
Właśnie mija miesiąc od wybuchu 'afery szpitalnej’, więc to dobry czas na zbiorczy o niej artykuł. Sprawa jest tak wielowątkowa, że nie wiedziałem, jak się zabrać do pisania tego tekstu i w jakiej formie miałby on powstać. Najpierw planowałem opisać wszystko chronologicznie, ale zrobił się taki galimatias (w dodatku co chwilę wyskakiwały nowe wątki i postacie), że trzeba było to przerobić na bardziej przystępną formę, czyli prawie wszystko skasować i opisać sprawę od nowa przy pomocy charakterystyki „osób dramatu”, które brały w tym procederze mniejszy lub większy udział. Ostatecznie wyszedł tekst o długości co najmniej pracy licencjackiej. Afera powoli dobiega końca, więc ten artykuł będzie jej podsumowaniem. Być może pojawią się jeszcze jakieś nowe wątki (np. lista konkretnych gości 'saloniku VIP’), ale na jakiś 'plot twist’ raczej nie ma co liczyć, tym bardziej, że afera jest już maksymalnie przegrzana i „KMWTW”, a kto do tej pory był odporny na informacje (czyli beton typu 'silni razem’), ten i tak się już niczego nie dowie.
Dawid Kacprzyk

Wcześniej osoba anonimowa, zwłaszcza poza Warszawą, obecnie jedno z najgorętszych nazwisk w Polsce. Pan Dawid to 28-letni absolwent „studiów medycznych” w czasie Covidu (nauczanie częściowo zdalne) na prywatnej uczelni, do niedawna szef „Nowej generacji” czyli młodzieżówki KO. Umocowany także rodzinnie, zarówno po mieczu, jak i kądzieli. W poprzednich wyborach samorządowych w 2018 roku, w wieku 20 lat został najmłodszym radnym w Warszawie. W wyborach w 2023 znowu został radnym (dzielnicy Ursus), co było ogromnym błędem, bo zapoczątkowało całą lawinę późniejszych wydarzeń. Gdyby wtedy nie kandydował (lub zrezygnował z mandatu w odpowiednim momencie), to byłaby duża szansa, że nigdy nie dowiedzielibyśmy się o 'aferze szpitalnej’, bo nie musiałby składać oświadczenia majątkowego. Afera rozpoczęła się więc od tego, że internauci na portalu X analizowali oświadczenia majątkowe polityków, a niebagatelny majątek Kacprzyka (mieszkanie warte prawie milion złotych, do tego dwa miejsca postojowe, komórka lokatorska, Porsche Panamera 4, 730.000 złotych oszczędności oraz 1,67mln zł zarobione w 2025 roku) zwrócił ich uwagę w odniesieniu do młodego lekarza bez specjalizacji. Być może już wtedy Patryk Słowik z Kanału i Portalu Zero (do którego jeszcze przejdę niżej) prowadził dziennikarskie śledztwo. Okazało się, że utworzono dla Kacprzyka specjalne, dedykowane stanowisko „koordynatora SOR”. Był on de facto szefem tego SORu, ale formalnie był „koordynatorem”, bo szef musi mieć specjalizację lekarską, której Kacprzyk nie miał i dalej nie ma. Pierwszy artykuł Patryka Słowika opisał tzw. „salonik VIP” SORu Szpitala Południowego, w którym działacze KO mieli otrzymywać błyskawiczną ścieżkę leczenia i diagnostyki. Czekali bardzo krótko i ich sprawy traktowane były priorytetowo (tzw. 'fast track’), jednak w celu maksymalizacji ich zadowolenia mieli do dyspozycji też osobne pomieszczenie-poczekalnię, gdzie nie musieli mieć kontaktu z plebsem i motłochem (czekającym na SORze wiele godzin). Pomieszczenie zostało odebrane sąsiedniemu oddziałowi chirurgii kręgosłupa. Nazewnictwo („salonik VIP” i „fast track”) nawiązuje do lotnisk, gdzie za dodatkową opłatą można przebywać w osobnym, wygodnym pomieszczeniu i przejść przez bramki bez czekania w kolejce razem z hołotą. Po pojawieniu się artykułu na portalu Zero- „salonik VIP” Szpitala Południowego błyskawicznie zdemontowano, wysprzątano i rżnięto głupa, że nigdy nie istniał. 24-go czerwca w Kanale Zero gościem Krzysztofa Stanowskiego był były chirurg Szpitala Południowego, Emil Jędrzejewski. Opowiedział on wtedy, że na SOR-ze Kacprzyka dochodziło do strasznych sytuacji, np. zgon pacjenta w toalecie po wielogodzinnym oczekiwaniu na pomoc, kolejne zgony w wyniku „nauki” Kacprzyka czy tomografia wykonywana zwłokom, aby mieć „podkładkę” pod nie-zignorowanie pacjenta. Z czasem zaczęły wypływać kolejne „kwiatuszki”. Wprawdzie błędy lekarskie to coś, czego chyba nigdy nikomu w Polsce nie udowodniono (jedyny znany mi przypadek odpowiedzialności lekarskiej to film 'Znachor’, gdzie zresztą lekarz był oskarżony niesłusznie), więc teraz „wymiar sprawiedliwości” z pewnością również nic nie wskóra (tym bardziej, że sam zainteresowany miał wiodący wpływ na tworzenie dokumentacji medycznej, a obecnie jest ona w rękach 'niezależnych audytorów’). Daleko idące podejrzenia budzi inna kwestia, mianowicie czas pracy Kacprzyka. W samym Szpitalu Południowym w 2025 roku „przepracował” on około 4000 godzin, co daje średnio 11 godzin dziennie (włącznie z weekendami i świętami). 5-go lutego 2026 zatrudnił się jeszcze w Szpitalu Bródnowskim, gdzie w 4 miesiące „przepracował” 732 godziny, czyli średnio więcej niż wynosi pełny etat. Zakładając, że w 2026 roku pracował w Szpitalu Południowym tyle samo, ile w 2025 roku- mamy już zajęte 17 godzin z jego doby. Starał się też o posadę w trzecim szpitalu, ale ostatecznie jej nie podjął (media twierdzą, że albo zażądał zbyt dużej gaży, albo też tamtejszy zespół się nie zgodził na takiego szefa). Do „pracy” w dwóch szpitalach trzeba doliczyć też obowiązki z tytułu funkcji radnego oraz kierowniczej funkcji w partyjnej młodzieżówce. Był też (w radzie dzielnicy) przewodniczącym komisji oświaty oraz członkiem komisji rewizyjnej, w sumie wziął udział w 33 posiedzeniach tychże komisji. Przez cały styczeń 2025 zatrudniony był też w szpitalu w Częstochowie. Ponadto Kacprzyk często udzielał wywiadów w „wolnych mediach” (TVN czy TVP w likwidacji), gdzie pełnił rolę 'niezależnego eksperta’. Aktywny był w social mediach, nagrywał filmiki i wrzucał fotki, prowadził też kampanię (własną) oraz pomagał w kampaniach innych polityków KO. Żeby objechać wszystkie te miejsca trzeba mieć minimum godzinę dziennie, nawet przy posiadaniu Panamery. Sumując to wszystko razem wyjdzie na to, że doba Kacprzyka miała więcej, niż 24 godziny, czyli nadużycia można będzie łatwo udowodnić (oczywiście nie przez prokuraturę Żurka, która zamiata sprawę po dywan i do dzisiaj go nawet nie przesłuchała, ale po zmianie rządu może się to zmienić). Jeden „dyżur” Kacprzyka trwał nieprzerwanie 96 godzin (4 doby, od 11 do 15 kwietnia 2025), wielokrotnie miewał też 3-dniówki (72 godziny). Wystarczy więc, że zostawił wtedy swój ślad przebywania w innym miejscu, a przypał gotowy. Zresztą pełnomocnik Kacprzyka, Jacek Dubois (o którym osobny akapit niżej) już ruchem wyprzedzającym przyznał, że Kacprzyk dopuszczał się „miękkich” nadużyć, tzn. spania odpoczywania w czasie pracy oraz wychodzenia poza szpital w rejestrowanym (i opłaconym przez podatnika) czasie pracy. Po wybuchu afery Kacprzyk w panice przelał pół miliona złotych na konto Szpitala Południowego (zresztą odesłali mu to z powrotem, bo nie wiedzieli jak zaksięgować brudną forsę), co tylko udowadnia dwie rzeczy: po pierwsze- Kacprzyk jest cwanym, ale jednak debilem, a po drugie- partia nienależycie się nim zaopiekowała. Przecież już na początku powinni mu dać mecenasa, niekoniecznie od razu Duboisa, ale jakiegokolwiek papugę. Nie zrobiono tego, więc Kacprzyk obsrał zbroję i odesłał pół bańki, pogarszając tylko własną (i swojego otoczenia) sytuację. W tym samym czasie „zrezygnował” (z własnej, nieprzymuszonej woli) z członkostwa w Koalicji Obywatelskiej. Później jeszcze okazało się, że Kacprzyk był główno-dowodzącym na tzw. „czerwonym SORze”, gdzie przyjmowani są pacjenci z realnym zagrożeniem życia, a niedoświadczony 28-latek bez specjalizacji, po studiach prywatno-zdalnych to niekoniecznie dobry pomysł na obsadzenie tak odpowiedzialnego i wymagającego doświadczenia stanowiska. Obecnie Kacprzyk jest izolowany od opinii publicznej, nikt nie wie co robi, ani nawet gdzie przebywa. Ślad po nim zaginął. Był chłop, nie ma chłopa.
Znamienne jest to, że Kacprzyk nie został rzucony na pożarcie (poza „rezygnacją” z legitymacji partyjnej), aby spróbować udobruchać wzburzoną opinię publiczną. Stało się odwrotnie, Kacprzyk został przez aparat rządowy otoczony kordonem polityczno-prawniczym, dostał najlepszego obrońcę, 'wymiar sprawiedliwości’ interesuje się wszystkim, tylko nie Kacprzykiem, „wolne media” od co najmniej 2 tygodni milczą na jego temat. Można by pomyśleć, że to po prostu „doktryna Neumanna”, ale przecież ze stołków w wyniku afery szpitalnej już poleciały grubsze nazwiska (chociażby dwie wiceprezydent Warszawy), więc czemu akurat Kacprzyk jest tak chroniony? Wszak jego ranga partyjna jest żadna (radny dzielnicy, czyli gminy). Być może wpływ na to ma wiedza, którą Kacprzyk posiada. Wszak to on zarządzał „salonikiem VIP”, wiedział kto tam przychodzi i w jakim celu, miał więc bardzo mocną kartę w ręku w negocjacjach z partyjną centralą o zapewnienie mu „kryszy”. Gdyby opowiedział w mediach wszystko ze szczegółami- mogłoby się to skończyć nawet rozpadem KO, a są podmioty, które byłyby mu w stanie sporo za taką wiedzę zapłacić (poza krajowymi na pewno Waszyngton, być może też Moskwa). Dlatego Kacprzyk przynajmniej do wyborów będzie miał ochronę partyjno-sądową, ale niewykluczone, że (w obliczu potencjalnej zmiany rządu w przyszłym roku) wyjedzie za granicę, lub odwiedzi go seryjny samobójca, ale to już zależy od tego, jak bardzo „nowa” prokuratura będzie go dociskała. Do przyszłej jesieni ma spokój, a potem czas pokaże.
Donald Tusk i 4 etapy „zarządzania kryzysem”

Zarządzanie kryzysem, etap 1
Premier miał bardzo trudne zadanie, aby tym burdelem zarządzić, bo nie było jeszcze wiadomo jak wiele kompromitujących informacji wydostanie się do opinii publicznej i czy zostaną podchwycone przez „ulicę”. Politycy KO na dźwięk słów „Szpital Południowy” uciekali jak Usain Bolt. Na początkowy „przekaz dnia” wykonano więc niezbędne minimum, czyli po pierwsze 'doktryna Jakimowicza’ („jak złapią cię za rękę, to mów, że to nie twoja ręka”), po drugie- wymiana wszystkich ludzi, którzy mieli dostęp do dokumentacji w Szpitalu Południowym i wprowadzenie tam Stopczyków z filmu Psy niezależnych audytorów. Cały zarząd i rada nadzorcza Szpitala wylecieli ze stołków z prędkością światła (pomimo tego, że byli z KO, ale sprawa jest zbyt poważna, aby jakieś pociotki z partyjnych nizin miały dostęp do wrażliwych dokumentów). W podobnym tempie rozebrano pomieszczenie „saloniku VIP” i stwierdzono, że go „wcale nie było”. Najlepsze, że NIK jeszcze nie zdążyła zakończyć poprzedniego audytu Szpitala Południowego, a już kazano im rozpocząć kolejny. W „wolnych mediach” skąpo, ale jednak w krótkich materiałach informowano, że afery nie ma, a nawet jak, jest to zarząd szpitala już poniósł konsekwencje, z kolei Kacprzyk nie kradł, a nawet jak kradł to oddał. Ponadto standard, czyli „rosyjska dezinformacja”, „wina PiS”, respiratory, Ziobro, Obajtek, wybory kopertowe, Seicento, afera wizowa, pegasus, alfons i kibol. Eliza Michalik (ze stajni Giertycha) stwierdziła, że nikogo nie powinny interesować nieprawidłowości obecnego rządu, dopóki wszyscy PiSowcy (co do jednego) nie zostaną rozliczeni i skazani (po 2/3 upływu czasu kadencji rządu na razie wykonano 0% planu, więc trudno przypuszczać, aby możliwość rozpoczęcia rozliczeń KO z teorii Michalik kiedykolwiek mogła się rozpocząć). To było zrobione przez Tuska na początek. Potem było wyczekiwanie na ruch Patryka Słowika i portalu Zero, bo oni zapowiadali, że będą regularnie wypuszczać kolejne wątki. Rząd liczył, że nic ciekawego (poza „salonikiem VIP” i „fast trackiem”) już nie wypłynie, ponadto pokładano duże nadzieje w tym, że ludzie się „aferą szpitalną” przestaną interesować (było sporo wielkich afer, które z jakichś względów nie zainteresowały opinii publicznej, z kolei było też sporo „kapiszonów”, którymi żyła cała Polska, ale w dobie algorytmów i social-mediów bardzo trudno każdy 'viral’ przewidzieć, nawet mając w rękach aparat państwa i większości mediów). Był mundial, wakacje, fala upałów, liczono też, że może uda się wylansować jakiś news z zagranicy, aby przykryć temat szpitalny. Jak na złość- nic innego w Polsce i na świecie się wtedy nie działo, a 'afera szpitalna’ rozgościła się na dobre.
Zarządzanie kryzysem, etap 2
Faza wyczekiwania na rozwój sytuacji zakończyła się 24-go czerwca wieczorem, gdy w Kanale Zero pojawił się Emil Jędrzejewski, który wytoczył mocne zarzuty przeciwko Kacprzykowi i jego działaniom w Szpitalu Południowym. Prawdopodobnie wierchuszka KO bardzo dokładnie odsłuchała tej rozmowy i debata po jej zakończeniu była bardzo burzliwa. Dalsze „palenie Jana” i udawanie, że „nic się nie dzieje” nie wchodziło już w grę, trzeba było zająć stanowisko. W nocy ze środy na czwartek padła decyzja, dotycząca skoordynowanych działań. Była ona bardzo optymistyczna, tzn. masowy kontratak bez mocnych kart w ręku.
Konkretnie, uzgodniono, że Kacprzyka trzeba bronić za wszelką cenę (przydzielenie mu Duboisa jako pełnomocnika), Jędrzejewskiego trzeba zdyskredytować, a do telewizji wypuścić Arłukowicza, który będzie szczuć i oskarżać wszystkich, tylko nie KO.
Wywiad Stanowskiego z Jędrzejewskim (do dziś ma on 1,5 miliona wyświetleń, do tego półgodzinny skrót ma 1,1 miliona) odbył się w środę (24.06) wieczorem, skończył się około 22-23 godziny, czyli chirurg wrócił do domu pewnie przed północą. Już nazajutrz z samego rana miał on stawić się na zeznania w prokuraturze. Ten dziwny pośpiech miał dwa cele: ugodzić w wiarygodność chirurga oraz zakneblować mu usta. Najlepiej dla KO, aby zaskoczony Jędrzejewski w ogóle nie przyszedł do prokuratury (czyli pewnie mataczy), a wersja minimum (która ostatecznie miała miejsce) to przyjście do prokuratury nieprzygotowanym, gdzie otrzymał on zakaz opowiadania o szpitalnych nieprawidłowościach (utajnienie postępowania). Wszystko działało jak w szwajcarskim zegarku. Nazajutrz po wywiadzie Jędrzejewski stawił się (sam) w prokuraturze, tam już czekali na niego dziennikarze „wolnych mediów”, ewidentnie wrogo nastawieni i wywierający presję. Chirurg w prokuraturze stwierdził, że będzie odpowiadał na pytania prokuratora dopiero w towarzystwie pełnomocnika, a w ciągu jednej nocy niemożliwe było zorganizowanie takowego i jeszcze wprowadzenie go w szczegóły. Mimo to zostało Jędrzejewskiemu zadanych kilkadziesiąt pytań (chociaż powiedział wyraźnie, że nie będzie odpowiadał bez mecenasa). Chwilę później już zaczęła się zmasowana nagonka na Jędrzejewskiego, jako osoby „niewiarygodnej” i „nieodpowiadającej na pytania”. Sygnał dał sam premier na swoim oficjalnym koncie na Twitterze, wtórował mu „rzecznik” prokuratury Antoni Skiba, w ślad za nimi poszli inni politycy KO, na czele z Giertychem i jego przybudówkami internetowo-medialnymi, swoje trzy grosze dorzucili też „niezależni eksperci” w „wolnych mediach”.

Zatem w ciągu kilkunastu godzin (w tym noc, bo samych godzin 'roboczych’ było mniej, niż 8) rozpoczęto postępowanie, wybrano prokuratora, ułożono kilkadziesiąt pytań, wezwano chirurga na przesłuchanie (wcześniej w jakiś sposób dostarczając mu wezwanie w nocy), wydano werdykt na temat jego wiarygodności i zorganizowano skoordynowany „przekaz dnia”, rozpowszechniany przez prokuraturę, premiera, polityków i „wolne media”. Szkoda, że w sprawach Polnordu, Gawłowskiego, Grodzkiego czy Sławka Nowaka państwo nie działało w takim tempie. Przedstawiciele prokuratury ubolewali przy okazji, że sygnalista nie przyniósł ze sobą gotowego materiału dowodowego, tak, jakby to było jego zadaniem, a nie prokuratury (pewnie nawet, gdyby takie dowody przyniósł, to by je „analizowali” latami, aż do umorzenia, oczywiście wcześniej zakazując autorowi o tym mówić).
Strategia obronna: „bajkopisarz Jędrzejewski coś sobie ubzdurał, a w Szpitalu Południowym wszystko było wzorowo” i nagonka całego aparatu państwowego na sygnalistę przed złożeniem przez niego zeznań nie zyskała uznania społecznego, a wręcz przeciwnie. „Ulica” stanęła po stronie chirurga (oczywiście z wyjątkiem betonowego elektoratu KO). Tusk przestrzelił w swym optymizmie (zwłaszcza, że z innych źródeł wypływały kolejne wątki, np. z „czerwonym SORem” Kacprzyka, posłanką Pępek czy skandalach w prosektorium). Naczelna Izba Lekarska zajęła stanowisko typu: „może najpierw go przesłuchajcie i zweryfikujcie jego zeznania, zanim zaczniecie wyzywać go od kłamców?„. O milczącej akceptacji organizacji prawniczych chyba nie musze wspominać, bo to oczywista oczywistość. Sam Jędrzejewski (kilka dni później, już w towarzystwie pełnomocnika) ostatecznie złożył obszerne zeznania i od tego czasu szybkość działania prokuratury wróciła bo bazowej, czyli stała się odwrotnie proporcjonalna do szybkości początkowej. Minęły 2 tygodnie i sprawa stoi, oczywiście jest utajniona i sygnalista ma zakaz wypowiadania się w mediach. Skoro politycy KO przestali krytykować Jędrzejewskiego, a on sam nie został zamknięty za składanie fałszywych zeznań- można wywnioskować, że u Stanowskiego mówił prawdę, więc postępowanie trzeba było skręcić (Kacprzyk do dzisiaj nie został przesłuchany i nie wiadomo, czy w ogóle będzie).
Zarządzanie kryzysem, etap 3
Etap 3 rozpoczął się w piątek, 3-go lipca, prawdopodobnie rząd otrzymał jakieś wewnętrzne sondaże, z których wynikało, że tracą poparcie, a ich dotychczasowa strategia rżnięcia głupa jest nieefektywna. Wówczas nastąpiła częściowa zmiana wajchy. Ze stanowisk „ustąpiły” dwie wiceprezydent Warszawy. Rząd po ponad 2 tygodniach uznał, że afera szpitalna „jest”, a Donald w końcu się wściekł (lepiej późno, niż wcale). Tusk zorganizował konferencję prasową w parku. Tam (lekko wystraszony i wykrzywiony) opowiadał, że były nieprawidłowości i saloniki VIP (w liczbie mnogiej, kiedy wcześniej ponoć nie było ani jednego), mówił też kilkukrotnie o jakichś tajemniczych „zeszytach”, które trzeba ukrócić, co mnie lekko zdziwiło. Wszak słowo „zeszyty” wcześniej nie padało w kontekście afery. Zeszyt kojarzy się raczej z ludźmi biednymi, a nie bogatymi i wpływowymi. Śmierdzi to jakimś ruchem wyprzedzającym, prawdopodobnie Kanał Zero miał już gotowy materiał o szpitalnych zeszytach, ale Tusk rozbroił to wcześniej. Może Kacprzyk dla zabezpieczenia własnej dupy i potencjalnej własnej 60-tki jakiś zeszyt z kompromatami prowadził? Wszak miał na te wałki „first person perspective”. Mam nadzieję, że kiedyś się tego dowiemy. Tusk na owej konferencji zagroził minister zdrowia Sobierajskiej-Grendzie (tak, jakby Szpital Południowy był ministerialny, a nie samorządowy), że jeżeli do wtorku nie uzdrowi służby zdrowia, to wyleci ze stanowiska. Czyli dał jej 4 dni (w tym weekend) na to, co nie udało się jeszcze nikomu. W samych „100 konkretach na 100 dni” było kilka punktów o służbie zdrowia i rządowi przez 3 lata nie udało się kompletnie nic, a wręcz jest jeszcze gorzej, a to nagle jakaś nikomu nieznana „ministra” miałaby ogarnąć ten bajzel w 4 dni… We wtorek, po upłynięciu tych 4 dni nie stało się nic, 2 dni później pani „ministra” ogłosiła, że planuje wprowadzić maksymalne zarobki lekarzy (240zł/h) i maksymalny czas ich pracy (2 etaty), czyli żadnego remedium na sedno afery, którym są „saloniki” i fikcyjne godziny (bilokacja) lekarzy. Rzucono jedynie to, że lekarze mogliby zarabiać maksymalnie 80 tysięcy miesięcznie (2 etaty x 240zł/h, do tego nadal dalej mogliby „pracować” w dwóch miejscach o tej samej porze). 8 dyszek + prywatna praktyka, da się wyżyć. „Ministra” (na dzień dzisiejszy) zachowała stanowisko. Pewnie Tusk odwołałby ją już dawno, bo jej pozycja w rządzie jest zerowa, ona nawet nie jest członkiem KO, ale jej zatrudnienie było autorskim pomysłem premiera, więc wyrzucając ją- musiałby sam przyznać się do błędu. Przy okazji jeszcze wypłynęła informacja, że samo zatrudnienie „ministry” w zeszłym roku wiązało się z wypłatą kilkuset tysięcy złotych odszkodowania z publicznej kasy. Na tym etapie afera była już mocno przegrzana, w międzyczasie pojawiło się też wiele tematów zastępczych.
Zarządzanie kryzysem, etap 4
Mimo zejścia afery szpitalnej z nagłówków medialnych, czwarty i ostatni etap był bardzo ważny. Polegał on na wrzuceniu gówna w wentylator, aby afera nie została na trwałe zapamiętana jako „afera KO” (zwłaszcza u betonowego elektoratu). Dlatego na koniec skierowano ją na całkiem inne tory, mianowicie „zły system” i „łapczywi lekarze”. Ani słowa o Kacprzyku, zeznaniach Jędrzejewskiego, upolitycznieniu rad nadzorczych i zarządów szpitali, fałszowaniu grafików, tworzeniu fikcyjnych stanowisk dla niekompetentnych osób czy salonikach VIP. O jednej z głównych bolączek 'ochrony zdrowia’, czyli wizytach prywatnych (za pieniądze) u lekarza, który potem „w nagrodę” wrzuca pacjenta w dobre miejsce kolejki już w szpitalu publicznym- też ani słowa. Zamiast tego forsowano (dość skutecznie) tezę, że afera polega wyłącznie na wysokich (legalnych) zarobkach lekarzy, za co odpowiedzialny jest (a jakże!) PiS, bo Tusk przecież w polityce pojawił się wczoraj i wcale nie był premierem przez prawie 10 lat. Wylansowano nową aferę o „26 tysiącach za godzinę” dla spółki neurochirurgów 'Spine’ w szpitalu w Mogilnie oraz kilka podobnych historii o mniejszej skali. Zarzutów wobec spółki szczerze mówiąc nie rozumiem, przedłożyli szpitalowi ofertę (mocno nierynkową, ale chyba nie jest to zakazane). Jeden z grupy lekarzy miał coś wspólnego z PiS (przy czym nigdy nie był członkiem partii), więc z tej okazji nagłośniono temat. Według mnie winny jest przedstawiciel szpitala, który tą umowę zaakceptował (w dodatku bez konkursu), czyli pani Ewa Bonk-Woźniakiewicz. PiS twierdzi, że jest ona z KO, z kolei KO twierdzi, że jest ona z PiS. Studiując jej życiorys można zauważyć, że nigdy nie była w żadnej partii, ale z jedną i drugą żyła w zgodzie. Robiła karierę głównie w licznych instytucjach samorządowych na Pomorzu, gdzie PiS nie ma zbyt wiele do powiedzenia. Z kolei samorząd i reszta zarządu szpitala w Mogilnie to już oficjalnie KO i w mniejszej części Lewica, więc zwalanie sprawy na PiS jest chamskie, ale działa. Ważne, że aferę szpitalną udało się na koniec rozmyć i przekuć w klasyczną POPiSową nadupczankę, gdzie twarde elektoraty stoją murem za swoimi flagami. Etap nr4 to prawdę mówiąc jedyny, który rządowi się udał. Plusem końcowym jest to, że cały POPiS traci w najnowszych sondażach na rzecz Konfederacji i niezdecydowanych, o czym jeszcze napiszę niżej.
Rafał Trzaskowski

Osobną, jednoosobową „kategorią” polityków PO w tej sprawie jest Rafał Trzaskowski. On nie uprawia „doktryny Neumanna”, ostatnio zresztą w ogóle schował głowę w piasek i chce do mamy (czyli klasyka w stresowej sytuacji i kolejny dowód na to, że byłby fatalnym prezydentem Polski). Bążur to śmierdzący leń, który nie panuje nad miastem i podległymi mu jednostkami oraz dziesiątkami tysięcy osób, których jest formalnym przełożonym. On realnie „pracuje” kilka, może kilkanaście godzin w tygodniu, a jego „praca” wygląda tak, że lubi się pokazać na Paradzie Równości czy na eventach z „ludźmi kultury”, lubi przeciąć wstęgę, otworzyć stację metra czy pochwalić się, że „zbudował własnymi ręcami” szpital (zresztą właśnie ten Południowy). Jeżeli jednak chodzi o żmudną, codzienną robotę, to zwyczajnie nie chce mu się jej wykonywać, on nawet w radzie miasta nie ma swoich zaufanych ludzi (po 8 latach bycia prezydentem), bo mu się nie chciało takowych organizować. W odpowiedzi na porzuconą sferę- pod jego nosem utworzył się swego rodzaju bankietowo-towarzyski „deep state”, na którego czele nieformalnie zasiadł Marcin Kierwiński. Jest takie przysłowie, które idealnie pasuje do tej sytuacji: gdzie kota nie ma, tam myszy harcują. Same myszy mają tam eldorado, bo Warszawa z powodu konstrukcji polskiego systemu podatkowego (ogólnopolskie firmy płacą podatki tam, gdzie siedziba) jest miastem bardzo bogatym (mimo to zadłużonym i marnującym swój potencjał, wynikający z centralistycznego rozprowadzania podatków), które zatrudnia armię ludzi w miejskich spółkach. Znaczna część tych ludzi zatrudniana jest nie z powodu kompetencji, ale z powodu legitymacji partyjnej. Trzaskowski ma to w dupie, więc oddał bez walki zarządzanie „kadrowe” w licznych miejskich podmiotach. Na jego nieszczęście- teraz musi świecić oczami za błędy ludzi, których nawet nie znał.
Pomimo schowania głowy w piasek Trzaskowski musiał się chociaż częściowo zmierzyć z kryzysem, gdzie zanotował kilka spektakularnych wpadek. Najpierw na konferencji prasowej stwierdził, że „saloniku VIP formalnie nie było” 🙂 Mieli zawiesić nad wejściem wielki, podświetlony szyld: „Formalny salonik VIP Szpitala Południowego tylko dla polityków KO„, stworzyć stronę internetową i wizytówkę na google maps, to dopiero wtedy by się liczyło? Logiczne, że jak robisz wałek, to go nie formalizujesz. Przypomina mi się Korwin-Mikke i jego teoria, że Hitler nie wiedział o holokauście, bo nie ma na to żadnych formalnych dowodów.
Później okazało się, że Bążur już rok wcześniej miał kontakt z Emilem Jędrzejewskim, sam nakazał mu opisać sprawę nieprawidłowości w Szpitalu Południowym na WhatsAppie, a gdy otrzymał tam wiadomość- jedyną reakcją władzy było wyrzucenie chirurga z roboty i roszczenia finansowe szpitala wobec niego (pomimo tego, że Jędrzejewski zarabiał dla tego szpitala olbrzymie sumy). Teraz jeszcze Trzaskowski twierdzi, że WhatsApp nie jest oficjalnym kanałem komunikacji z prezydentem miasta, ale przecież sam mu kazał tam właśnie napisać. W sprawie innego sygnalisty (z ZDMu) Trzaskowski też kłamał, bo obiecał mu ochronę, a nic nie zrobiono poza wyrzuceniem go z pracy (w uzasadnieniu dyscyplinarki wpisano cytaty z jego zgłoszenia, które teoretycznie było 'tajne’). Oficjalna wersja prezydenta Warszawy na temat sygnałów od Emila Jędrzejewskiego to: „Jo niy wiedzioł! A nawet, jak żech wiedzioł, to on się ryncznie niy podpisoł!”.
Na początku lipca Trzaskowski poinformował, że dwie wiceprezydentki Warszawy: Renata Kaznowska i Aldona Machnowska-Góra „zrezygnowały” (same z siebie) ze swoich funkcji, przy czym pani Aldona w ogóle nie miała nic wspólnego z zarządzaniem szpitalami. Prawdopodobnie na te „dobrowolne odejścia” był nacisk z partyjnej centrali. Sam Trzaskowski paradoksalnie nic nie ryzykuje, bo odwołać z funkcji prezydenta miasta się go nie da bez referendum (które z góry wiadomo, że byłoby nieudane, bo warszawiacy to w większości stan umysłu), na kolejną kadencję ubiegać się nie może, w wyborach na prezydenta Polski też go już na pewno Tusk nie wystawi, bo dwa razy spektakularnie przegrał. Co Trzaskowski może stracić, trzymając się siłą stanowiska w ratuszu? Najwyżej gówno warty stołek wiceprzewodniczącego KO (bodajże jeden z trzynastu takowych). Do europarlamentu i tak go pewnie Tusk wystawi na „jedynce”, bo zdobędzie w stolicy bardzo dużo głosów dla całej partii, które pozwolą na wciągnięcie do Brukseli kilku dodatkowych KałO-wców. Ja bym na miejscu Trzaskowskiego pod koniec czerwca pojechał sobie na dwumiesięczne wakacje na narty lub nurkowanie z rekinami, a aferą niech martwią się inni.
W najlepszym dla Trzaskowskiego wariancie (tzn. takim, że w Warszawie rządzi Kierwiński, a nie prezydent miasta, który o niczym nie wiedział) dopuścił się on tzw. rażącego niedbalstwa, co w Polsce też jest teoretycznie karalne, z naciskiem na 'teoretycznie’, bo w praktyce nic mu nie grozi. Ciekawostka- w komisji wyborczej w Szpitalu Południowym (OKW nr1141) w ostatnich wyborach prezydenckich Trzaskowski dostał 59% głosów w 1-szej turze i 70% w drugiej.
Marcin Kierwiński

Jak pisałem wyżej- Kierwiński zza kulis rządzi Warszawą i ma tam większą realną władzę, niż Trzaskowski, zwłaszcza w sferze politycznych gierek i zatrudnień na samorządowych posadkach. Całkiem przypadkowo, żona 'Kierwy’ jest wybitną specjalistką w Kolejach Mazowieckich (zarobiła tam tylko w zeszłym roku 342.700zł). Silne umocowania rodzinne (ojciec to PRLowski generał) z pewnością nie przeszkadzają mu w karierze politycznej. Naturalnym i bardzo skutecznym ruchem w czyszczeniu atmosfery wokół 'afery szpitalnej’ byłoby więc wywalenie Kierwińskiego go na zbity ryj, ale Tusk nie może sobie na to pozwolić, bo to jego jedyny kumaty i robotny kapciowy. Inni kapciowi (Siemoniak, Joński ze Szczerbą, Brejza, Myrcha, Domański, Grabiec itp.) są znacznie mniej kumaci od Kierwińskiego, z kolei Giertych i Sikorski to nie kapciowi, bo grają na siebie i cechuje ich daleko idąca autonomia (zresztą pewnie to właśnie oni w przyszłości wywalą Tuska na emeryturę).
Rola „człowieka od wszystkiego” udowadnia, że jest on dla Tuska nie do zastąpienia, a jego ławka rezerwowych jest pusta. Wybory parlamentarne? Kierwiński na „jedynce”. Eurowybory? Również „jedynka”. Ledwie zdążył zorganizować sobie życie w Brukseli, a doszło do powodzi na Dolnym Śląsku. Co robi Tusk? Kurtka grozy i wezwanie Kierwińskiego do bazy oraz utworzenie mu dedykowanego, ministerialnego stanowiska „pełnomocnika do spraw odbudowy po powodzi”. Woda spłynęła, w międzyczasie zwolniło się miejsce na stanowisku szefa MSW. Kto je zajął? Pytanie retoryczne. Wszystko to w ciągu niespełna 3 ostatnich lat.
Teoretycznie, po jednoosobowej decyzji Tuska Kierwiński mógłby wylądować w urzędzie pracy, bo piastuje on stanowiska wyłącznie partyjne. Wprawdzie został posłem i potem europosłem, ale te wywalczone przez niego mandaty przejęli już inni politycy KO i 'Kierwa’ nie może im ich już odebrać. Pan Marcin może jednak spać spokojnie, bo Tusk bardzo go potrzebuje, więc obowiązuje go maksymalna 'doktryna Neumanna’ (zresztą już wcześniej odpalono ją w sprawie „pogłosu„). Gdyby 'Kierwa’ wyleciał z KO to partia (zwłaszcza warszawskie struktury) rozlazłaby się w szwach. Dlatego Kierwiński z jednej strony jest obciążeniem wizerunkowym dla partii i panuje duża presja społeczna, aby go wysłać na bambus, ale z drugiej strony- Tusk jest na niego skazany, więc musi go kryć. Wcześniej pozbył się z partii wielu dosyć profesjonalnych osób (Piskorski, Płażyński, Olechowski, Rokita i wielu innych), więc teraz do dyspozycji został mu tylko Kierwiński oraz banda „BMW”, z którymi nie chciałby nawet ubić muchy w kiblu. Gdyby Tusk zmuszony został do rzucenia na pożarcie jednej z dwóch osób: Kierwińskiego lub Trzaskowskiego- z pewnością wybrałby tę drugą opcję.
Małgorzata Pępek

W czasie apogeum 'afery szpitalnej’ wypłynęła sprawa Małgorzaty Pępek z KO, która jest posłanką tej partii nieprzerwanie od roku 2011. Nie było to bezpośrednio powiązane ze Szpitalem Południowym, ale wpisało się w ogólną sytuację. Okazało się, że w szpitalu w Żywcu dzięki swoim wpływom „skróciła” sobie oczekiwanie na badania z 2 lat do 3 tygodni. Problem w tym, że poddany presji szpital jest prywatny (ma umowę z NFZ, ale nie podlega pod samorząd). Właściciel poinformował posłankę, że w geście dobrej woli jednorazowo skróci jej kolejkę, ale żeby nie stawiała szpitala w podobnej sytuacji w przyszłości, bo to trochę głupio wygląda i naraża placówkę na konsekwencję. Oburzona posłanka w odpowiedzi zaczęła atakować szpital różnymi pismami i zarzutami. W historii z panią Pępek pojawił się też element z gatunku „Gang Olsena”. Mianowicie Patryk Słowik z Kanału Zero zadzwonił do posłanki spytać o szczegóły wdupczania się w kolejkę diagnostyczną, ona stwierdziła, że nie może teraz rozmawiać, ale oddzwoni później. Problem w tym, że nie rozłączyła się, tylko odłożyła telefon (z trwającym połączeniem) i spytała jakiegoś mężczyznę co ma robić w tej sytuacji, a on (całkiem rozsądnie) doradził, żeby do niczego się nie przyznawała. Zapytana później- kim był ten mężczyzna, odpowiedziała, że „przypadkowym petentem” 🙂 Klub KO zdecydował, że posłanka Pępek za wykorzystywanie wpływów do wepchnięcia się w kolejkę nie poniesie absolutnie żadnych konsekwencji.
Jacek Dubois i „postępowanie”
Jacek Dubois to mecenas, przed którym portkami trzęsą wszyscy sędziowie i prokuratorzy w Polsce. Ma on solidne „umocowanie” zarówno rodzinne, jak i polityczne. Był on pełnomocnikiem najznamienitszych „demokratów”, m.in. Jurka Owsiaka, Donalda Tuska, Janusza Palikota, Bronisława Komorowskiego, Rafała Trzaskowskiego, Beaty Sawickiej (w pamiętnej sprawie, gdzie się spłakała), Tomasza Mraza (na którego zeznaniach opierają się „rozliczenia” Zbigniewa Ziobry), reprezentował też członków mafii pruszkowskiej czy Austriaka, na którego zeznaniach stała cała (niedawno umorzona) sprawa „dwóch wież”. Jeśli chodzi o długość i jakość portfolio- Dubois nie ma sobie równych w Polsce. Pan Jacek nielicznych wywiadów udzielał do tej pory głównie w formie pisanej, z autoryzacją i poprawkami, natomiast wywiadów ustnych, w dodatku „na żywo” unikał (poza jakimiś krótkimi rozmówkami gdzieś po wyjściu z sali sądowej). Ostatnio jednak zrobił duży kurs po licznych studiach telewizyjnych i internetowych, także w „śniadaniówkach”, gdzie dał się poznać szerszej liczbie odbiorców.
Dubois został przydzielony Kacprzykowi jako pełnomocnik, co było wyraźnym sygnałem obozu Tuska, że „lekarzowi” nie może ze strony wymiaru „sprawiedliwości” spaść włos z głowy. Nie zrobiono tego jednak od razu, więc Kacprzyk zdążył jeszcze popełnić okrutnego babola w postaci odesłania pół bańki na konto szpitala (bez żadnego nakazu, wezwania czy wyroku). Ogólnie, obecność Duboisa w tej sprawie jest nieetyczna, bo broni on warszawskiego samorządu, od którego wcześniej brał mnóstwo dobrze płatnych zleceń. Jest też członkiem Trybunału Stanu z rekomendacji KO, czyli partii, której broni. Konflikt interesów i „bycie sędzią we własnej sprawie” jak byk, ale w „demokracji walczącej” nikt już się takimi detalami nie przejmuje.
Co powinni zrobić Kacprzyk z Duboisem, aby było dobrze? Kacprzyk idzie do piwnicy i nie pokazuje się publicznie przez kolejne miesiące, a Dubois do prokuratora na krótką rozmowę: „Wiesz kim jestem?” -Tak. „No to wiesz co masz robić”. I to by wystarczyło, Dubois też mógłby się potem schować. Tak się jednak nie stało, bo pan Dubois postanowił pobawić się w rzecznika prasowego swojego klienta. Trudno powiedzieć dlaczego, bo to od początku nie miało prawa się udać, być może miał jakieś niespełnione marzenia estradowe i na stare lata pozazdrościł sławy mecenasom-celebrytom z USA. Zaczął ostrożnie, bo wybierał zaprzyjaźnione redakcje, ale nawet tam jego wywiady wypadły po prostu kiepsko (np. ten w TVP w likwidacji u Justyny Dobrosz-Oracz, gdzie zapytany o nierealne godziny pracy Kacprzyka powiedział: „jak człowiek chce, to pracuje” i powiedział, że on się 16 godzin przygotowywał do tej rozmowy, ale przecież Kacprzyk „pracował” jeszcze dłużej i to codziennie, a nie jednorazowo). Z kolei w Polskim Radiu w likwidacji Dubois powiedział o Emilu Jędrzejewskim (jeszcze zanim w ogóle zdążył on złożyć zeznania w prokuraturze), że jego sygnały o szpitalnych nieprawidłowościach to: „kalumnie bez pokrycia i obrzydliwa mistyfikacja„.
Pan Jacek poczuł się tak pewnie, że wybrał się do… Roberta Mazurka i Kanału Zero, gdzie raczej nie zdobył sympatii widzów. Śliski typ, gawędziarz, lawirant, bajerant, anegdociarz, odwracacz kota ogonem, cynik i cwaniak. W celu wzbudzenia zaufania stosuje taktykę na „miłego dziadka”, kiedy naprawdę jest wilkiem w owczej skórze. W wielu względach Dubois przypomina mi (emerytowanego już) Aleksandra Smolara, czyli również „miłego dziadka”, umocowanego rodzinnie i systemowo, który zbudował „dobroczynne” imperium George Sorosa w Polsce. Dubois w kółko w sytuacji stresowej powtarza „na Boga”, czyli (zakładając, że jest religijny) notorycznie łamie drugie przykazanie. Najchętniej nie dopuściłby Mazurka do głosu i sam opowiadał niekończące się bajędy i dygresje. Widać, że nie jest przyzwyczajony, gdy ktoś inny mówi w jego towarzystwie, bo wszyscy powinni chłonąć miód z jego ust. Jego naturalnym środowiskiem jest, gdy on przemawia, a reszta pokornie milczy z podziwem. Na kluczowe pytania odpowiadał anegdotami, a przyciśnięty zasłaniał się tajemnicą adwokacką. Z tego wywiadu nie dowiedzieliśmy się kompletnie niczego o Kacprzyku i jego dokonaniach. Gdybym miał omawiać wszystkie jego wpadki- musiałbym napisać osobny, bardzo długi tekst. Przytoczę więc tylko trzy wypowiedzi. Na pytanie o godziny pracy Kacprzyka i jego „bilokację” (formalne przebywanie w kilku miejscach pracy w tym samym czasie) odpowiedział, że: „były to uzgodnione z ordynatorem wyjścia„. Czyli oficjalnie przyznał, że Kacprzyka nie było fizycznie w pracy w czasie, za który miał płacone niemałe wynagrodzenie. Wkopał więc nie tylko swojego klienta, ale przy okazji też ordynatora, z którym zawarto „uzgodnienie”. Czy gdyby Kacprzyk z ordynatorem uzgodnili, że ten pierwszy w ogóle może nie przychodzić do pracy, tylko pobierać tłuste przelewy za fikcyjne godziny wpisane w grafik, to też byłoby OK, bo przecież uzgodnili?
Drugie pytanie dotyczyło pół miliona złotych, które Kacprzyk w panice odesłał na konto szpitala. Było pewne, że Mazurek o to zapyta, więc powinien się na to przygotować, ale mimo to Dubois udzielił głupkowatej odpowiedzi-anegdoty: „Mi się kiedyś udało pomylić o kilka miliardów. To było przy okazji denominacji w latach 90. XX wieku. Wystawiłem fakturę, która była równoznaczna z ówczesnym budżetem kraju„. Ręce opadają, pomijam już chwalenie się własnym niechlujstwem i to, że budżet kraju w walucie, na którą on się machnął nie wynosił kilka miliardów, tylko kilkanaście bilionów, ale w końcu dalej nie wiemy dlaczego jego klient odesłał te pół bańki (pewnie się tego nigdy nie dowiemy). Mógł równie dobrze powiedzieć, że Kacprzyk odesłał tylko marne 5,50zł, bo tyle jest obecnie warte pół miliona kolumbijskich centavos.
Trzecia wypowiedź Duboisa dotyczyła Barbary Skrzypek, która zmarła niedługo po wielogodzinnym przewałkowaniu w prokuraturze bez pełnomocnika. Dubois 'przypadkiem’ był wtedy na sali. Zapytany, dlaczego nie zezwolono na udział pełnomocnika stwierdził, że zarówno on, jak i jego koleżanka, prokurator Wrzosek bardzo zabiegali o wpuszczenie tego pełnomocnika, ale jakiś nieokreślony „system” na to nie pozwolił (przy czym ostateczną decyzję o wywaleniu pełnomocnika z sali podjęła osobiście pani Wrzosek).
Być może takie butne zachowanie Duboisa podoba się 'silnym razem’, ale osobom neutralnym i chłodno nastawionym do rządu (o których toczy się gra w kontekście ważnych, przyszłorocznych wyborów) medialne występy Duboisa nie przypadły do gustu (mówiąc delikatnie), bo mało kto lubi, gdy ktoś „mocno ulokowany” śmieje mu się prosto w ryj. Po wizycie Duboisa u Mazurka ktoś „na górze” w końcu powiedział „dość”. W starych amerykańskich kreskówkach częstym motywem było pajacowanie na scenie, kiedy zza bocznej kurtyny wychodziła ręka z zakrzywionym uchwytem od parasolki, którym zdecydowanym ruchem zdejmowano (nieświadomego swej słabej dyspozycji) frontmana za kulisy. Mniej więcej taki manewr zastosowano z Duboisem, który po wizycie u Mazurka zakończył swoje intensywne, ale krótkie i zupełnie niepotrzebne medialne tournée. Palce mnie świerzbią, aby napisać coś więcej o moich odczuciach w stosunku do mecenasa, ale jednak publiczna szydera z osoby, przed którą staje na baczność cały polski „wymiar sprawiedliwości” nie jest rzeczą zbyt odpowiedzialną, więc z ostrożności wstrzymam się.
Słówko należy się prokuraturze i jej „postępowaniu”. Oni dobrze wiedzą, co mają robić (czyli grać na rozwleczenie i umorzenie) oraz za wszelką cenę dbać, aby jak najmniej informacji przedostało się do mediów i opinii publicznej (potem się niektórzy dziwią, że sygnaliści idą do mediów, a nie do prokuratury, skoro jedyne, co ona robi sprawnie to wydanie nakazu trzymania gęby na kłódkę). Być może po potencjalnej zmianie władzy sprawa ruszy z kopyta, ale raczej skłaniałbym się ku doktrynie Stanisława Michalkiewicza, według której PO i PiS kopią się co najwyżej po kostkach i poza populistycznym darciem ryja w mediach nigdy nawzajem nie zrobią sobie krzywdy (przynajmniej do tej pory krzywdy sobie nigdy nie zrobili, a ten fatalny duopol trwa już przy władzy grubo ponad 20 lat).
Emil Jędrzejewski

Emil Jędrzejewski to lekarz, który własnoręcznie przeprowadził wiele tysięcy zabiegów chirurgicznych (operował m.in. Sławka Nowaka czy wielu znanych sportowców). Pułkownik Wojska Polskiego. Był on wcześniej osobą kompletnie nieznaną publicznie, ale wszystko zmieniło się jednego wieczora, gdy pojawił się w Kanale Zero na wywiadzie, prowadzonym przez Krzysztofa Stanowskiego, o którym pisałem już wyżej kilkukrotnie, bo była to ważna część 'afery szpitalnej’. Po tymże wywiadzie rozpoczęła się zmasowana nagonka na pana Emila, polegająca na przedstawieniu go jako osoby niewiarygodnej. W tej „niewiarygodności” bazowano na 4 „argumentach”:
Po pierwsze alarmowano, że Jędrzejewski był w konflikcie z Kacprzykiem i Szpitalem Południowym, więc automatycznie jego zeznania są niewiarygodne. Przecież to tak głupie, że aż śmieszne. Wymiar sprawiedliwości na całym świecie od zarania dziejów polega właśnie na orzekaniu winy skonfliktowanych ze sobą osób lub podmiotów. Bez konfliktów aparat sądowniczy byłby (poza kilkoma wyjątkami) zupełnie niepotrzebny. To tak, jakby pobita przez męża żona zgłosiła pobicie, a orzecznik stwierdził, że jest niewiarygodna, bo małżonkowie byli w konflikcie.
Drugi, równie kretyński, ale często podnoszony jest zarzut, że Jędrzejewski ponoć chciał od Trzaskowskiego dostać działkę w Warszawie za darmo, aby tam postawić sobie prywatną klinikę (w spółce z Robertem Lewandowskim, który gdyby chciał to kupiłby sobie pół Warszawy), ale gdy spotkał się z odmową- zaczął się na Trzaskowskim mścić (co najlepsze, w wyborach prezydenckich Jędrzejewski, jak większość lekarzy- głosował na Trzaskowskiego, co oczywiście nie przeszkadza władzy łączyć go z PiS). Nawet uznając, że tak było (choć to znów tak głupie, że aż śmieszne) to nawet Kierwiński byłby w tej sytuacji bezradny. Gdyby politycy mogli „ot tak” rozdawać sobie działki za darmo, to pewnie w całym kraju nie byłoby już ani jednej samorządowej czy państwowej działki, bo wszystkie byłyby już dawno rozdane. Sam Jędrzejewski u Stanowskiego przyznał, że cała sprawa „darmowej działki” to bzdura, pewnie potwierdził to też w prokuraturze.
Trzeci „argument”, który miałby „udowodnić” brak wiarygodności Jędrzejewskiego to fakt, że po pierwszym, arcy-błyskawicznym wezwaniu do prokuratury odmówił on składania zeznań z uwagi na brak czasu w zorganizowaniu sobie usług pełnomocnika. Liczne komentarze były w stylu: „Jak taki mądry to niech zeznaje bez pełnomocnika, po co mu w ogóle pełnomocnik? Nie umie mówić? Na pewno coś ściemnia!„. Czym grozi brak pełnomocnika pokazał, daleko nie szukając Kacprzyk, który obsrał zbroję i odesłał pół bańki, po czym dostał „króla pełnomocników”. Trzaskowski do prokuratury chodzi nie z jednym ale z trzema prawnikami, ale Jędrzejewskiemu nie należy się ani jeden. Niech zeznaje sam, najlepiej na kolanach i zakuty w dyby.
Czwarty „argument” polegał na podważaniu wiarygodności chirurga z powodu faktu, że nie poszedł on do prokuratury. Problem w tym, że alarmował u wielu ludzi, ale został nie tylko olany, ale wręcz wywalony z roboty. Informował przełożonych, radę nadzorczą i zarząd szpitala, a gdy to zostało zignorowane- spróbował u wiceprezydent Kaznowskiej (też olewka), a na koniec napisał do Trzaskowskiego (olewka + dyscyplinarka). Gdyby (przed wizytą u Stanowskiego) poszedł do prokuratury to by nic nie dało, wszak to jedna i ta sama banda, a „życzliwi” pisaliby, że jest niewiarygodny, bo nie poszedł do proboszcza, rzecznika praw pacjenta i Wróżbity Macieja. W ustawie o sygnalistach brakuje więc podstawowej rzeczy, czyli długiej listy instytucji do których (co do jednej) należy się zgłosić, zanim (po olewce przez wszystkie) będzie można pójść do mediów bez posądzenia o brak wiarygodności. Powinien być też dopisek o tym, jak należy takie zgłoszenia poprawnie podpisywać (notarialnie? cyfrowo?), żeby jeden z drugim znowu nie mówili, że zgłoszenie odebrali, ale podpis był jakiś nie taki, więc zmuszeni byli zignorować te pisma. Oczywiście, gdyby Jędrzejewski poszedł do prokuratury, to ta zakazałaby mu pójścia do mediów i pewnie nigdy nie dowiedzielibyśmy się o rzeczach, o których mówił u Stanowskiego.
Zresztą była już taka osoba, która z mocnymi informacjami o przestępstwach warszawskiego samorządu chodziła od Annasza do Kajfasza- nazywała się Jolanta Brzeska (na koniec 'podpaliła się’), a jedyną osobą, ukaraną przez sąd w aferze reprywatyzacyjnej jest… Jan Śpiewak, który aferę nagłaśniał. Swoją drogą, w państwie prawa- wszyscy, którzy zostali poinformowani przez Jędrzejewskiego i nie zareagowali: powinni być pociągnięci do odpowiedzialności za zaniechanie, być może nawet współudział, ale w „demokracji warczącej” tak oczywiście nie będzie.
Zatem Jędrzejewski według strony rządowej jest niewiarygodny, bo: 1) był w konflikcie z Kacprzykiem, 2) rzekomo domagał się za darmo cennej działki od Trzaskowskiego, 3) chciał zeznawać w obecności pełnomocnika i 4) nie powiadomił wszystkich możliwych instytucji, ale tylko kilka. Dosyć słabe poszlaki jak na to, że cały aparat państwa, z premierem na czele już kilkanaście godzin (w tym połowa to noc) po wywiadzie u Stanowskiego zaczął stosować skoordynowany 'przekaz dnia’ o braku wiarygodności Jędrzejewskiego. Naturalną koleją rzeczy w internecie było przypominanie osób, które według rządu były nieskazitelnie wiarygodne. Najbardziej „postacią znaną” z tego wyborowego towarzystwa jest oczywiście Jacek Murański, który (podobno, bo nie wiadomo nawet, gdzie, kiedy i u kogo) oskarżył Karola Nawrockiego o sutenerstwo, oczywiście sprawa w prokuraturze stoi w miejscu od ponad roku, choć przed wyborami obiecywano priorytetowe jej wyjaśnienie i reklamowano ją jako „wierzchołek góry lodowej”. Innym „wiarygodnym” osobnikiem jest jakiś anonim, który założył darmową skrzynkę e-mail leszek.kraskowski.1967@proton.me i z niej wysłał pogróżki do komendanta policji. W efekcie Kraskowski spędził 4 tygodnie w areszcie wydobywczym (tyle czasu zajęło „śledczym” zorientowanie się, że Kraskowski używa poczty na gmailu, a nie na protonie). 'Dowcipnisie’, którzy w maju hurtowo wzywali służby ratunkowe do prywatnych domów polityków PiS też byli bardzo wiarygodni. Natomiast doświadczony chirurg, pułkownik, który pod własnym nazwiskiem przez wiele miesięcy próbował zwrócić uwagę władz na skandale szpitalne- wiarygodnym nie jest. Dubois nawet zapowiedział wytoczenie mu procesu karnego. Rządowa strategia z „brakiem wiarygodności” była mocno przestrzelona, Polacy w większości (może poza 'silnymi razem’) stanęli po stronie chirurga. Zresztą kilka dni później Jędrzejewski (już z pełnomocnikiem) złożył obszerne zeznania w prokuraturze, ale liczba komentarzy polityków i powiązanych z nimi „ekspertów” była odwrotnie proporcjonalna do liczby ich komentarzy po pierwszej wizycie chirurga w prokuraturze. Nagle opuszczono zasłonę milczenia na postać pana Emila, bo pewnie w prokuraturze opowiedział mrożące krew w żyłach historie, więc trzeba je było utajnić, a postępowanie skręcić. Od ponad 2 tygodni nie ma w mediach żadnej nowej wzmianki o Jędrzejewskim. Ciekawe co teraz robi i czy władza w jakiś nieoficjalny sposób próbuje się z nim kontaktować.
Łukasz Jankowski, prezes Naczelnej Izby Lekarskiej powiedział: „Z informacji, które posiadam, wynika, że przynajmniej część zarzutów, które stawia pan doktor, jest potwierdzona przez innych lekarzy, a do tego dochodzą jeszcze te zarzuty, które pojawiły się w tej chwili”.
Tak przy okazji, wychodzi jak na tacy, że ustawa o sygnalistach była dedykowana pod jedną, konkretną osobę, czyli Tomasza Mraza (kolejny na liście „wiarygodnych”), jednego z giermków Romana Giertycha. Z kolei próba skorzystania z tej ustawy w celu zaalarmowania o nieprawidłowościach środowisk, związanych z KO jest z góry skazana na niepowodzenie (poza Jędrzejewskim w podobnej sytuacji jest pracownik warszawskiego ZDM, który w nagrodę za alarmy o nieprawidłowościach otrzymał dyscyplinarkę, a także kilka innych osób).
Bartosz Arłukowicz

Jego kariera publiczna zaczęła się od reżyserowanego reality-show „Agent” emitowanego przez TVN, co pozwoliło mu na zyskanie popularności i wejście do polityki (najpierw SLD, potem klasyk, czyli przeskok do PO). Arłukowicz w czasie „pierwszego Tuska” miał swoje polityczne pięć minut (m.in. był ministrem zdrowia przez 4 lata), ale po roku 2015 jego znaczenie zmniejszyło się, nie pomógł powrót Tuska do władzy w 2023, bo jego pozycja w partii była słaba. Wraz z wybuchem 'afery szpitalnej’ wyczuł on okazję, aby spróbować wrócić do dużej gry. Prawdopodobnie ostrzy sobie zęby na stołek nowego ministra zdrowia, albo przynajmniej na umocnienie swej osoby w strukturach partyjnych, salonowo-towarzyskich i u „silnych razem”.
W ostatnim czasie Arłukowicz stał się medialnym bulterierem Donalda Tuska. Każda partia, bazująca na twardym elektoracie musi mieć taką osobę, a samo stanowisko bulteriera musi być rotacyjne, bo inaczej druga strona szybko zaczyna robić memy. Wcześniej tę rolę pełnili m.in. Stefan Niesiołowski, Janusz Palikot, Miś Kamiński, a ostatnie dwa wybory były dosyć fajtłapowate, czyli pan Szłapka oraz duet Joński-Szczerba. Kilka miesięcy temu w te buty wszedł Arłukowicz, kreując się na twardziela większego, niż Dolph Lundgren. Bardzo podobała mi się jego majowa wypowiedź w „aferze alarmowej”, kiedy jacyś 'dowcipnisie’ hurtowo wzywali straż pożarną i inne służby ratownicze do prywatnych domów osób, powiązanych z PiS (m.in. Kaczyńskiego, Nawrockiego, Sakiewicza czy Cenckiewicza). Arłukowicz zapytany, czy aby nie na wyrost jest wyważanie drzwi domów najważniejszych osób w państwie po którymś z kolei fejkowym zgłoszeniu i czy pretensje PiSu, że „wjazdy” są wyłącznie do domów osób z ich formacji, co ma znamiona prześladowania politycznego- odpowiedział mniej więcej coś takiego (piszę z pamięci, ale zachowując formę i sens): „Ja przez wiele lat pracowałem w ratownictwie medycznym, jeździłem karetką pogotowia na zgłoszenia. Nauczyłem się wtedy, że najważniejsze jest życie ludzkie. Jeżeli jest zgłoszenie o zagrożeniu życia lub zdrowia- trzeba stanowczo reagować od razu, nie zważając na inne okoliczności. Profesjonalny ratownik nie patrzy na to, do kogo należy dom i czy wypada wyważyć drzwi. On musi działać automatycznie, być nastawiony na ratowanie życia, nawet kosztem szkód materialnych. Dlatego stanowczo uważam, że interwencje te były uzasadnione. Gdybym sam był w podobnej sytuacji to zachowałbym się tak samo. I nieważne jest dla mnie, czy byłby to dom Nawrockiego, Kaczyńskiego, Błaszczaka…”. Po tym górnolotnym wstępie, aby cała wypowiedź miała sens- Arłukowicz powinien tutaj przytoczyć nazwiska polityków różnych formacji, a zwłaszcza swojej własnej. Pewnie dopiero wtedy się skapnął, że w tym patosie zapędził się w kozi róg, bo jeżeli w puencie wymieni nazwisko kogoś z rządu (a zwłaszcza słowo „Tusk”) to jego kariera zawodowa zatoczy koło i będzie musiał na stare lata powrócić do tej karetki. Dlatego wymienił jeszcze kilka innych nazwisk (wszystkie z PiSu) i zakończył wypowiedź 🙂 Cudowna, freudowska pomyłka. Zapytany, czy nietaktem nie jest prześladowanie opozycji politycznej i ich rodzin przez służby ratownicze powiedział, że „absolutnie nie”, bo on też by chętnie PiSowcom powyważał drzwi i powybijał szyby w oknach. Taka dygresja. Przy okazji, „afera ratownicza” to chyba jedyne, co „silni razem” dostali w prezencie od Tuska, Giertycha, Bodnara i Żurka w ramach ich upragnionych rozliczeń. Ziobro w USA, Romanowski na Bałkanach. Wąsik, Kamiński, ksiądz Olszewski, Matecki czy Kraskowski wypuszczeni, „dwie wieże” umorzone, nikt nie siedzi (a wręcz 'swoi’ ludzie jak Palikot, Banaś czy OMZRiK mają problemy z prokuraturą), rozliczeń PiS nie ma i nie będzie. Na otarcie łez „silniczki” dostały więc Sakiewicza w gaciach, jego asystentkę w kajdankach i powyważane przez strażaków drzwi w domach PiSowców, muszą się tymi obrazkami zadowolić.
Wróćmy do 'afery szpitalnej’, bo trochę odpłynąłem od tematu. Nabuzowany Arłukowicz od początku afery zaczął chodzić po wszystkich zaprzyjaźnionych telewizjach i w agresywnym tonie „przekonywać”, że „afery nie ma”. Na wzór legendarnego przemówienia Andrzeja Leppera zaczął rzucać poważne oskarżenia w formie pytań (ostrożność procesowa na wypadek zarzutów o pomówienie), głównie wobec Stanowskiego i Kanału Zero. Groził, że mają wszystko natychmiast ujawnić, bo w przeciwnym razie odpowiedzą za to karnie. Domagał się m.in. ujawnienia pełnej listy gości „saloniku VIP”, kiedy Słowik ze Stanowskim od razu mówili, że bardzo chętnie by to zrobili, gdyby wcześniej otrzymali gwarancję, że nie dostaną zarzutów złamania tajemnicy lekarskiej.
Jedną z najbardziej memicznych wypowiedzi Arłukowicza była odpowiedź w Kanale Zero na pytanie o robienie tomografii zmarłej osobie w Szpitalu Południowym, mianowicie pan Bartosz stwierdził (z poczuciem wyższości intelektualnej), że: „Tutenchamon miał robioną tomografię i dość dawno umarł„.
Na pytanie o Kacprzyka Arłukowicz odpowiedział, że go nie zna. Gdy okazało się, że osobiście rozdawał jego ulotki w kampanii samorządowej zmienił zdanie i stwierdził, że „niczego się nie wypiera”, tzn. jednak go zna, ale niezbyt dobrze i nie wiedział, że był lekarzem… Sam fakt, że Arłukowicz, który ma wiele zdjęć z Kacprzykiem został oddelegowany jako „bultelier” gaszący aferę szpitalną pokazuje, jak bardzo krótka ławka rezerwowych jest w obozie Tuska.
Afera w prosektorium

Afera w prosektorium Szpitala Południowego miała duży potencjał, ale pojawiła się w złym momencie, tzn. jako 'wątek poboczny’ afery szpitalnej, która była na tym etapie już mocno 'przegrzana’, a społeczeństwo nieco umęczone słuchaniem w kółko o jednej placówce. Gdyby temat prosektorium pojawił się osobno, w dowolnie innym czasie (np. rok, 5 lub 10 lat temu)- byłby znacznie głośniejszy i bardziej chłonny. Pod względem długości i wielowątkowości przypomina to trochę aferę podsłuchową „Sowa i przyjaciele” z 2014 roku. Ona również trwała długo i przez kilka tygodni wyskakiwała z przysłowiowej lodówki, przez co kolejne odtajniane taśmy mało kogo już interesowały, pomimo wielkiej wagi niektórych z nich. Ostatecznie zapamiętany został tylko najmniej istotny element, czyli ośmiorniczki, podczas gdy o najgrubszych wątkach niewielu już pamięta, choć z drugiej strony- afera taśmowa zapoczątkowała długą serię przegranych przez PO wyborów, co może być kolejnym podobieństwem do 'afery szpitalnej’.
W aferze prosektorium głównym czarnym charakterem jest pan Habowski, ekscentryczny 'koordynator’ (bezpartyjny), przy czym ktoś go tam zatrudnił i tolerował, co mimowolnie uderza w zarząd Szpitala Południowego i warszawski samorząd, któremu szpital ten podlega. Można odnieść wrażenie, że w tym konkretnym szpitalu mało co działało poprawnie, a w każdej szafie były poukrywane jakieś (głównie przysłowiowe) trupy, więc tym bardziej groteskowe było chwalenie się Trzaskowskiego wysoką jakością właśnie tej placówki w ubiegłorocznej kampanii wyborczej (udowadnia to po raz kolejny, że Trzaskowski kompletnie nie ogarnia, co się naprawdę dzieje w jego mieście). Legendarny, satyryczny program Wojciecha Manna (doktor) i Krzysztofa Materny (pielęgniarka Irenka) to nic w porównaniu ze Szpitalem Południowym. Afera w prosektorium przypomina „aferę łowców skór”, skrzyżowaną z serialem „Minuta Ciszy”. Skoro nawet Onet napisał, że w Szpitalu Południowym szef prosektorium oddawał mocz na zwłoki- musiało być grubo. Ponadto media informowały o handlu zwłokami i faworyzowaniu zaprzyjaźnionych zakładów pogrzebowych, nielegalnych opłatach za wydanie ciała i balsamowanie, fałszowaniu podpisów na kartach zgonu, publikowaniu zdjęć i filmików zwłok w social mediach i wielu innych nieprawidłowościach.
Na początku wydawało się, że 'afera szpitalna’ nie ma bezpośredniego związku się z aferą w prosektorium (poza tym, że działo się to w tym samym szpitalu i w tym samym czasie), ale najnowszy wątek (taśm koordynatora) już bezpośrednio łączy obie afery. Mianowicie na nagraniach mowa jest o pacjencie, który martwy przez 4 godziny przeleżał w toalecie, czyli prawdopodobnie o tej samej osobie, o której opowiadał Jędrzejewski u Stanowskiego (być może również był to „Tutanchamon” Arłukowicza, któremu zrobiono tomografię po śmierci). Na taśmach pada wiele wulgarnych, kompromitujących wypowiedzi typu: „karta zgonu jest tam zrobiona, tylko jest spier****na, bo co oni mieli tam wpisać”.
W wyniku ujawnienia afery koordynator prosektorium został zwolniony, a postępowanie wyjaśniające rozpoczęły „niezależne organy” jak prokuratura czy CBA. Na pewno szybko, jak zawsze- wyjaśnią wszystko „do spodu”. Na razie w błyskawicznym tempie przesłuchano technika, który ujawnił nagrania, oczywiście ich wiarygodność jest przez organy państwowe podważana.
Kanał i portal Zero

Już wielokrotnie i od dawna pisałem o Krzysztofie Stanowskim, wróżąc mu wielką karierę, zanim stał się sławny. W ostatnich miesiącach wciągnął nosem cały polski rynek medialny i stał się bezapelacyjnie nazwiskiem numer jeden w tej branży. Dlaczego tak się stało? To tak, jak z zaćmieniem słońca. Muszą jednocześnie wystąpić 3 warunki, tzn. ziemia, księżyc i słońce muszą znaleźć się w jednej linii, a wówczas efekt jest piorunujący. Podobnie było ze Stanowskim. Pierwszy czynnik to jego warsztat dziennikarski. Zaczął bardzo młodo, miał od kogo się uczyć (m.in. genialny Paweł Zarzeczny) i doszedł do perfekcji w formułowaniu ciekawych i błyskotliwych myśli (najpierw w formie pisanej, potem mówionej). Dzisiaj widząc, że Stanowski nagrał filmik- od razu wiadomo, że będzie ciekawy (nie wchodzą w grę clickbaitowe flaki z olejem). Drugi czynnik to „nos”, który u Stanowskiego jest perfekcyjny. Doskonale „czuje” on rynek medialny i potrafi dobierać sobie współpracowników, np. prawie cała współczesna publicystyka piłkarska to 30-kilku latkowie, którzy na jakimś etapie zostali zatrudnieni lub promowani przez Stanowskiego. Ćwiąkała, Rokuszewski, Paczul, Mietczyński, Piela, Milewski, Olkiewicz i wiele innych „odkryć” Stanowskiego robią dzisiaj duże, często samodzielne kariery na Youtube i w mediach tradycyjnych. Gdy dziady „kiedyś to było” pokroju Hajty czy Koseckiego odejdą na emeryturę- w branży zostaną głównie osoby, którym Stanowski kiedyś dał „wędkę” (pomimo tego, że on sam już jakiś czas temu oddalił się od dziennikarstwa sportowego). Zatrudnienie Roberta Mazurka też było strzałem w dziesiątkę, a ostatnie nabytki portalu Zero (Sroczyński, Słowik) również bardzo dobrze rokują. Trzeci czynnik sukcesu Stanowskiego to… szczęście. Polskojęzyczni giganci medialni w ostatnich latach rozeszli się na dwie strony (jak Morze Czerwone na widok Mojżesza), stając się partyjnymi przybudówkami. Na środku zostało wielkie, niezagospodarowane pole „klasycznego” dziennikarstwa, co bezlitośnie wykorzystał Stanowski. Wszedł on na rynek tak samo, jak Kierwiński do warszawskiego ratusza, albo jak Armia Czerwona do porzuconego sklepu rowerowego. To tak, jakby wszystkie restauracje w Polsce same z siebie przestały serwować mięso. Stanowski po prostu wziął to, co zostało porzucone i leżało odłogiem. Nie trzeba było nawet walczyć z konkurencją, bo ona sama się ewakuowała, zostawiając róg obfitości. Np. długi wywiad z kimś to nie jest nowy wynalazek. Tymczasem ta forma z „klasycznych” mediów w ostatnim czasie całkiem zniknęła. Przyszedł więc Stanowski, zrobił (jeszcze w Kanale Sportowym) rekordowe wywiady z Najmanem, Jasiem Kapelą, Sidneyem Polakiem czy Michniewiczem, a już w Kanale Zero z każdym kandydatem na prezydenta oraz ostatnio z chirurgiem Jędrzejewskim. Widownia wielomilionowa. Tymczasem w „klasycznych” mediach mieliśmy w tym czasie albo lizanie dupy zaprzyjaźnionym politykom, albo „pluralistyczną” nadupczankę typu Gozdyra lub Grochal, gdzie przy stole siedzi 6 osób i wszystkie jednocześnie drą ryja, a najgłośniej prowadząca. W mediach „klasycznych” nie ma w ogóle wyrazistych, ciekawych postaci, zamiast tego mamy dziennikarzy z kijem w dupie. Są tam albo nudziarze (Olejnik, Sekielski, Węglarczyk, Semka, Lisicki), albo hejterzy (Czuchnowski, Wieliński, Wysocka-Schnepf, Rachoń, Sakiewicz), albo też człekokształtne roboty, oparte na AI (Arleta Zalewska), oczywiście wszyscy z jawnymi sympatiami politycznymi. Idź pan w chuj z taką publicystyką!
Rząd i klasyczne media zachowują się jak pies ogrodnika. Czyli sami oddali rynek, ale teraz atakują personalnie Stanowskiego, bo ośmielił się przejąć po nich schedę. Jako, że na Stanowskiego nie ma nic grubego (choć pewnie jest ostro zinwigilowany), więc pomówienia są klasyczne, tzn. ruska onuca, faszysta, mizogin, przemocowiec czy rzekomy rzekomy reklamodawca Zonda Crypto. Zgodnie z „doktryną Neumanna” Stanowski wpychany jest na siłę w łapy PiSu (podobnie jak wcześniej Kukiz, Hołownia czy Robert Górski, który w „Uchu prezesa” ośmielił się wprowadzić także polityków ówczesnej opozycji). Od kilku miesięcy najpopularniejszym „żartem” wśród „demokratów” i „elit” jest powiedzenie, że Stanowski, szef kanału Zero to jedno wielkie ZERO 🙂 (karuzela śmiechu i zerwane boki, leżące na podłodze). Władza pewnie chętnie zrobiłaby mu Litewkę czy Wójcikowskiego, ale to byłoby (nawet jak na nich) zbyt jawne i grube posunięcie, co przyniosłoby skutek odwrotny do zamierzonego. Dlatego zostaje im hejt, pomówienia i tanie złośliwości, podchwytywane co najwyżej przez 'silnych razem’. Ostatnio raper Tede wyznał, że samorządy opanowane przez KO utrudniają mu organizację koncertów, bo ma program w Kanale Zero.

Kanał na Youtube wystartował 2 lata temu, pół roku temu dorzucono telewizję (która nadal nie jest wpuszczona przez Vectrę i Play/UPC oraz na nadajniki naziemne), a w lutym odpalono portal internetowy (bez clickbaitów, tanich skandali i dziesiątek uciążliwych reklam). Wszystkie te segmenty imperium Stanowskiego rozwijają się szybko. Czemu o tym piszę? Według mnie, gdyby nie Kanał Zero to 'afera szpitalna’ albo w ogóle nie zostałaby ujawniona, albo ewentualnie byłaby opiłowana bardziej, niż katolicy w marzeniach Nitrasa. To właśnie Kanał i Portal Zero był czołowym ośrodkiem nadawczym o 'aferze szpitalnej’, cała reszta mediów tylko te informacje przerabiała i przeżuwała z opóźnieniem, często pod partyjny przekaz. Konkretnie, najgłośniejsze artykuły były autorstwa Patryka Słowika i Jakuba Styczyńskiego, do tego dochodzi głośny wywiad z Emilem Jędrzejewskim. Inne redakcje od jakiegoś czasu zaczynają dzień pracy od wejścia na portal Zero i sprawdzenia, czy jest tam coś ciekawego, co można by skopiować i opisać własnymi słowami. Równie dobrze mogłaby to robić sztuczna inteligencja. Media tradycyjne zostały obnażone i ośmieszone przez Stanowskiego. Jedynym ich kapitałem są widzowie/czytelnicy „z przyzwyczajenia” (na ogół emeryci) oraz dotacje z publicznych środków. Bez tych dwóch rzeczy mogliby albo zwijać interes, albo się z powrotem próbować kontr-reformować w kierunku dziennikarskich korzeni.
Przypomniał mi się kultowy filmik z Leszkiem Millerem i „trójką muszkieterów” Lewicy. Tam muszkieterowie mówią, że Miller stracił wyczucie i powinien udać się na emeryturę, że dziad już kompletnie nic nie ogarnia, po czym otwierają się drzwi, wychodzi Miller i pyta: „idziecie?”, a muszkieterowie grzecznie: „idziemy, idziemy!” Podobny filmik można by nagrać z mediami. Trójka „muszkieterów” (TVN, Gazeta Wyborcza i Springery) mówią, że Stanowski to debil, Dyzma, populista, prymityw i hejter, nagle otwierają się drzwi, wychodzi Stanowski i pyta: „Idziecie? Właśnie na moim portalu pojawił się nowy tekst Patryka Słowika”, a muszkieterowie: „idziemy, idziemy!”
Inne media

Media prorządowe typu TVN, TVP w likwidacji, Gazeta Wyborcza, Onet, Fakt, Newsweek, Polityka itp. w momencie wybuchu 'afery szpitalnej’ miały do wyboru- albo twardo stanąć po stronie rządu (doktryna Neumanna), albo wrócić do klasycznego dziennikarstwa i spróbować zawalczyć o odbiorcę na wolnym rynku- czas pokazał, że wybrały opcję numer 1. Wprawdzie były tam też artykuły i programy nieco krytyczne, ale głównie relatywizujące aferę (spłycanie jej do 'pewnych nieprawidłowości i uchybień’, czemu towarzyszyło intensywne przypominanie wielokrotnie przewałkowanych już wcześniej afer PiS sprzed wielu lat). Z takim podejściem media klakierskie może dostaną jakieś granty i reklamy spółek skarbu państwa, ale kolejnych klientów zabierze im Stanowski, bo ludziom coraz mniej chce się poświęcać czas na tego typu treści, a nasycenie podmiotów na „liberalnym” rynku medialnym jest gigantyczne (gdy 10 redakcji pisze/mówi dokładnie te same bzdury, to wystarczy zapoznać się z jedną relacją, a najlepiej z żadną). Poza Stanowskim, spośród dużych graczy klasyczne dziennikarstwo próbuje uprawiać też Wirtualna Polska oraz media Solorza (Polsat i Interia), częściowo też niektórzy pracownicy Radia ZET, Rzeczpospolitej i Super Expressu.
Negatywnie w sprawie afery szpitalnej zaprezentowała się Dominika Wielowieyska z Gazety Wyborczej. Wprawdzie zawsze była mocno umocowana politycznie po wiadomej stronie, ale do tej pory, na tle swoich redakcyjnych, szalonych kolegów (najtwardszych „jebaćpisów”) pokroju Czuchnowskiego, Wielińskiego, Kublikowej, Maziarskiego czy Jarosława Kurskiego- akurat Wielowieyska prezentowała się dosyć przyzwoicie. Tymczasem w 'aferze szpitalnej’ została jedną z najbardziej zaangażowanych funkcjonariuszek w przekonywaniu, że „afery nie ma, a nawet jak jest, to wina PiS”. Nie wiem czy dostała jakąś premię, czy tak sama z siebie postanowiła zrobić z gęby cholewę, ale swoim postępowaniem zawiodła wielu ludzi.
Od dłuższego czasu uważam, że mój ulubiony kabareciarz Jan Piński niczym mnie już nie jest w stanie zaskoczyć, ale nagle wyskakuje sam zainteresowany i mówi: „potrzymaj mi piwo”. Mianowicie zaczął szydzić z tego, że Emil Jędrzejewski obawia się o los swój i rodziny. Normalnie, boki zrywać. Facet, który rozpętał burzę, któremu osobiście groził premier i jego liczni podwładni, a także rzecznik prokuratury, media i „niezależni eksperci” boi się o rodzinę. Przecież nie ma ku temu żadnych powodów! Gdyby te 'heheszki’ napisał ktoś inny, to pół biedy, ale napisał to Piński, który twierdzi, że służby specjalne (swojego ukochanego rządu) w przebraniu kominiarzy chciały go siłą wywieźć do psychiatryka, że ma podsłuchy w bateriach sprzętów domowych, że ma w telefonie pegasusy, hermesy i predatory i że pod jego oknami stoi tuzin samochodów szpiegowskich, które inwigilują jego router tak bardzo, że nie zostaje już transferu na prowadzenie transmisji live (musi im dopiero poświecić latarką po tych samochodach, aby odstąpili mu kilka mb/s z jego własnego łącza). No i on śmieszkuje, że Jędrzejewski ma obawy. Być może jest zazdrosny, bo chciałby mieć monopol na bycie ofiarą. Ci kominiarze to jednak zrobiliby dobry uczynek samemu zainteresowanemu.
PiS

Osobny akapit należy się PiSowi, bo ich działania w tej aferze to coś pomiędzy głupotą, a sabotażem. Najpierw, w kluczowym, początkowym momencie afery- w swojej bańce (Sakiewicz/Karnowscy) ostro lansowali inną, typowo odgórną i źle zorganizowaną „aferę” z Bąkiewiczem, którego „pobili Niemcy” (nawet w mediach KODziarskich było wtedy więcej Kacprzyka, niż w mediach PiSowskich). Bąkiewicz i kilku jego towarzyszy postanowili w czerwcu zainstalować w Berlinie wielki krzyż, w sąsiedztwie słynnego głazu, obok „z tragarzami” przechodzili reporterzy Republiki. Oczywiście miejscowa policja nie zgodziła się na squatting i samowolkę budowlaną, więc po bezowocnych negocjacjach doszło do przepychanki, którą bardzo wyolbrzymiały media PiSu (coś jak z rzekomą brutalną pacyfikacją „strajku kobiet”, tylko w drugą stronę). W Republice i Niezależnej.pl był to główny temat w czerwonych ramkach, a rozpoczynająca się afera szpitalna była wówczas ledwo zauważalna. Później PiSowcy, gdy w końcu zorientowali się, że przykrywają Bąkiewiczem znacznie większą (i politycznie korzystniejszą dla siebie) aferę- zrobili zwrot przez rufę, czyli zaczęli aferę szpitalną przegrzewać (co trwa do dziś). Zamiast skupiać się na eksponowaniu konkretnych patologii Szpitala Południowego- szybko w PiSie zaczęło się walenie maczugą na oślep, nawoływania do delegalizacji KO czy dymisji rządu (co nie dość, że nie ma szans powodzenia, to jeszcze mobilizuje 'silnych razem’), było też rzucanie haseł o „doktorze Mengele” i „Pavulonie”. Idealne odwracanie uwagi od sedna. Gdyby PiSowcy nic nie robili, pozwalając działać innym to wyszliby na tym znacznie lepiej.
Obecne media PiSowskie (Sakiewicz, Karnowscy) to jeden wielki szajs i żenada. Nawet, gdybym był wyborcą PiS to bym tego nie oglądał (tu mógłby być popularny mem z murzynem, który stoi za drzewem i zaciera ręce, z gębą Stanowskiego). TVP Kurskiego była jaka była, ale to co jest teraz- leży jeszcze 3 poziomy niżej. Chyba jedyne, co da się oglądać w mediach PiS bez ryzyka utraty IQ to „Codziennie burza” Pana Kożuszka, cała reszta to uwłaczanie ludzkiej inteligencji. Tu chyba są w stanie pomóc tylko Amerykanie, otwierając filię Fox News i przywożąc tu swój „know how”.
Dokładnie odwrotnie niż PiS w obliczu afery szpitalnej zachował się… Jaś Kapela. Pracownik Sorosa, Krytyki Politycznej i Agory, beneficjent rządowych grantów teoretycznie powinien bronić swoich chlebodawców, ale zamiast tego NAGRAŁ COŚ TAKIEGO (to chyba pierwsza rzecz, która mu się w życiu udała).
Przybudówki rządowe

Bardzo ciekawa była reakcja tuskowych przybudówek, czyli SLD i PSL + planktonu. One od początku mocno zdystansowały się od KO. Lewica na sesji rady miasta Warszawa zagłosowała nawet przeciwko absolutorium dla Trzaskowskiego. Sam Czarzasty w budynku sejmowym stwierdził, że ma w marynarce przypinkę w kształcie ptaka, powiedział też że to słowik i dał mu na imię Patryk (czyli tak, jak dziennikarz portalu Zero Patryk Słowik, który ujawnił najwięcej informacji z 'afery szpitalnej’). Politycy byłej Trzeciej Nogi (PSL i PL2025) również nie zamierzali stawać murem za główną partią rządzącą. Tusk dostał więc jasny przekaz od przybudówek- radź pan sobie sam, bo to nie nasza afera. Pewnie mocno zabiegał o ich wsparcie, ale spotkał się z odmową (przybudówki miały mocne karty w ręku, tzn. nie dostały żadnych stołków w Szpitalu Południowym, bo wszyscy byli tam z KO, więc czemu teraz mają nadstawiać karku?). Pokazuje to jednak nadchodzący wiatr zmian, nawet najkorzystniejsze dla rządu sondaże nie dają im szans na kolejną kadencję (zresztą głównie dzięki spadkom poparcia Trzeciej Nogi, w wyborach w 2023 mieli 14,4%, teraz PSL balansuje na granicy progu, a Pl2050/Centrum ma poparcie w granicach błędu statystycznego). Przybudówki zdają sobie sprawę, że trzymając się spódnicy Tuska mają niewiele do zyskania, w najlepszym przypadku będzie to wciągnięcie kilku najpopularniejszych osób na listy KO i wejście do sejmu w roli opozycji.
Osobną kategorią jest Partia Razem (która tworzyła rząd, ale z niego później wyszła), zwłaszcza jej szef Zandberg, który już od dłuższego czasu mocno punktuje rząd, a wobec „afery szpitalnej” jest nie mniej krytyczny od PiSu czy Konfederacji.
Wpływ afery i przyszłość KO

’Afera szpitalna’ będzie nieco inaczej postrzegana i zapamiętana, niż inne afery, bo dotyka bezpośrednio zwykłych ludzi, tłoczących się w medycznych poczekalniach. W przypadku innych afer wystarczy, aby media przestały o tym mówić, a ludzie szybko zapomną, bo wpływ afery na ich życie codzienne jest albo żaden („dwie wieże”, Seicento), albo uderzy z dużym opóźnieniem (jak np. deficyt, SAFE, KPO, ETS2). Tutaj jest inaczej, bo ma miejsce zjawisko „towarzyszy niedoli”. Polega ono na łatwym nawiązywaniu kontaktów pomiędzy przypadkowymi osobami, które akurat mają ten sam problem. Np. gdy grupka ludzi czeka na autobus na przystanku, ale autobus nie przyjeżdża. Kwestią sekund jest rozpoczęcie debaty: „Może już pojechał?”, „A może wypadł i nie przyjedzie?”, „Spokojnie, przyjedzie, ale się spóźni, wczoraj też tak było!”. Ludzie nawiązują krótkie relacje, łączą się ze sobą „w bulu i nadzieji”, ale rozmawiają tylko i wyłącznie o wspólnym problemie, po czym każdy rozchodzi się w swoją stronę, jednak niesmak po problemie pozostaje (zwłaszcza, gdy trzeba będzie znowu pójść na ten przystanek).
To samo jest w medycznych poczekalniach podległych pod NFZ, które są absurdalnie zatłoczone, mam wrażenie że z roku na rok coraz bardziej. Ja jestem weteranem takich miejsc, od czasu Covidu samych tomografii miałem robionych 12, do tego 3 przyjęcia na oddział szpitalny (zresztą w sąsiednim do Szpitala Południowego Narodowym Instytucie Onkologii), niezliczone wizyty lekarskie, kilka razy na SOR. Wszędzie jest to samo, czyli czekanie. Nie dość, że na sam termin trzeba zazwyczaj długo czekać, to w umówionym dniu po przyjściu na miejsce- trzeba (już osobiście, tracąc cenny czas) znowu czekać. Szczęściarze mogą usiąść, ale nie dla wszystkich starczy miejsc. Mniej szczęśliwi mogą stanąć pod ścianą, ale tam też miejsca są ograniczone, więc reszta hołoty stoi albo w przejściu, gdzie co chwilę muszą się z kimś przepychać, albo stanąć gdzieś za rogiem, ale ryzykując, że nie usłyszą, gdy ich nazwisko zostanie wywołane i kolejka im przepadnie (na szczęście sukcesywnie wprowadzane są bilety z numerkami i wywoływanie przez głośniki). W poczekalniach na ogół panuje gwar, właśnie na zasadę „towarzyszy niedoli„. Nikt nie rozmawia o sporcie, muzyce czy filmie. Wszyscy rozmawiają o służbie zdrowia, długim czekaniu, narzekają na personel i kiepską organizację placówki. 'Afera szpitalna’ w takich warunkach jest wręcz idealnym tematem do rozmów i będzie tak nawet wtedy, gdy media już przestaną o niej mówić, może nawet afera zostanie w takich miejscach na lata. Już wcześniej atmosfera w NFZ-owskich poczekalniach była napięta, jak plandeka na Żuku, a teraz pewnie jest jeszcze dwa razy gorsza, bo ludzie na konkretnych przykładach dowiedzieli się, jak to działa od drugiej strony i dlaczego muszą tyle czekać na diagnostykę i wizytę u lekarza. Pewnie w każdej sekundzie w godzinach pracy ktoś w którejś polskiej poczekalni mówi: „Gdzie się pani pcha do kolejki? Salonik VIP piętro wyżej!„, albo „Tyle zarabiają, a nawet punktualnie do roboty nie umieją przyjść!„.
Afera ugodzi w KO (przystawki się zdystansowały), zresztą już wcześniej sondaże nie dawały szans na przedłużenie kadencji obecnego układu rządowego, a ich poparcie spada i pewnie to nie koniec, bo sondaże publikowane są z opóźnieniem. Być może wypłyną jeszcze kolejne wątki afery, np. lista nazwisk „saloniku VIP”. Wczoraj media poinformowały, że w przychodni w Piasecznie także funkcjonował salonik i 'szybka ścieżka’ dla polityków KO. Tusk już powoli może przygotowywać się do tego, co jego partia potrafi najlepiej, czyli opozycji totalnej. Nastroje w partii są kiepskie.
Strategia obronna partii wobec afery była mało udana. Wydaje mi się, że rżnięcie głupa do samego końca i udawanie że afery „nie ma” byłoby (pod względem stricte politycznym) lepsze od tego, co ostatecznie zrobiono, czyli przyznano się do 'saloników’ i innych nieprawidłowości, ale zwolniono ze stanowisk tylko jakichś samorządowych randomów, którzy pewnie po wakacjach magicznie odnajdą się w zarządach jakichś innych warszawskich spółek. Rozpaczliwa próba zrzucenia winy na środowisko lekarskie nie pomoże Tuskowi w wyborach, bo personel medyczny (obok nauczycieli, urzędników i osób osadzonych w zakładach karnych) to naturalny elektorat KO, a teraz pewnie część z nich (i ich rodzin) uniesie się honorem i na nich więcej nie zagłosuje. Obecnie zarówno twardy, jak i miękki elektorat KO jest niezadowolony i istnieje groźba, że w przyszłym roku część z nich albo nie zagłosuje w ogóle, albo wręcz zagłosują na kogoś innego. Oczywiście najlepsza byłaby zdecydowana reakcja Tuska (jak w aferze hazardowej), ale to od początku nie wchodziło w grę. Konkretnie, odstrzelenie 4 osób (Kacprzyk, Kierwiński, Trzaskowski i Grenda) załatwiłoby temat, ale żadnej z tych osób nie dało się „ot tak” odpalić. Widok Kacprzyka w kajdankach, podążającego do aresztu byłby ratunkiem dla sondaży, ale ten ma pewnie grube kwity na klientów „saloniku”, więc trzeba było go ratować, a nie wystawiać na lincz. Dymisja Kierwińskiego też by bardzo pomogła wizerunkowo, ale wtedy Tusk straciłby swojego najważniejszego przybocznego, a warszawskie struktury partyjne rozlazłyby się jak stare gacie. Rezygnacja Trzaskowskiego również byłaby zbawienna, ale on sam musiałby się na to zgodzić, a najwyraźniej miał inne plany. Częściowo pomogłaby też dymisja „ministry” zdrowia, ale jest to autorski wynalazek Tuska, więc tym ruchem podkopałby swój własny autorytet, a już teraz nie jest z tym najlepiej (najtwardszy elektorat coraz śmielej wysyła go na emeryturę i domaga się przejęcia partii przez Giertycha).

Od momentu wybuchu afery pojawiło się kilka sondaży partyjnych. Najnowsze są bezlitosne dla KO, ale też, co ciekawe- dla PiSu. Cały POPiS leci w dół (chyba nigdy nie był aż tak słaby), zyskują Konfederacje oraz „niezdecydowani”, a przystawki tuskowe stoją w miejscu, co jest bardzo dobrym prognostykiem dla Polski. Oczywiście można było liczyć na większe spadki KO (w krajach typu Dania czy Norwegia taka afera momentalnie wywaliłaby cały rząd w kosmos), ale przy obecnej polaryzacji to i tak spore zmiany, bo większość elektoratu POPiS to „beton”. Praktycznie w każdym nowym sondażu obie Konfederacje mają razem więcej procent poparcia, niż PiS. W sondażu CBOS z 6-8.07 (gdzie trudno przypuszczać, aby rządowa agencja dodawała punktów opozycji) KO ma 29,9%, PiS 23,6%, Konfederacja 18,7% (!!!), Korona 9,6% i Lewica 6,2%, reszta poniżej progu. Gdyby tak samo było w wyborach, to PiS z Konfederacją (bez Korony) mieliby większość sejmową (136+97, czyli 233 mandaty), a obecny rząd raptem 181 mandatów (163 KO i 18 Lewicy), reszta posłów to Korona. Przepływy są obiecujące, tzn. wszystko to co stracił PiS odnalazło się w Konfederacjach, i to z nawiązką. Z kolei straty KO są znacznie większe, niż ledwie zauważalne zyski przystawek. Wychodzi więc na to, że uskutecznia się nieznaczny, ale jednak zauważalny przepływ z KO do Konfederacji, czyli najczarniejszy sen „liberałów”. Po raz pierwszy od lat mamy ewidentną dezercję 'demokratów’ na stronę 'faszystów’. Inny sondaż (Ibris dla WP z 10-12.07) nie jest aż tak drastyczny, ale tam też tendencje są podobne. Tam POPiS traci po ponad procencie, a Konfederacja zyskuje aż 3,3%, wchodzi też PSL, ledwie przekraczając próg, co powoduje, że do większości potrzebne byłyby też osoby poselskie z Korony. Podobnie wygląda to w sondażu Ibris dla rzeczpospolitej z 2-3.07. Ogólnie, po analizie kilku różnych sondaży- wszędzie POPiS traci, przybudówki KO stoją w miejscu (PSL i Razem są w ryzykownych okolicach progu), a rosną notowania obu Konfederacji. Jak by nie było, to żaden sondaż nie wróży kontynuacji obecnego rządu, wszystkie dają im mniej, niż 200 posłów (do większości sejmowej potrzeba 231). Można się spodziewać, że te tendencje sondażowe będą się jeszcze bardziej pogłębiały, bo badania były robione pod koniec czerwca lub na początku lipca, gdy 'afera szpitalna’ była w fazie rozwojowej (przed ujawnieniem wątku w prosektorium). Pomijam już to, że według sondaży prezydentem Polski jest Trzaskowski, który zastąpił Komorowskiego, a prezydentem USA jest Kamala Harris.
Ja osobiście najbardziej czekam na sondażową „mijankę” Konfederacji i PiSu, bo to spowoduje największą od lat polityczną lawinę, która mogłaby 'wywrócić stolik’, pogonić 'bandę czworga’ i zrobić 'twardy reset’ kadr, wywodzących się jeszcze z PRL i Magdalenki. Gdyby Konfederacja wskoczyła na symboliczne drugie miejsce, poparcie PiSu zaliczyłoby nagłe tąpnięcie, bo wielu ludzi głosuje na najsilniejszą partię swojego „bloku ideologicznego” (tzw. 'Efekt Bandwagon’), to z kolei spowodowałoby panikę i podziały w samym PiSie, być może nawet rozpad, a przy słabym PiSie KO też straciłaby logiczną rację bytu, bo ich główną siłą napędową jest j**anie PiSu. Wyczekuję tego scenariusza z wielką nadzieją, bo nie mogę już patrzeć na te same od lat mordy.
Pomysł Tuska na bieżącą kadencję rządową był bardzo optymistyczny. Polegał on na tym, że będzie on rządził 'na rympał’ przy dosyć słabym mandacie. Tusk zajmując dopiero drugie miejsce w wyborach parlamentarnych myślał, że będzie miał taką władzę, jak z większością konstytucyjną i własnym prezydentem. Planował on, że bez większego problemu znajdzie przydupasów, którzy będą legalizować jego autorytarne „reformy” wbrew instynktowi samozachowawczemu. Udało się to tylko częściowo, tzn. pod siłowym wejściem do TVP podpisał się Sienkiewicz, pod SAFE podpisali się Kosiniak z Domańskim, pod niektórymi (ale nie wszystkimi) rympałami w przejęciu sądownictwa podpisał się Bodnar. Tusk planował, że główne „reformy” przeprowadzi w drugiej połowie kadencji z pomocą przydupasa Trzaskowskiego, który miał zostać prezydentem i podpisywać wszystko, co się mu podsunie. Gdy ten plan zawiódł- odpalono plan awaryjny, czyli przydupas Hołownia miał firmować zmianę wyników wyborów, ale to też się ostatecznie nie udało. Podobnie nie udały się rozliczenia (czyli najważniejsza rzecz dla elektoratu KO), bo prokuratorzy i sędziowie bali się podpisywać pod wyrokami „na zamówienie”. Podsumowując, głównym problemem Tuska było to, że (samemu stojąc z boku) kazał iść ludziom w ogień, ale robili to tylko niektórzy, a w świetle ostatnich sondaży można przypuszczać, że do końca kadencji chętnych do wejścia w ogień będzie coraz trudniej znaleźć.
W obozie Tuska da się wyczuć taktyczne przygotowania do egzystowania w opozycji, a 'afera szpitalna’ już oficjalnie to przyklepała. Nawet etatowi „motywatorzy” twardego elektoratu jak Piński czy Wiejski już otwarcie wieszczą, że za rok wraca faszyzm i trzeba zacząć się przygotowywać. Tusk musi teraz (jak już wcześniej robił wielokrotnie) namaścić jakąś „nową jakość”, która zbierałaby do siebie niezadowolony elektorat KO bez ryzyka, że ten odpłynie do Konfederacji. Właściwie potrzebne byłyby dwie „nowe jakości”, bo teraz elektorat wycieka mu już z obu stron. Potrzebna więc byłaby jedna nowa partia dla zawiedzionych twardych „jebaćPiSów” (w zarządzie Giertych, Niesiołowski, Mazguła, mam nawet dla nich nazwę: „Partia R.I.P.”, czyli Rozliczenia i Przeliczenia), a druga partia dla szeroko pojętego „Jagodna”, ostatnio pan Matczak zadeklarował swą gotowość, zakładając oksymoron o nazwie „Radykalne Centrum”, co ma być czymś w rodzaju kopii Konfederacji Mentzena dla byłych wyborców KO. Oczywiście obie „nowe jakości” byłyby elastyczne we współpracy z KO, czyli gotowe na aneksję lub wejście z koalicję. Główną nadzieją dla Tuska jest teraz powtórka z roku 2007, kiedy koalicja PiS-LPR-Samoobrona rozleciała się z hukiem, co umożliwiło wzięcie władzy (później także prezydenckiej) na wiele kolejnych lat. Wkrótce niestety historia może się powtórzyć, bo potencjalny rząd PiS-Konfederacja-Korona ma ogromny potencjał na kompromitację i memiczność.
RacimiR, 15.07.2026
PS: Wielkie dzięki dla Krzysztofa.

Świetny tekst i doskonale się to czyta, przeczytałem za jednym zamachem, aczkolwiek było to czasochłonne. Znalazłem kilka chochlików, ale szacun za tak długi tekst, przy takiej ilości nie dało się tego uniknąć. Masz talent do obserwacji i opisywania polskiej rzeczywistości. Ciekawe czy gdyby Stanowski zaprosił Cię do swojej stajni medialnej, zgodziłbyś się?
od RacimiR: Dzięki za miłe słowa, długo to pisałem, a na koniec nie zdążyłem popoprawiać baboli bo spieszyłem się na mecz Anglia-Argentyna, a już chciałem to za wszelką cenę opublikować. Dzisiaj wieczorem spróbuję to na spokojnie przeczytać i poprawić.
Raczej wątpię, żeby mnie Stanowski zaprosił, zresztą nie jestem z Warszawy i nie zamierzam być, ale gdybym dostał dobrą ofertę to czemu nie.