a zarobki w Polsce znacznie się podniosły, na szczęście w międzyczasie bezrobocie spadło do niskiego poziomu.
Teraz dotacje unijne. Socjalizm nigdzie na dłuższą metę nie zadziałał, jednak Polska początkowo na unijnych dopłatach korzystała, bo zwyczajnie 'bogaty zachód’ w ten sposób rekompensował biedniejszym krajom dostęp do ich rynków. Kraj z jednej strony zaroił się od (niepłacących podatku dochodowego) Lidlów, Media Marktów, Orange’ów czy Santander Banków, ale na otarcie łez dostaliśmy dopłaty (różne typy: dla przedsiębiorców, samorządowe czy rządowe). Dosyć duży wałek jest z dopłatami dla rolników, bo te od 2003 roku ustalono w Polsce na znacznie niższe kwoty, niż otrzymują rolnicy z zachodu i sytuacja do dzisiaj się nie zmieniła (pomimo tych samych wymogów, np. chipowanie bydła). Oficjalną logiką funduszy unijnych jest wyrównywanie szans i zmniejszanie nierówności, ale akurat dopłaty rolnicze tylko te nierówności zacementowały. Wraz z upływającym czasem dopłaty i dotacje zaczęły się Polsce coraz mniej opłacać, a uwzględniając biurokrację zaczęliśmy na tym tracić, czyli cały na biało na scenę wkroczył nieunikniony, prawdziwy Pan Socjalizm. Lidle, Media Markty i mBanki dalej stoją i wysysają pieniądze z Polski, ale dopłat i dotacji unijnych jest coraz mniej (uwzględniając inflację i rosnącą składkę członkowską). W międzyczasie Unię opuściła stosunkowo bogata Wielka Brytania, a dołączyły kraje biedniejsze, jak Rumunia i Bułgaria, więc zamożność Polski przesunęła się nieco bliżej średniej unijnej, z tego powodu saldo z dotacji i dopłat zbliżyło się do zera, a z czasem będzie coraz gorzej. Do tego dochodzi tzw. mechanizm warunkowości, dzięki któremu unijny urzędnik średniego szczebla, wybrany w sposób „bankietowy” może „ot tak” zdecydować, że zatrzymuje wypłatę dofinansowania („przypadkiem” zawsze niedoszłym beneficjentem jest kraj lub samorząd, gdzie rządzi prawica). Dlatego ten „argument” euroentuzjastów (że Unia daje pieniądze za darmo) jest już nieaktualny.
Trzeci, ostatni i mój ulubiony „argument” euroentuzjastów to Schengen. Straszą oni, że „jak twój Bosak wyprowadzi Polskę z Unii to nigdzie już nie pojedziesz„. Tak uważają głównie osoby starsze, którym od razu przypomina się PRL i trudności z uzyskaniem paszportu, spowodowane polityką zagraniczną Moskwy. Problem w tym, że Strefa Schengen nie ma nic wspólnego z Unią Europejską. Strefa powstała w roku 1985 jako umowa Niemiec, Francji i krajów Beneluksu, a np. kraje skandynawskie dołączyły do niej dopiero w roku 2001. Istnieją kraje Unii (Irlandia i Cypr), które nie należą do strefy Schengen, a z drugiej strony istnieje 7 krajów spoza Unii, które należą do Schengen, są to: Islandia, Liechtenstein, Monako, Norwegia, San Marino, Szwajcaria i Watykan. Owszem, Wielka Brytania po Brexicie wyszła też ze strefy Schengen, ale w praktyce niewiele się zmieniło. Byłem tam kilka razy od tego czasu, mam tam też mnóstwo znajomych w UK i jedyna różnica na granicy (czy to na lotnisku, czy promie, czy eurotunelu) jest taka, że trzeba pokazać paszport, a nie dowód osobisty. Dlatego „argument” euroentuzjastów o „zakazie podróżowania” jest zupełnie nietrafiony, a jeżeli ktoś go używa- jest fanatykiem lub imbecylem (często jedno i drugie naraz). Pomijam już to, że przynależność do Schengen nie zwalnia nas z kontroli na wewnętrznych granicach, najlepszy przykład to granica polsko-niemiecka, podczas przekraczania której mamy dużą szansę na zaproszenie do namiotu celników, gdzie poza kontrolą dokumentów odbywa się szczegółowe przeszukanie (od jakiegoś czasu wygodniej jest wjechać do Wielkiej Brytanii, niż do 'schengenowych’ Niemiec).
Jeżeli już o mowa Brexicie to krótko opiszę swoje spostrzeżenia na ten temat. Wielka Brytania w momencie opuszczania UE była już krajem pół-upadłym. Z jednej strony lewactwo pustoszyło głowy młodych Brytyjczyków, z drugiej agresywne mniejszości etniczne i religijne zdobywały wpływy. Nigel Farage (główny autor Brexitu) nie miał możliwości wprowadzenia swoich postulatów, bo nigdy nie powąchał realnej władzy. Od razu po Brexicie kraj stał się jeszcze bardziej „unijny”, niż sama UE. Masowa imigracja i dyskryminacja rdzennej ludności na korzyść mniejszości była uskuteczniana w tempie zatrważającym. Zresztą nawet dzisiaj ich gospodarka nie jest w większym kryzysie, niż francuska, włoska czy niemiecka. Według mnie- gdyby nie było Brexitu to sytuacja Wielkiej Brytanii byłaby dzisiaj taka sama, a może nawet gorsza, ale tego nie da się już sprawdzić.
Gdybym ja miał wymienić jakiś plus Unii Europejskiej z XXI-go wieku to do głowy przychodzi mi tylko brak dodatkowych opłat za roaming na terenie UE. Chciałem wymienić jeszcze zakaz sprzedaży chipsów w nadmuchanych opakowaniach, ale właśnie przeczytałem, że był to głośny, ale jednak fejk-nius. Nic innego nie przychodzi mi do głowy, może ktoś w komentarzu coś wymyśli?
Wad Unii Europejskiej nie będę szczegółowo wymieniać, bo musiałbym napisać coś o objętości „Trylogii” Sienkiewicza. Od lat piszę o tych wadach na tym blogu, więc zapraszam do innych tekstów (np. poprzedni był o SAFE). W skrócie, najbardziej mi przeszkadza ograniczanie wolności człowieka oraz promowanie (na ogół niewdzięcznych i wiecznie niezadowolonych) mniejszości. Do tego podatki, regulacje, wymogi, kontrole, cenzura i wszechobecna biurokracja.

Znamienne jest to, że politycy rządowi i podległe im media „liberalne” same dobrze wiedzą, że Unia w obecnej sytuacji organizacyjno-kadrowej zmierza ku przepaści, więc bardzo skąpo (albo wcale) informują o najnowszych dyrektywach, aby elektorat prounijny nie dowiedział się, co oni naprawdę w tej Brukseli wyprawiają. Np. o 'EU ETS2′ ani słowa, żeby żodyn się przypadkiem nie dowiedzioł. Sama Bruksela też wie, że muszą robić to po cichu, a w przypadku grubszych spraw- etapami, aby żaba nie wyskoczyła z gotującego się naczynia (nauczyła ich tego sprawa ACTA, która zaowocowała ostatnimi jak do tej pory masowymi, oddolnymi, ulicznymi protestami w Polsce i Europie). Jeżeli „ulica” sama zacznie o jakimś unijnym bublu dyskutować pomimo zmowy milczenia w mediach- wdrażany jest „plan B”, czyli zwalenie winy na PiS. Tak jest obecnie z „reformą butelkową” (w wyniku której wszystkie napoje w butelkach plastikowych podrożały o 50 groszy i w najlepszym przypadku można poświęcić swój czas na zabawę w śmieciarza i liczyć na to, że butelkomat nie będzie zepsuty)- wina PiS (2,5 roku po oddaniu władzy). Wcześniej Janusz Wojciechowski z partii, z którą ponoć nikt w Europie się nie liczył- rzekomo wymusił na całej UE wprowadzenie tzw. „zielonego ładu”. Jeszcze wcześniej (1,5 roku po wzięciu władzy przez Tuska) afera z KPO (jachty i swingersi) to też była wina PiS, mimo, że rząd KO wypinał pierś po medal za odblokowanie tych pieniędzy.
Jeżeli więc nawet prounijni politycy próbują zatuszować najnowsze „dokonania” Brukseli (a jak się nie uda to zwalić na PiS)- oznacza to, że sytuacja w Brukseli nie jest kolorowa (delikatnie mówiąc). Rozwiązania na przyszłość są dwa: albo to wszystko kiedyś, mówiąc kolokwialnie- jebnie, albo uda się to jakoś zreformować, zanim jebnie. Szczerze mówiąc, jakieś 10 lat temu miałem w to większą wiarę, niż obecnie. Aby porządnie zreformować Unię potrzebne byłoby duże niezadowolenie społeczne- to akurat jest kwestia czasu, bo w innych krajach poparcie dla UE jest jeszcze niższe, niż w Polsce, np. we Francji wynosi około 50% i spada. Potrzebne byłyby też rządy prawicy w najsilniejszych krajach UE, a z tym może być różnie, zwłaszcza że prawica po wzięciu władzy najczęściej idzie w centrum (jak np. we Włoszech). Jeżeli dalej w Europie rządzić będzie lewica to nic z tego nie będzie (tzn. będzie jeszcze gorzej) i trzeba wtedy czekać, aż to jebnie, jak w legendarnym filmiku „Ale urwał” (obecnie jesteśmy na etapie mijania się tych dwóch samochodów- wszystko zmierza do jebnięcia, ale dobry kierowca jeszcze dałby radę uratować sytuację). Gdybym miał taką władzę, to po prostu zresetowałbym Unię do ustawień fabrycznych, czyli wolny przepływ usług i kapitału, plus kilka dodatków jak wspomniany wyżej roaming i nic więcej (Schengen też bym zostawił, ale to nie domena Unii). Żadnych dofinansowań, żadnego TSUE i tym bardziej żadnych wynalazków współczesnych. Sama baza założycielska. Jak ktoś by chciał robić wspólną walutę to niech dogadują się między sobą, ale bez wywierania presji na inne kraje.
Ja byłem dużym zwolennikiem UE, gdy do niej wchodziliśmy, głosowałem wówczas na „tak”, a po wyborach chodziliśmy z kumplami po osiedlu i darliśmy ryja ze szczęścia. Z czasem moja sympatia zaczęła się ochładzać, ale mimo wszystko dalej byłem umiarkowanym sympatykiem UE (mniej więcej do ubiegłego roku). Dzisiaj jednak gdybym miał szczerze odpowiedzieć w sondażu, to powiedziałbym „nie wiem” i podejrzewam, że w przyszłości może się to jeszcze zmienić na gorsze.
Czeka nas kampania pod znakiem Polexitu i dobrze byłoby wymusić na „liberałach”, aby choć trochę była ona merytoryczna, a nie składała się główne ze szczucia, emocji i darcia ryja.
RacimiR, 21.04.2026

