
Właśnie mija miesiąc od wybuchu 'afery szpitalnej’, więc to dobry czas na zbiorczy o niej artykuł. Sprawa jest tak wielowątkowa, że nie wiedziałem, jak się zabrać do pisania tego tekstu i w jakiej formie miałby on powstać. Najpierw planowałem opisać wszystko chronologicznie, ale zrobił się taki galimatias (w dodatku co chwilę wyskakiwały nowe wątki i postacie), że trzeba było to przerobić na bardziej przystępną formę, czyli prawie wszystko skasować i opisać sprawę od nowa przy pomocy charakterystyki „osób dramatu”, które brały w tym procederze mniejszy lub większy udział. Ostatecznie wyszedł tekst o długości co najmniej pracy licencjackiej. Afera powoli dobiega końca, więc ten artykuł będzie jej podsumowaniem. Być może pojawią się jeszcze jakieś nowe wątki (np. lista konkretnych gości 'saloniku VIP’), ale na jakiś 'plot twist’ raczej nie ma co liczyć, tym bardziej, że afera jest już maksymalnie przegrzana i „KMWTW”, a kto do tej pory był odporny na informacje (czyli beton typu 'silni razem’), ten i tak się już niczego nie dowie.
Dawid Kacprzyk

Wcześniej osoba anonimowa, zwłaszcza poza Warszawą, obecnie jedno z najgorętszych nazwisk w Polsce. Pan Dawid to 28-letni absolwent „studiów medycznych” w czasie Covidu (nauczanie częściowo zdalne) na prywatnej uczelni, do niedawna szef „Nowej generacji” czyli młodzieżówki KO. Umocowany także rodzinnie, zarówno po mieczu, jak i kądzieli. W poprzednich wyborach samorządowych w 2018 roku, w wieku 20 lat został najmłodszym radnym w Warszawie. W wyborach w 2023 znowu został radnym (dzielnicy Ursus), co było ogromnym błędem, bo zapoczątkowało całą lawinę późniejszych wydarzeń. Gdyby wtedy nie kandydował (lub zrezygnował z mandatu w odpowiednim momencie), to byłaby duża szansa, że nigdy nie dowiedzielibyśmy się o 'aferze szpitalnej’, bo nie musiałby składać oświadczenia majątkowego. Afera rozpoczęła się więc od tego, że internauci na portalu X analizowali oświadczenia majątkowe polityków, a niebagatelny majątek Kacprzyka (mieszkanie warte prawie milion złotych, do tego dwa miejsca postojowe, komórka lokatorska, Porsche Panamera 4, 730.000 złotych oszczędności oraz 1,67mln zł zarobione w 2025 roku) zwrócił ich uwagę w odniesieniu do młodego lekarza bez specjalizacji. Być może już wtedy Patryk Słowik z Kanału i Portalu Zero (do którego jeszcze przejdę niżej) prowadził dziennikarskie śledztwo. Okazało się, że utworzono dla Kacprzyka specjalne, dedykowane stanowisko „koordynatora SOR”. Był on de facto szefem tego SORu, ale formalnie był „koordynatorem”, bo szef musi mieć specjalizację lekarską, której Kacprzyk nie miał i dalej nie ma. Pierwszy artykuł Patryka Słowika opisał tzw. „salonik VIP” SORu Szpitala Południowego, w którym działacze KO mieli otrzymywać błyskawiczną ścieżkę leczenia i diagnostyki. Czekali bardzo krótko i ich sprawy traktowane były priorytetowo (tzw. 'fast track’), jednak w celu maksymalizacji ich zadowolenia mieli do dyspozycji też osobne pomieszczenie-poczekalnię, gdzie nie musieli mieć kontaktu z plebsem i motłochem (czekającym na SORze wiele godzin). Pomieszczenie zostało odebrane sąsiedniemu oddziałowi chirurgii kręgosłupa. Nazewnictwo („salonik VIP” i „fast track”) nawiązuje do lotnisk, gdzie za dodatkową opłatą można przebywać w osobnym, wygodnym pomieszczeniu i przejść przez bramki bez czekania w kolejce razem z hołotą. Po pojawieniu się artykułu na portalu Zero- „salonik VIP” Szpitala Południowego błyskawicznie zdemontowano, wysprzątano i rżnięto głupa, że nigdy nie istniał. 24-go czerwca w Kanale Zero gościem Krzysztofa Stanowskiego był były chirurg Szpitala Południowego, Emil Jędrzejewski. Opowiedział on wtedy, że na SOR-ze Kacprzyka dochodziło do strasznych sytuacji, np. zgon pacjenta w toalecie po wielogodzinnym oczekiwaniu na pomoc, kolejne zgony w wyniku „nauki” Kacprzyka czy tomografia wykonywana zwłokom, aby mieć „podkładkę” pod nie-zignorowanie pacjenta. Z czasem zaczęły wypływać kolejne „kwiatuszki”. Wprawdzie błędy lekarskie to coś, czego chyba nigdy nikomu w Polsce nie udowodniono (jedyny znany mi przypadek odpowiedzialności lekarskiej to film 'Znachor’, gdzie zresztą lekarz był oskarżony niesłusznie), więc teraz „wymiar sprawiedliwości” z pewnością również nic nie wskóra (tym bardziej, że sam zainteresowany miał wiodący wpływ na tworzenie dokumentacji medycznej, a obecnie jest ona w rękach 'niezależnych audytorów’). Daleko idące podejrzenia budzi inna kwestia, mianowicie czas pracy Kacprzyka. W samym Szpitalu Południowym w 2025 roku „przepracował” on około 4000 godzin, co daje średnio 11 godzin dziennie (włącznie z weekendami i świętami). 5-go lutego 2026 zatrudnił się jeszcze w Szpitalu Bródnowskim, gdzie w 4 miesiące „przepracował” 732 godziny, czyli średnio więcej niż wynosi pełny etat. Zakładając, że w 2026 roku pracował w Szpitalu Południowym tyle samo, ile w 2025 roku- mamy już zajęte 17 godzin z jego doby. Starał się też o posadę w trzecim szpitalu, ale ostatecznie jej nie podjął (media twierdzą, że albo zażądał zbyt dużej gaży, albo też tamtejszy zespół się nie zgodził na takiego szefa). Do „pracy” w dwóch szpitalach trzeba doliczyć też obowiązki z tytułu funkcji radnego oraz kierowniczej funkcji w partyjnej młodzieżówce. Był też (w radzie dzielnicy) przewodniczącym komisji oświaty oraz członkiem komisji rewizyjnej, w sumie wziął udział w 33 posiedzeniach tychże komisji. Przez cały styczeń 2025 zatrudniony był też w szpitalu w Częstochowie. Ponadto Kacprzyk często udzielał wywiadów w „wolnych mediach” (TVN czy TVP w likwidacji), gdzie pełnił rolę 'niezależnego eksperta’. Aktywny był w social mediach, nagrywał filmiki i wrzucał fotki, prowadził też kampanię (własną) oraz pomagał w kampaniach innych polityków KO. Żeby objechać wszystkie te miejsca trzeba mieć minimum godzinę dziennie, nawet przy posiadaniu Panamery. Sumując to wszystko razem wyjdzie na to, że doba Kacprzyka miała więcej, niż 24 godziny, czyli nadużycia można będzie łatwo udowodnić (oczywiście nie przez prokuraturę Żurka, która zamiata sprawę po dywan i do dzisiaj go nawet nie przesłuchała, ale po zmianie rządu może się to zmienić). Jeden „dyżur” Kacprzyka trwał nieprzerwanie 96 godzin (4 doby, od 11 do 15 kwietnia 2025), wielokrotnie miewał też 3-dniówki (72 godziny). Wystarczy więc, że zostawił wtedy swój ślad przebywania w innym miejscu, a przypał gotowy. Zresztą pełnomocnik Kacprzyka, Jacek Dubois (o którym osobny akapit niżej) już ruchem wyprzedzającym przyznał, że Kacprzyk dopuszczał się „miękkich” nadużyć, tzn. spania odpoczywania w czasie pracy oraz wychodzenia poza szpital w rejestrowanym (i opłaconym przez podatnika) czasie pracy. Po wybuchu afery Kacprzyk w panice przelał pół miliona złotych na konto Szpitala Południowego (zresztą odesłali mu to z powrotem, bo nie wiedzieli jak zaksięgować brudną forsę), co tylko udowadnia dwie rzeczy: po pierwsze- Kacprzyk jest cwanym, ale jednak debilem, a po drugie- partia nienależycie się nim zaopiekowała. Przecież już na początku powinni mu dać mecenasa, niekoniecznie od razu Duboisa, ale jakiegokolwiek papugę. Nie zrobiono tego, więc Kacprzyk obsrał zbroję i odesłał pół bańki, pogarszając tylko własną (i swojego otoczenia) sytuację. W tym samym czasie „zrezygnował” (z własnej, nieprzymuszonej woli) z członkostwa w Koalicji Obywatelskiej. Później jeszcze okazało się, że Kacprzyk był główno-dowodzącym na tzw. „czerwonym SORze”, gdzie przyjmowani są pacjenci z realnym zagrożeniem życia, a niedoświadczony 28-latek bez specjalizacji, po studiach prywatno-zdalnych to niekoniecznie dobry pomysł na obsadzenie tak odpowiedzialnego i wymagającego doświadczenia stanowiska. Obecnie Kacprzyk jest izolowany od opinii publicznej, nikt nie wie co robi, ani nawet gdzie przebywa. Ślad po nim zaginął. Był chłop, nie ma chłopa.
Znamienne jest to, że Kacprzyk nie został rzucony na pożarcie (poza „rezygnacją” z legitymacji partyjnej), aby spróbować udobruchać wzburzoną opinię publiczną. Stało się odwrotnie, Kacprzyk został przez aparat rządowy otoczony kordonem polityczno-prawniczym, dostał najlepszego obrońcę, 'wymiar sprawiedliwości’ interesuje się wszystkim, tylko nie Kacprzykiem, „wolne media” od co najmniej 2 tygodni milczą na jego temat. Można by pomyśleć, że to po prostu „doktryna Neumanna”, ale przecież ze stołków w wyniku afery szpitalnej już poleciały grubsze nazwiska (chociażby dwie wiceprezydent Warszawy), więc czemu akurat Kacprzyk jest tak chroniony? Wszak jego ranga partyjna jest żadna (radny dzielnicy, czyli gminy). Być może wpływ na to ma wiedza, którą Kacprzyk posiada. Wszak to on zarządzał „salonikiem VIP”, wiedział kto tam przychodzi i w jakim celu, miał więc bardzo mocną kartę w ręku w negocjacjach z partyjną centralą o zapewnienie mu „kryszy”. Gdyby opowiedział w mediach wszystko ze szczegółami- mogłoby się to skończyć nawet rozpadem KO, a są podmioty, które byłyby mu w stanie sporo za taką wiedzę zapłacić (poza krajowymi na pewno Waszyngton, być może też Moskwa). Dlatego Kacprzyk przynajmniej do wyborów będzie miał ochronę partyjno-sądową, ale niewykluczone, że (w obliczu potencjalnej zmiany rządu w przyszłym roku) wyjedzie za granicę, lub odwiedzi go seryjny samobójca, ale to już zależy od tego, jak bardzo „nowa” prokuratura będzie go dociskała. Do przyszłej jesieni ma spokój, a potem czas pokaże.
Donald Tusk i 4 etapy „zarządzania kryzysem”

Zarządzanie kryzysem, etap 1
Premier miał bardzo trudne zadanie, aby tym burdelem zarządzić, bo nie było jeszcze wiadomo jak wiele kompromitujących informacji wydostanie się do opinii publicznej i czy zostaną podchwycone przez „ulicę”. Politycy KO na dźwięk słów „Szpital Południowy” uciekali jak Usain Bolt. Na początkowy „przekaz dnia” wykonano więc niezbędne minimum, czyli po pierwsze 'doktryna Jakimowicza’ („jak złapią cię za rękę, to mów, że to nie twoja ręka”), po drugie- wymiana wszystkich ludzi, którzy mieli dostęp do dokumentacji w Szpitalu Południowym i wprowadzenie tam Stopczyków z filmu Psy niezależnych audytorów. Cały zarząd i rada nadzorcza Szpitala wylecieli ze stołków z prędkością światła (pomimo tego, że byli z KO, ale sprawa jest zbyt poważna, aby jakieś pociotki z partyjnych nizin miały dostęp do wrażliwych dokumentów). W podobnym tempie rozebrano pomieszczenie „saloniku VIP” i stwierdzono, że go „wcale nie było”. Najlepsze, że NIK jeszcze nie zdążyła zakończyć poprzedniego audytu Szpitala Południowego, a już kazano im rozpocząć kolejny. W „wolnych mediach” skąpo, ale jednak w krótkich materiałach informowano, że afery nie ma, a nawet jak, jest to zarząd szpitala już poniósł konsekwencje, z kolei Kacprzyk nie kradł, a nawet jak kradł to oddał. Ponadto standard, czyli „rosyjska dezinformacja”, „wina PiS”, respiratory, Ziobro, Obajtek, wybory kopertowe, Seicento, afera wizowa, pegasus, alfons i kibol. Eliza Michalik (ze stajni Giertycha) stwierdziła, że nikogo nie powinny interesować nieprawidłowości obecnego rządu, dopóki wszyscy PiSowcy (co do jednego) nie zostaną rozliczeni i skazani (po 2/3 upływu czasu kadencji rządu na razie wykonano 0% planu, więc trudno przypuszczać, aby możliwość rozpoczęcia rozliczeń KO z teorii Michalik kiedykolwiek mogła się rozpocząć). To było zrobione przez Tuska na początek. Potem było wyczekiwanie na ruch Patryka Słowika i portalu Zero, bo oni zapowiadali, że będą regularnie wypuszczać kolejne wątki. Rząd liczył, że nic ciekawego (poza „salonikiem VIP” i „fast trackiem”) już nie wypłynie, ponadto pokładano duże nadzieje w tym, że ludzie się „aferą szpitalną” przestaną interesować (było sporo wielkich afer, które z jakichś względów nie zainteresowały opinii publicznej, z kolei było też sporo „kapiszonów”, którymi żyła cała Polska, ale w dobie algorytmów i social-mediów bardzo trudno każdy 'viral’ przewidzieć, nawet mając w rękach aparat państwa i większości mediów). Był mundial, wakacje, fala upałów, liczono też, że może uda się wylansować jakiś news z zagranicy, aby przykryć temat szpitalny. Jak na złość- nic innego w Polsce i na świecie się wtedy nie działo, a 'afera szpitalna’ rozgościła się na dobre.
Zarządzanie kryzysem, etap 2
Faza wyczekiwania na rozwój sytuacji zakończyła się 24-go czerwca wieczorem, gdy w Kanale Zero pojawił się Emil Jędrzejewski, który wytoczył mocne zarzuty przeciwko Kacprzykowi i jego działaniom w Szpitalu Południowym. Prawdopodobnie wierchuszka KO bardzo dokładnie odsłuchała tej rozmowy i debata po jej zakończeniu była bardzo burzliwa. Dalsze „palenie Jana” i udawanie, że „nic się nie dzieje” nie wchodziło już w grę, trzeba było zająć stanowisko. W nocy ze środy na czwartek padła decyzja, dotycząca skoordynowanych działań. Była ona bardzo optymistyczna, tzn. masowy kontratak bez mocnych kart w ręku.
Konkretnie, uzgodniono, że Kacprzyka trzeba bronić za wszelką cenę (przydzielenie mu Duboisa jako pełnomocnika), Jędrzejewskiego trzeba zdyskredytować, a do telewizji wypuścić Arłukowicza, który będzie szczuć i oskarżać wszystkich, tylko nie KO.
Wywiad Stanowskiego z Jędrzejewskim (do dziś ma on 1,5 miliona wyświetleń, do tego półgodzinny skrót ma 1,1 miliona) odbył się w środę (24.06) wieczorem, skończył się około 22-23 godziny, czyli chirurg wrócił do domu pewnie przed północą. Już nazajutrz z samego rana miał on stawić się na zeznania w prokuraturze. Ten dziwny pośpiech miał dwa cele: ugodzić w wiarygodność chirurga oraz zakneblować mu usta. Najlepiej dla KO, aby zaskoczony Jędrzejewski w ogóle nie przyszedł do prokuratury (czyli pewnie mataczy), a wersja minimum (która ostatecznie miała miejsce) to przyjście do prokuratury nieprzygotowanym, gdzie otrzymał on zakaz opowiadania o szpitalnych nieprawidłowościach (utajnienie postępowania). Wszystko działało jak w szwajcarskim zegarku. Nazajutrz po wywiadzie Jędrzejewski stawił się (sam) w prokuraturze, tam już czekali na niego dziennikarze „wolnych mediów”, ewidentnie wrogo nastawieni i wywierający presję. Chirurg w prokuraturze stwierdził, że będzie odpowiadał na pytania prokuratora dopiero w towarzystwie pełnomocnika, a w ciągu jednej nocy niemożliwe było zorganizowanie takowego i jeszcze wprowadzenie go w szczegóły. Mimo to zostało Jędrzejewskiemu zadanych kilkadziesiąt pytań (chociaż powiedział wyraźnie, że nie będzie odpowiadał bez mecenasa). Chwilę później już zaczęła się zmasowana nagonka na Jędrzejewskiego, jako osoby „niewiarygodnej” i „nieodpowiadającej na pytania”. Sygnał dał sam premier na swoim oficjalnym koncie na Twitterze, wtórował mu „rzecznik” prokuratury Antoni Skiba, w ślad za nimi poszli inni politycy KO, na czele z Giertychem i jego przybudówkami internetowo-medialnymi, swoje trzy grosze dorzucili też „niezależni eksperci” w „wolnych mediach”.

Zatem w ciągu kilkunastu godzin (w tym noc, bo samych godzin 'roboczych’ było mniej, niż 8) rozpoczęto postępowanie, wybrano prokuratora, ułożono kilkadziesiąt pytań, wezwano chirurga na przesłuchanie (wcześniej w jakiś sposób dostarczając mu wezwanie w nocy), wydano werdykt na temat jego wiarygodności i zorganizowano skoordynowany „przekaz dnia”, rozpowszechniany przez prokuraturę, premiera, polityków i „wolne media”. Szkoda, że w sprawach Polnordu, Gawłowskiego, Grodzkiego czy Sławka Nowaka państwo nie działało w takim tempie. Przedstawiciele prokuratury ubolewali przy okazji, że sygnalista nie przyniósł ze sobą gotowego materiału dowodowego, tak, jakby to było jego zadaniem, a nie prokuratury (pewnie nawet, gdyby takie dowody przyniósł, to by je „analizowali” latami, aż do umorzenia, oczywiście wcześniej zakazując autorowi o tym mówić).
Strategia obronna: „bajkopisarz Jędrzejewski coś sobie ubzdurał, a w Szpitalu Południowym wszystko było wzorowo” i nagonka całego aparatu państwowego na sygnalistę przed złożeniem przez niego zeznań nie zyskała uznania społecznego, a wręcz przeciwnie. „Ulica” stanęła po stronie chirurga (oczywiście z wyjątkiem betonowego elektoratu KO). Tusk przestrzelił w swym optymizmie (zwłaszcza, że z innych źródeł wypływały kolejne wątki, np. z „czerwonym SORem” Kacprzyka, posłanką Pępek czy skandalach w prosektorium). Naczelna Izba Lekarska zajęła stanowisko typu: „może najpierw go przesłuchajcie i zweryfikujcie jego zeznania, zanim zaczniecie wyzywać go od kłamców?„. O milczącej akceptacji organizacji prawniczych chyba nie musze wspominać, bo to oczywista oczywistość. Sam Jędrzejewski (kilka dni później, już w towarzystwie pełnomocnika) ostatecznie złożył obszerne zeznania i od tego czasu szybkość działania prokuratury wróciła bo bazowej, czyli stała się odwrotnie proporcjonalna do szybkości początkowej. Minęły 2 tygodnie i sprawa stoi, oczywiście jest utajniona i sygnalista ma zakaz wypowiadania się w mediach. Skoro politycy KO przestali krytykować Jędrzejewskiego, a on sam nie został zamknięty za składanie fałszywych zeznań- można wywnioskować, że u Stanowskiego mówił prawdę, więc postępowanie trzeba było skręcić (Kacprzyk do dzisiaj nie został przesłuchany i nie wiadomo, czy w ogóle będzie).
Zarządzanie kryzysem, etap 3
Etap 3 rozpoczął się w piątek, 3-go lipca, prawdopodobnie rząd otrzymał jakieś wewnętrzne sondaże, z których wynikało, że tracą poparcie, a ich dotychczasowa strategia rżnięcia głupa jest nieefektywna. Wówczas nastąpiła częściowa zmiana wajchy. Ze stanowisk „ustąpiły” dwie wiceprezydent Warszawy. Rząd po ponad 2 tygodniach uznał, że afera szpitalna „jest”, a Donald w końcu się wściekł (lepiej późno, niż wcale). Tusk zorganizował konferencję prasową w parku. Tam (lekko wystraszony i wykrzywiony) opowiadał, że były nieprawidłowości i saloniki VIP (w liczbie mnogiej, kiedy wcześniej ponoć nie było ani jednego), mówił też kilkukrotnie o jakichś tajemniczych „zeszytach”, które trzeba ukrócić, co mnie lekko zdziwiło. Wszak słowo „zeszyty” wcześniej nie padało w kontekście afery. Zeszyt kojarzy się raczej z ludźmi biednymi, a nie bogatymi i wpływowymi. Śmierdzi to jakimś ruchem wyprzedzającym, prawdopodobnie Kanał Zero miał już gotowy materiał o szpitalnych zeszytach, ale Tusk rozbroił to wcześniej. Może Kacprzyk dla zabezpieczenia własnej dupy i potencjalnej własnej 60-tki jakiś zeszyt z kompromatami prowadził? Wszak miał na te wałki „first person perspective”. Mam nadzieję, że kiedyś się tego dowiemy. Tusk na owej konferencji zagroził minister zdrowia Sobierajskiej-Grendzie (tak, jakby Szpital Południowy był ministerialny, a nie samorządowy), że jeżeli do wtorku nie uzdrowi służby zdrowia, to wyleci ze stanowiska. Czyli dał jej 4 dni (w tym weekend) na to, co nie udało się jeszcze nikomu. W samych „100 konkretach na 100 dni” było kilka punktów o służbie zdrowia i rządowi przez 3 lata nie udało się kompletnie nic, a wręcz jest jeszcze gorzej, a to nagle jakaś nikomu nieznana „ministra” miałaby ogarnąć ten bajzel w 4 dni… We wtorek, po upłynięciu tych 4 dni nie stało się nic, 2 dni później pani „ministra” ogłosiła, że planuje wprowadzić maksymalne zarobki lekarzy (240zł/h) i maksymalny czas ich pracy (2 etaty), czyli żadnego remedium na sedno afery, którym są „saloniki” i fikcyjne godziny (bilokacja) lekarzy. Rzucono jedynie to, że lekarze mogliby zarabiać maksymalnie 80 tysięcy miesięcznie (2 etaty x 240zł/h, do tego nadal dalej mogliby „pracować” w dwóch miejscach o tej samej porze). 8 dyszek + prywatna praktyka, da się wyżyć. „Ministra” (na dzień dzisiejszy) zachowała stanowisko. Pewnie Tusk odwołałby ją już dawno, bo jej pozycja w rządzie jest zerowa, ona nawet nie jest członkiem KO, ale jej zatrudnienie było autorskim pomysłem premiera, więc wyrzucając ją- musiałby sam przyznać się do błędu. Przy okazji jeszcze wypłynęła informacja, że samo zatrudnienie „ministry” w zeszłym roku wiązało się z wypłatą kilkuset tysięcy złotych odszkodowania z publicznej kasy. Na tym etapie afera była już mocno przegrzana, w międzyczasie pojawiło się też wiele tematów zastępczych.
Zarządzanie kryzysem, etap 4
Mimo zejścia afery szpitalnej z nagłówków medialnych, czwarty i ostatni etap był bardzo ważny. Polegał on na wrzuceniu gówna w wentylator, aby afera nie została na trwałe zapamiętana jako „afera KO” (zwłaszcza u betonowego elektoratu). Dlatego na koniec skierowano ją na całkiem inne tory, mianowicie „zły system” i „łapczywi lekarze”. Ani słowa o Kacprzyku, zeznaniach Jędrzejewskiego, upolitycznieniu rad nadzorczych i zarządów szpitali, fałszowaniu grafików, tworzeniu fikcyjnych stanowisk dla niekompetentnych osób czy salonikach VIP. O jednej z głównych bolączek 'ochrony zdrowia’, czyli wizytach prywatnych (za pieniądze) u lekarza, który potem „w nagrodę” wrzuca pacjenta w dobre miejsce kolejki już w szpitalu publicznym- też ani słowa. Zamiast tego forsowano (dość skutecznie) tezę, że afera polega wyłącznie na wysokich (legalnych) zarobkach lekarzy, za co odpowiedzialny jest (a jakże!) PiS, bo Tusk przecież w polityce pojawił się wczoraj i wcale nie był premierem przez prawie 10 lat. Wylansowano nową aferę o „26 tysiącach za godzinę” dla spółki neurochirurgów 'Spine’ w szpitalu w Mogilnie oraz kilka podobnych historii o mniejszej skali. Zarzutów wobec spółki szczerze mówiąc nie rozumiem, przedłożyli szpitalowi ofertę (mocno nierynkową, ale chyba nie jest to zakazane). Jeden z grupy lekarzy miał coś wspólnego z PiS (przy czym nigdy nie był członkiem partii), więc z tej okazji nagłośniono temat. Według mnie winny jest przedstawiciel szpitala, który tą umowę zaakceptował (w dodatku bez konkursu), czyli pani Ewa Bonk-Woźniakiewicz. PiS twierdzi, że jest ona z KO, z kolei KO twierdzi, że jest ona z PiS. Studiując jej życiorys można zauważyć, że nigdy nie była w żadnej partii, ale z jedną i drugą żyła w zgodzie. Robiła karierę głównie w licznych instytucjach samorządowych na Pomorzu, gdzie PiS nie ma zbyt wiele do powiedzenia. Z kolei samorząd i reszta zarządu szpitala w Mogilnie to już oficjalnie KO i w mniejszej części Lewica, więc zwalanie sprawy na PiS jest chamskie, ale działa. Ważne, że aferę szpitalną udało się na koniec rozmyć i przekuć w klasyczną POPiSową nadupczankę, gdzie twarde elektoraty stoją murem za swoimi flagami. Etap nr4 to prawdę mówiąc jedyny, który rządowi się udał. Plusem końcowym jest to, że cały POPiS traci w najnowszych sondażach na rzecz Konfederacji i niezdecydowanych, o czym jeszcze napiszę niżej.
Rafał Trzaskowski

Osobną, jednoosobową „kategorią” polityków PO w tej sprawie jest Rafał Trzaskowski. On nie uprawia „doktryny Neumanna”, ostatnio zresztą w ogóle schował głowę w piasek i chce do mamy (czyli klasyka w stresowej sytuacji i kolejny dowód na to, że byłby fatalnym prezydentem Polski). Bążur to śmierdzący leń, który nie panuje nad miastem i podległymi mu jednostkami oraz dziesiątkami tysięcy osób, których jest formalnym przełożonym. On realnie „pracuje” kilka, może kilkanaście godzin w tygodniu, a jego „praca” wygląda tak, że lubi się pokazać na Paradzie Równości czy na eventach z „ludźmi kultury”, lubi przeciąć wstęgę, otworzyć stację metra czy pochwalić się, że „zbudował własnymi ręcami” szpital (zresztą właśnie ten Południowy). Jeżeli jednak chodzi o żmudną, codzienną robotę, to zwyczajnie nie chce mu się jej wykonywać, on nawet w radzie miasta nie ma swoich zaufanych ludzi (po 8 latach bycia prezydentem), bo mu się nie chciało takowych organizować. W odpowiedzi na porzuconą sferę- pod jego nosem utworzył się swego rodzaju bankietowo-towarzyski „deep state”, na którego czele nieformalnie zasiadł Marcin Kierwiński. Jest takie przysłowie, które idealnie pasuje do tej sytuacji: gdzie kota nie ma, tam myszy harcują. Same myszy mają tam eldorado, bo Warszawa z powodu konstrukcji polskiego systemu podatkowego (ogólnopolskie firmy płacą podatki tam, gdzie siedziba) jest miastem bardzo bogatym (mimo to zadłużonym i marnującym swój potencjał, wynikający z centralistycznego rozprowadzania podatków), które zatrudnia armię ludzi w miejskich spółkach. Znaczna część tych ludzi zatrudniana jest nie z powodu kompetencji, ale z powodu legitymacji partyjnej. Trzaskowski ma to w dupie, więc oddał bez walki zarządzanie „kadrowe” w licznych miejskich podmiotach. Na jego nieszczęście- teraz musi świecić oczami za błędy ludzi, których nawet nie znał.
Pomimo schowania głowy w piasek Trzaskowski musiał się chociaż częściowo zmierzyć z kryzysem, gdzie zanotował kilka spektakularnych wpadek. Najpierw na konferencji prasowej stwierdził, że „saloniku VIP formalnie nie było” 🙂 Mieli zawiesić nad wejściem wielki, podświetlony szyld: „Formalny salonik VIP Szpitala Południowego tylko dla polityków KO„, stworzyć stronę internetową i wizytówkę na google maps, to dopiero wtedy by się liczyło? Logiczne, że jak robisz wałek, to go nie formalizujesz. Przypomina mi się Korwin-Mikke i jego teoria, że Hitler nie wiedział o holokauście, bo nie ma na to żadnych formalnych dowodów.
Później okazało się, że Bążur już rok wcześniej miał kontakt z Emilem Jędrzejewskim, sam nakazał mu opisać sprawę nieprawidłowości w Szpitalu Południowym na WhatsAppie, a gdy otrzymał tam wiadomość- jedyną reakcją władzy było wyrzucenie chirurga z roboty i roszczenia finansowe szpitala wobec niego (pomimo tego, że Jędrzejewski zarabiał dla tego szpitala olbrzymie sumy). Teraz jeszcze Trzaskowski twierdzi, że WhatsApp nie jest oficjalnym kanałem komunikacji z prezydentem miasta, ale przecież sam mu kazał tam właśnie napisać. W sprawie innego sygnalisty (z ZDMu) Trzaskowski też kłamał, bo obiecał mu ochronę, a nic nie zrobiono poza wyrzuceniem go z pracy (w uzasadnieniu dyscyplinarki wpisano cytaty z jego zgłoszenia, które teoretycznie było 'tajne’). Oficjalna wersja prezydenta Warszawy na temat sygnałów od Emila Jędrzejewskiego to: „Jo niy wiedzioł! A nawet, jak żech wiedzioł, to on się ryncznie niy podpisoł!”.
Na początku lipca Trzaskowski poinformował, że dwie wiceprezydentki Warszawy: Renata Kaznowska i Aldona Machnowska-Góra „zrezygnowały” (same z siebie) ze swoich funkcji, przy czym pani Aldona w ogóle nie miała nic wspólnego z zarządzaniem szpitalami. Prawdopodobnie na te „dobrowolne odejścia” był nacisk z partyjnej centrali. Sam Trzaskowski paradoksalnie nic nie ryzykuje, bo odwołać z funkcji prezydenta miasta się go nie da bez referendum (które z góry wiadomo, że byłoby nieudane, bo warszawiacy to w większości stan umysłu), na kolejną kadencję ubiegać się nie może, w wyborach na prezydenta Polski też go już na pewno Tusk nie wystawi, bo dwa razy spektakularnie przegrał. Co Trzaskowski może stracić, trzymając się siłą stanowiska w ratuszu? Najwyżej gówno warty stołek wiceprzewodniczącego KO (bodajże jeden z trzynastu takowych). Do europarlamentu i tak go pewnie Tusk wystawi na „jedynce”, bo zdobędzie w stolicy bardzo dużo głosów dla całej partii, które pozwolą na wciągnięcie do Brukseli kilku dodatkowych KałO-wców. Ja bym na miejscu Trzaskowskiego pod koniec czerwca pojechał sobie na dwumiesięczne wakacje na narty lub nurkowanie z rekinami, a aferą niech martwią się inni.
W najlepszym dla Trzaskowskiego wariancie (tzn. takim, że w Warszawie rządzi Kierwiński, a nie prezydent miasta, który o niczym nie wiedział) dopuścił się on tzw. rażącego niedbalstwa, co w Polsce też jest teoretycznie karalne, z naciskiem na 'teoretycznie’, bo w praktyce nic mu nie grozi. Ciekawostka- w komisji wyborczej w Szpitalu Południowym (OKW nr1141) w ostatnich wyborach prezydenckich Trzaskowski dostał 59% głosów w 1-szej turze i 70% w drugiej.
Marcin Kierwiński

Jak pisałem wyżej- Kierwiński zza kulis rządzi Warszawą i ma tam większą realną władzę, niż Trzaskowski, zwłaszcza w sferze politycznych gierek i zatrudnień na samorządowych posadkach. Całkiem przypadkowo, żona 'Kierwy’ jest wybitną specjalistką w Kolejach Mazowieckich (zarobiła tam tylko w zeszłym roku 342.700zł). Silne umocowania rodzinne (ojciec to PRLowski generał) z pewnością nie przeszkadzają mu w karierze politycznej. Naturalnym i bardzo skutecznym ruchem w czyszczeniu atmosfery wokół 'afery szpitalnej’ byłoby więc wywalenie Kierwińskiego go na zbity ryj, ale Tusk nie może sobie na to pozwolić, bo to jego jedyny kumaty i robotny kapciowy. Inni kapciowi (Siemoniak, Joński ze Szczerbą, Brejza, Myrcha, Domański, Grabiec itp.) są znacznie mniej kumaci od Kierwińskiego, z kolei Giertych i Sikorski to nie kapciowi, bo grają na siebie i cechuje ich daleko idąca autonomia (zresztą pewnie to właśnie oni w przyszłości wywalą Tuska na emeryturę).
Rola „człowieka od wszystkiego” udowadnia, że jest on dla Tuska nie do zastąpienia, a jego ławka rezerwowych jest pusta. Wybory parlamentarne? Kierwiński na „jedynce”. Eurowybory? Również „jedynka”. Ledwie zdążył zorganizować sobie życie w Brukseli, a doszło do powodzi na Dolnym Śląsku. Co robi Tusk? Kurtka grozy i wezwanie Kierwińskiego do bazy oraz utworzenie mu dedykowanego, ministerialnego stanowiska „pełnomocnika do spraw odbudowy po powodzi”. Woda spłynęła, w międzyczasie zwolniło się miejsce na stanowisku szefa MSW. Kto je zajął? Pytanie retoryczne. Wszystko to w ciągu niespełna 3 ostatnich lat.
Teoretycznie, po jednoosobowej decyzji Tuska Kierwiński mógłby wylądować w urzędzie pracy, bo piastuje on stanowiska wyłącznie partyjne. Wprawdzie został posłem i potem europosłem, ale te wywalczone przez niego mandaty przejęli już inni politycy KO i 'Kierwa’ nie może im ich już odebrać. Pan Marcin może jednak spać spokojnie, bo Tusk bardzo go potrzebuje, więc obowiązuje go maksymalna 'doktryna Neumanna’ (zresztą już wcześniej odpalono ją w sprawie „pogłosu„). Gdyby 'Kierwa’ wyleciał z KO to partia (zwłaszcza warszawskie struktury) rozlazłaby się w szwach. Dlatego Kierwiński z jednej strony jest obciążeniem wizerunkowym dla partii i panuje duża presja społeczna, aby go wysłać na bambus, ale z drugiej strony- Tusk jest na niego skazany, więc musi go kryć. Wcześniej pozbył się z partii wielu dosyć profesjonalnych osób (Piskorski, Płażyński, Olechowski, Rokita i wielu innych), więc teraz do dyspozycji został mu tylko Kierwiński oraz banda „BMW”, z którymi nie chciałby nawet ubić muchy w kiblu. Gdyby Tusk zmuszony został do rzucenia na pożarcie jednej z dwóch osób: Kierwińskiego lub Trzaskowskiego- z pewnością wybrałby tę drugą opcję.
Małgorzata Pępek

W czasie apogeum 'afery szpitalnej’ wypłynęła sprawa Małgorzaty Pępek z KO, która jest posłanką tej partii nieprzerwanie od roku 2011. Nie było to bezpośrednio powiązane ze Szpitalem Południowym, ale wpisało się w ogólną sytuację. Okazało się, że w szpitalu w Żywcu dzięki swoim wpływom „skróciła” sobie oczekiwanie na badania z 2 lat do 3 tygodni. Problem w tym, że poddany presji szpital jest prywatny (ma umowę z NFZ, ale nie podlega pod samorząd). Właściciel poinformował posłankę, że w geście dobrej woli jednorazowo skróci jej kolejkę, ale żeby nie stawiała szpitala w podobnej sytuacji w przyszłości, bo to trochę głupio wygląda i naraża placówkę na konsekwencję. Oburzona posłanka w odpowiedzi zaczęła atakować szpital różnymi pismami i zarzutami. W historii z panią Pępek pojawił się też element z gatunku „Gang Olsena”. Mianowicie Patryk Słowik z Kanału Zero zadzwonił do posłanki spytać o szczegóły wdupczania się w kolejkę diagnostyczną, ona stwierdziła, że nie może teraz rozmawiać, ale oddzwoni później. Problem w tym, że nie rozłączyła się, tylko odłożyła telefon (z trwającym połączeniem) i spytała jakiegoś mężczyznę co ma robić w tej sytuacji, a on (całkiem rozsądnie) doradził, żeby do niczego się nie przyznawała. Zapytana później- kim był ten mężczyzna, odpowiedziała, że „przypadkowym petentem” 🙂 Klub KO zdecydował, że posłanka Pępek za wykorzystywanie wpływów do wepchnięcia się w kolejkę nie poniesie absolutnie żadnych konsekwencji.
Jacek Dubois i „postępowanie”
Jacek Dubois to mecenas, przed którym portkami trzęsą wszyscy sędziowie i prokuratorzy w Polsce. Ma on solidne „umocowanie” zarówno rodzinne, jak i polityczne. Był on pełnomocnikiem najznamienitszych „demokratów”, m.in. Jurka Owsiaka, Donalda Tuska, Janusza Palikota, Bronisława Komorowskiego, Rafała Trzaskowskiego, Beaty Sawickiej (w pamiętnej sprawie, gdzie się spłakała), Tomasza Mraza (na którego zeznaniach opierają się „rozliczenia” Zbigniewa Ziobry), reprezentował też członków mafii pruszkowskiej czy Austriaka, na którego zeznaniach stała cała (niedawno umorzona) sprawa „dwóch wież”. Jeśli chodzi o długość i jakość portfolio- Dubois nie ma sobie równych w Polsce. Pan Jacek nielicznych wywiadów udzielał do tej pory głównie w formie pisanej, z autoryzacją i poprawkami, natomiast wywiadów ustnych, w dodatku „na żywo” unikał (poza jakimiś krótkimi rozmówkami gdzieś po wyjściu z sali sądowej). Ostatnio jednak zrobił duży kurs po licznych studiach telewizyjnych i internetowych, także w „śniadaniówkach”, gdzie dał się poznać szerszej liczbie odbiorców.
Dubois został przydzielony Kacprzykowi jako pełnomocnik, co było wyraźnym sygnałem obozu Tuska, że „lekarzowi” nie może ze strony wymiaru „sprawiedliwości” spaść włos z głowy. Nie zrobiono tego jednak od razu, więc Kacprzyk zdążył jeszcze popełnić okrutnego babola w postaci odesłania pół bańki na konto szpitala (bez żadnego nakazu, wezwania czy wyroku). Ogólnie, obecność Duboisa w tej sprawie jest nieetyczna, bo broni on warszawskiego samorządu, od którego wcześniej brał mnóstwo dobrze płatnych zleceń. Jest też członkiem Trybunału Stanu z rekomendacji KO, czyli partii, której broni. Konflikt interesów i „bycie sędzią we własnej sprawie” jak byk, ale w „demokracji walczącej” nikt już się takimi detalami nie przejmuje.
Co powinni zrobić Kacprzyk z Duboisem, aby było dobrze? Kacprzyk idzie do piwnicy i nie pokazuje się publicznie przez kolejne miesiące, a Dubois do prokuratora na krótką rozmowę: „Wiesz kim jestem?” -Tak. „No to wiesz co masz robić”. I to by wystarczyło, Dubois też mógłby się potem schować. Tak się jednak nie stało, bo pan Dubois postanowił pobawić się w rzecznika prasowego swojego klienta. Trudno powiedzieć dlaczego, bo to od początku nie miało prawa się udać, być może miał jakieś niespełnione marzenia estradowe i na stare lata pozazdrościł sławy mecenasom-celebrytom z USA. Zaczął ostrożnie, bo wybierał zaprzyjaźnione redakcje, ale nawet tam jego wywiady wypadły po prostu kiepsko (np. ten w TVP w likwidacji u Justyny Dobrosz-Oracz, gdzie zapytany o nierealne godziny pracy Kacprzyka powiedział: „jak człowiek chce, to pracuje” i powiedział, że on się 16 godzin przygotowywał do tej rozmowy, ale przecież Kacprzyk „pracował” jeszcze dłużej i to codziennie, a nie jednorazowo). Z kolei w Polskim Radiu w likwidacji Dubois powiedział o Emilu Jędrzejewskim (jeszcze zanim w ogóle zdążył on złożyć zeznania w prokuraturze), że jego sygnały o szpitalnych nieprawidłowościach to: „kalumnie bez pokrycia i obrzydliwa mistyfikacja„.
Pan Jacek poczuł się tak pewnie, że wybrał się do… Roberta Mazurka i Kanału Zero, gdzie raczej nie zdobył sympatii widzów. Śliski typ, gawędziarz, lawirant, bajerant, anegdociarz, odwracacz kota ogonem, cynik i cwaniak. W celu wzbudzenia zaufania stosuje taktykę na „miłego dziadka”, kiedy naprawdę jest wilkiem w owczej skórze. W wielu względach Dubois przypomina mi (emerytowanego już) Aleksandra Smolara, czyli również „miłego dziadka”, umocowanego rodzinnie i systemowo, który zbudował „dobroczynne” imperium George Sorosa w Polsce. Dubois w kółko w sytuacji stresowej powtarza „na Boga”, czyli (zakładając, że jest religijny) notorycznie łamie drugie przykazanie. Najchętniej nie dopuściłby Mazurka do głosu i sam opowiadał niekończące się bajędy i dygresje. Widać, że nie jest przyzwyczajony, gdy ktoś inny mówi w jego towarzystwie, bo wszyscy powinni chłonąć miód z jego ust. Jego naturalnym środowiskiem jest, gdy on przemawia, a reszta pokornie milczy z podziwem. Na kluczowe pytania odpowiadał anegdotami, a przyciśnięty zasłaniał się tajemnicą adwokacką. Z tego wywiadu nie dowiedzieliśmy się kompletnie niczego o Kacprzyku i jego dokonaniach. Gdybym miał omawiać wszystkie jego wpadki- musiałbym napisać osobny, bardzo długi tekst. Przytoczę więc tylko trzy wypowiedzi. Na pytanie o godziny pracy Kacprzyka i jego „bilokację” (formalne przebywanie w kilku miejscach pracy w tym samym czasie) odpowiedział, że: „były to uzgodnione z ordynatorem wyjścia„. Czyli oficjalnie przyznał, że Kacprzyka nie było fizycznie w pracy w czasie, za który miał płacone niemałe wynagrodzenie. Wkopał więc nie tylko swojego klienta, ale przy okazji też ordynatora, z którym zawarto „uzgodnienie”. Czy gdyby Kacprzyk z ordynatorem uzgodnili, że ten pierwszy w ogóle może nie przychodzić do pracy, tylko pobierać tłuste przelewy za fikcyjne godziny wpisane w grafik, to też byłoby OK, bo przecież uzgodnili?
Drugie pytanie dotyczyło pół miliona złotych, które Kacprzyk w panice odesłał na konto szpitala. Było pewne, że Mazurek o to zapyta, więc powinien się na to przygotować, ale mimo to Dubois udzielił głupkowatej odpowiedzi-anegdoty: „Mi się kiedyś udało pomylić o kilka miliardów. To było przy okazji denominacji w latach 90. XX wieku. Wystawiłem fakturę, która była równoznaczna z ówczesnym budżetem kraju„. Ręce opadają, pomijam już chwalenie się własnym niechlujstwem i to, że budżet kraju w walucie, na którą on się machnął nie wynosił kilka miliardów, tylko kilkanaście bilionów, ale w końcu dalej nie wiemy dlaczego jego klient odesłał te pół bańki (pewnie się tego nigdy nie dowiemy). Mógł równie dobrze powiedzieć, że Kacprzyk odesłał tylko marne 5,50zł, bo tyle jest obecnie warte pół miliona kolumbijskich centavos.
Trzecia wypowiedź Duboisa dotyczyła Barbary Skrzypek, która zmarła niedługo po wielogodzinnym przewałkowaniu w prokuraturze bez pełnomocnika. Dubois 'przypadkiem’ był wtedy na sali. Zapytany, dlaczego nie zezwolono na udział pełnomocnika stwierdził, że zarówno on, jak i jego koleżanka, prokurator Wrzosek bardzo zabiegali o wpuszczenie tego pełnomocnika, ale jakiś nieokreślony „system” na to nie pozwolił (przy czym ostateczną decyzję o wywaleniu pełnomocnika z sali podjęła osobiście pani Wrzosek).
Być może takie butne zachowanie Duboisa podoba się 'silnym razem’, ale osobom neutralnym i chłodno nastawionym do rządu (o których toczy się gra w kontekście ważnych, przyszłorocznych wyborów) medialne występy Duboisa nie przypadły do gustu (mówiąc delikatnie), bo mało kto lubi, gdy ktoś „mocno ulokowany” śmieje mu się prosto w ryj. Po wizycie Duboisa u Mazurka ktoś „na górze” w końcu powiedział „dość”. W starych amerykańskich kreskówkach częstym motywem było pajacowanie na scenie, kiedy zza bocznej kurtyny wychodziła ręka z zakrzywionym uchwytem od parasolki, którym zdecydowanym ruchem zdejmowano (nieświadomego swej słabej dyspozycji) frontmana za kulisy. Mniej więcej taki manewr zastosowano z Duboisem, który po wizycie u Mazurka zakończył swoje intensywne, ale krótkie i zupełnie niepotrzebne medialne tournée. Palce mnie świerzbią, aby napisać coś więcej o moich odczuciach w stosunku do mecenasa, ale jednak publiczna szydera z osoby, przed którą staje na baczność cały polski „wymiar sprawiedliwości” nie jest rzeczą zbyt odpowiedzialną, więc z ostrożności wstrzymam się.
Słówko należy się prokuraturze i jej „postępowaniu”. Oni dobrze wiedzą, co mają robić (czyli grać na rozwleczenie i umorzenie) oraz za wszelką cenę dbać, aby jak najmniej informacji przedostało się do mediów i opinii publicznej (potem się niektórzy dziwią, że sygnaliści idą do mediów, a nie do prokuratury, skoro jedyne, co ona robi sprawnie to wydanie nakazu trzymania gęby na kłódkę). Być może po potencjalnej zmianie władzy sprawa ruszy z kopyta, ale raczej skłaniałbym się ku doktrynie Stanisława Michalkiewicza, według której PO i PiS kopią się co najwyżej po kostkach i poza populistycznym darciem ryja w mediach nigdy nawzajem nie zrobią sobie krzywdy (przynajmniej do tej pory krzywdy sobie nigdy nie zrobili, a ten fatalny duopol trwa już przy władzy grubo ponad 20 lat).
Emil Jędrzejewski

Emil Jędrzejewski to lekarz, który własnoręcznie przeprowadził wiele tysięcy zabiegów chirurgicznych (operował m.in. Sławka Nowaka czy wielu znanych sportowców). Pułkownik Wojska Polskiego. Był on wcześniej osobą kompletnie nieznaną publicznie, ale wszystko zmieniło się jednego wieczora, gdy pojawił się w Kanale Zero na wywiadzie, prowadzonym przez Krzysztofa Stanowskiego, o którym pisałem już wyżej kilkukrotnie, bo była to ważna część 'afery szpitalnej’. Po tymże wywiadzie rozpoczęła się zmasowana nagonka na pana Emila, polegająca na przedstawieniu go jako osoby niewiarygodnej. W tej „niewiarygodności” bazowano na 4 „argumentach”:
Po pierwsze alarmowano, że Jędrzejewski był w konflikcie z Kacprzykiem i Szpitalem Południowym, więc automatycznie jego zeznania są niewiarygodne. Przecież to tak głupie, że aż śmieszne. Wymiar sprawiedliwości na całym świecie od zarania dziejów polega właśnie na orzekaniu winy skonfliktowanych ze sobą osób lub podmiotów. Bez konfliktów aparat sądowniczy byłby (poza kilkoma wyjątkami) zupełnie niepotrzebny. To tak, jakby pobita przez męża żona zgłosiła pobicie, a orzecznik stwierdził, że jest niewiarygodna, bo małżonkowie byli w konflikcie.
Drugi, równie kretyński, ale często podnoszony jest zarzut, że Jędrzejewski ponoć chciał od Trzaskowskiego dostać działkę w Warszawie za darmo, aby tam postawić sobie prywatną klinikę (w spółce z Robertem Lewandowskim, który gdyby chciał to kupiłby sobie pół Warszawy), ale gdy spotkał się z odmową- zaczął się na Trzaskowskim mścić (co najlepsze, w wyborach prezydenckich Jędrzejewski, jak większość lekarzy- głosował na Trzaskowskiego, co oczywiście nie przeszkadza władzy łączyć go z PiS). Nawet uznając, że tak było (choć to znów tak głupie, że aż śmieszne) to nawet Kierwiński byłby w tej sytuacji bezradny. Gdyby politycy mogli „ot tak” rozdawać sobie działki za darmo, to pewnie w całym kraju nie byłoby już ani jednej samorządowej czy państwowej działki, bo wszystkie byłyby już dawno rozdane. Sam Jędrzejewski u Stanowskiego przyznał, że cała sprawa „darmowej działki” to bzdura, pewnie potwierdził to też w prokuraturze.
Trzeci „argument”, który miałby „udowodnić” brak wiarygodności Jędrzejewskiego to fakt, że po pierwszym, arcy-błyskawicznym wezwaniu do prokuratury odmówił on składania zeznań z uwagi na brak czasu w zorganizowaniu sobie usług pełnomocnika. Liczne komentarze były w stylu: „Jak taki mądry to niech zeznaje bez pełnomocnika, po co mu w ogóle pełnomocnik? Nie umie mówić? Na pewno coś ściemnia!„. Czym grozi brak pełnomocnika pokazał, daleko nie szukając Kacprzyk, który obsrał zbroję i odesłał pół bańki, po czym dostał „króla pełnomocników”. Trzaskowski do prokuratury chodzi nie z jednym ale z trzema prawnikami, ale Jędrzejewskiemu nie należy się ani jeden. Niech zeznaje sam, najlepiej na kolanach i zakuty w dyby.
Czwarty „argument” polegał na podważaniu wiarygodności chirurga z powodu faktu, że nie poszedł on do prokuratury. Problem w tym, że alarmował u wielu ludzi, ale został nie tylko olany, ale wręcz wywalony z roboty. Informował przełożonych, radę nadzorczą i zarząd szpitala, a gdy to zostało zignorowane- spróbował u wiceprezydent Kaznowskiej (też olewka), a na koniec napisał do Trzaskowskiego (olewka + dyscyplinarka). Gdyby (przed wizytą u Stanowskiego) poszedł do prokuratury to by nic nie dało, wszak to jedna i ta sama banda, a „życzliwi” pisaliby, że jest niewiarygodny, bo nie poszedł do proboszcza, rzecznika praw pacjenta i Wróżbity Macieja. W ustawie o sygnalistach brakuje więc podstawowej rzeczy, czyli długiej listy instytucji do których (co do jednej) należy się zgłosić, zanim (po olewce przez wszystkie) będzie można pójść do mediów bez posądzenia o brak wiarygodności. Powinien być też dopisek o tym, jak należy takie zgłoszenia poprawnie podpisywać (notarialnie? cyfrowo?), żeby jeden z drugim znowu nie mówili, że zgłoszenie odebrali, ale podpis był jakiś nie taki, więc zmuszeni byli zignorować te pisma. Oczywiście, gdyby Jędrzejewski poszedł do prokuratury, to ta zakazałaby mu pójścia do mediów i pewnie nigdy nie dowiedzielibyśmy się o rzeczach, o których mówił u Stanowskiego.
Zresztą była już taka osoba, która z mocnymi informacjami o przestępstwach warszawskiego samorządu chodziła od Annasza do Kajfasza- nazywała się Jolanta Brzeska (na koniec 'podpaliła się’), a jedyną osobą, ukaraną przez sąd w aferze reprywatyzacyjnej jest… Jan Śpiewak, który aferę nagłaśniał. Swoją drogą, w państwie prawa- wszyscy, którzy zostali poinformowani przez Jędrzejewskiego i nie zareagowali: powinni być pociągnięci do odpowiedzialności za zaniechanie, być może nawet współudział, ale w „demokracji warczącej” tak oczywiście nie będzie.
Zatem Jędrzejewski według strony rządowej jest niewiarygodny, bo: 1) był w konflikcie z Kacprzykiem, 2) rzekomo domagał się za darmo cennej działki od Trzaskowskiego, 3) chciał zeznawać w obecności pełnomocnika i 4) nie powiadomił wszystkich możliwych instytucji, ale tylko kilka. Dosyć słabe poszlaki jak na to, że cały aparat państwa, z premierem na czele już kilkanaście godzin (w tym połowa to noc) po wywiadzie u Stanowskiego zaczął stosować skoordynowany 'przekaz dnia’ o braku wiarygodności Jędrzejewskiego. Naturalną koleją rzeczy w internecie było przypominanie osób, które według rządu były nieskazitelnie wiarygodne. Najbardziej „postacią znaną” z tego wyborowego towarzystwa jest oczywiście Jacek Murański, który (podobno, bo nie wiadomo nawet, gdzie, kiedy i u kogo) oskarżył Karola Nawrockiego o sutenerstwo, oczywiście sprawa w prokuraturze stoi w miejscu od ponad roku, choć przed wyborami obiecywano priorytetowe jej wyjaśnienie i reklamowano ją jako „wierzchołek góry lodowej”. Innym „wiarygodnym” osobnikiem jest jakiś anonim, który założył darmową skrzynkę e-mail leszek.kraskowski.1967@proton.me i z niej wysłał pogróżki do komendanta policji. W efekcie Kraskowski spędził 4 tygodnie w areszcie wydobywczym (tyle czasu zajęło „śledczym” zorientowanie się, że Kraskowski używa poczty na gmailu, a nie na protonie). 'Dowcipnisie’, którzy w maju hurtowo wzywali służby ratunkowe do prywatnych domów polityków PiS też byli bardzo wiarygodni. Natomiast doświadczony chirurg, pułkownik, który pod własnym nazwiskiem przez wiele miesięcy próbował zwrócić uwagę władz na skandale szpitalne- wiarygodnym nie jest. Dubois nawet zapowiedział wytoczenie mu procesu karnego. Rządowa strategia z „brakiem wiarygodności” była mocno przestrzelona, Polacy w większości (może poza 'silnymi razem’) stanęli po stronie chirurga. Zresztą kilka dni później Jędrzejewski (już z pełnomocnikiem) złożył obszerne zeznania w prokuraturze, ale liczba komentarzy polityków i powiązanych z nimi „ekspertów” była odwrotnie proporcjonalna do liczby ich komentarzy po pierwszej wizycie chirurga w prokuraturze. Nagle opuszczono zasłonę milczenia na postać pana Emila, bo pewnie w prokuraturze opowiedział mrożące krew w żyłach historie, więc trzeba je było utajnić, a postępowanie skręcić. Od ponad 2 tygodni nie ma w mediach żadnej nowej wzmianki o Jędrzejewskim. Ciekawe co teraz robi i czy władza w jakiś nieoficjalny sposób próbuje się z nim kontaktować.
Łukasz Jankowski, prezes Naczelnej Izby Lekarskiej powiedział: „Z informacji, które posiadam, wynika, że przynajmniej część zarzutów, które stawia pan doktor, jest potwierdzona przez innych lekarzy, a do tego dochodzą jeszcze te zarzuty, które pojawiły się w tej chwili”.
Tak przy okazji, wychodzi jak na tacy, że ustawa o sygnalistach była dedykowana pod jedną, konkretną osobę, czyli Tomasza Mraza (kolejny na liście „wiarygodnych”), jednego z giermków Romana Giertycha. Z kolei próba skorzystania z tej ustawy w celu zaalarmowania o nieprawidłowościach środowisk, związanych z KO jest z góry skazana na niepowodzenie (poza Jędrzejewskim w podobnej sytuacji jest pracownik warszawskiego ZDM, który w nagrodę za alarmy o nieprawidłowościach otrzymał dyscyplinarkę, a także kilka innych osób).
Bartosz Arłukowicz

Jego kariera publiczna zaczęła się od reżyserowanego reality-show „Agent” emitowanego przez TVN, co pozwoliło mu na zyskanie popularności i wejście do polityki (najpierw SLD, potem klasyk, czyli przeskok do PO). Arłukowicz w czasie „pierwszego Tuska” miał swoje polityczne pięć minut (m.in. był ministrem zdrowia przez 4 lata), ale po roku 2015 jego znaczenie zmniejszyło się, nie pomógł powrót Tuska do władzy w 2023, bo jego pozycja w partii była słaba. Wraz z wybuchem 'afery szpitalnej’ wyczuł on okazję, aby spróbować wrócić do dużej gry. Prawdopodobnie ostrzy sobie zęby na stołek nowego ministra zdrowia, albo przynajmniej na umocnienie swej osoby w strukturach partyjnych, salonowo-towarzyskich i u „silnych razem”.
W ostatnim czasie Arłukowicz stał się medialnym bulterierem Donalda Tuska. Każda partia, bazująca na twardym elektoracie musi mieć taką osobę, a samo stanowisko bulteriera musi być rotacyjne, bo inaczej druga strona szybko zaczyna robić memy. Wcześniej tę rolę pełnili m.in. Stefan Niesiołowski, Janusz Palikot, Miś Kamiński, a ostatnie dwa wybory były dosyć fajtłapowate, czyli pan Szłapka oraz duet Joński-Szczerba. Kilka miesięcy temu w te buty wszedł Arłukowicz, kreując się na twardziela większego, niż Dolph Lundgren. Bardzo podobała mi się jego majowa wypowiedź w „aferze alarmowej”, kiedy jacyś 'dowcipnisie’ hurtowo wzywali straż pożarną i inne służby ratownicze do prywatnych domów osób, powiązanych z PiS (m.in. Kaczyńskiego, Nawrockiego, Sakiewicza czy Cenckiewicza). Arłukowicz zapytany, czy aby nie na wyrost jest wyważanie drzwi domów najważniejszych osób w państwie po którymś z kolei fejkowym zgłoszeniu i czy pretensje PiSu, że „wjazdy” są wyłącznie do domów osób z ich formacji, co ma znamiona prześladowania politycznego- odpowiedział mniej więcej coś takiego (piszę z pamięci, ale zachowując formę i sens): „Ja przez wiele lat pracowałem w ratownictwie medycznym, jeździłem karetką pogotowia na zgłoszenia. Nauczyłem się wtedy, że najważniejsze jest życie ludzkie. Jeżeli jest zgłoszenie o zagrożeniu życia lub zdrowia- trzeba stanowczo reagować od razu, nie zważając na inne okoliczności. Profesjonalny ratownik nie patrzy na to, do kogo należy dom i czy wypada wyważyć drzwi. On musi działać automatycznie, być nastawiony na ratowanie życia, nawet kosztem szkód materialnych. Dlatego stanowczo uważam, że interwencje te były uzasadnione. Gdybym sam był w podobnej sytuacji to zachowałbym się tak samo. I nieważne jest dla mnie, czy byłby to dom Nawrockiego, Kaczyńskiego, Błaszczaka…”. Po tym górnolotnym wstępie, aby cała wypowiedź miała sens- Arłukowicz powinien tutaj przytoczyć nazwiska polityków różnych formacji, a zwłaszcza swojej własnej. Pewnie dopiero wtedy się skapnął, że w tym patosie zapędził się w kozi róg, bo jeżeli w puencie wymieni nazwisko kogoś z rządu (a zwłaszcza słowo „Tusk”) to jego kariera zawodowa zatoczy koło i będzie musiał na stare lata powrócić do tej karetki. Dlatego wymienił jeszcze kilka innych nazwisk (wszystkie z PiSu) i zakończył wypowiedź 🙂 Cudowna, freudowska pomyłka. Zapytany, czy nietaktem nie jest prześladowanie opozycji politycznej i ich rodzin przez służby ratownicze powiedział, że „absolutnie nie”, bo on też by chętnie PiSowcom powyważał drzwi i powybijał szyby w oknach. Taka dygresja. Przy okazji, „afera ratownicza” to chyba jedyne, co „silni razem” dostali w prezencie od Tuska, Giertycha, Bodnara i Żurka w ramach ich upragnionych rozliczeń. Ziobro w USA, Romanowski na Bałkanach. Wąsik, Kamiński, ksiądz Olszewski, Matecki czy Kraskowski wypuszczeni, „dwie wieże” umorzone, nikt nie siedzi (a wręcz 'swoi’ ludzie jak Palikot, Banaś czy OMZRiK mają problemy z prokuraturą), rozliczeń PiS nie ma i nie będzie. Na otarcie łez „silniczki” dostały więc Sakiewicza w gaciach, jego asystentkę w kajdankach i powyważane przez strażaków drzwi w domach PiSowców, muszą się tymi obrazkami zadowolić.
Wróćmy do 'afery szpitalnej’, bo trochę odpłynąłem od tematu. Nabuzowany Arłukowicz od początku afery zaczął chodzić po wszystkich zaprzyjaźnionych telewizjach i w agresywnym tonie „przekonywać”, że „afery nie ma”. Na wzór legendarnego przemówienia Andrzeja Leppera zaczął rzucać poważne oskarżenia w formie pytań (ostrożność procesowa na wypadek zarzutów o pomówienie), głównie wobec Stanowskiego i Kanału Zero. Groził, że mają wszystko natychmiast ujawnić, bo w przeciwnym razie odpowiedzą za to karnie. Domagał się m.in. ujawnienia pełnej listy gości „saloniku VIP”, kiedy Słowik ze Stanowskim od razu mówili, że bardzo chętnie by to zrobili, gdyby wcześniej otrzymali gwarancję, że nie dostaną zarzutów złamania tajemnicy lekarskiej.
Jedną z najbardziej memicznych wypowiedzi Arłukowicza była odpowiedź w Kanale Zero na pytanie o robienie tomografii zmarłej osobie w Szpitalu Południowym, mianowicie pan Bartosz stwierdził (z poczuciem wyższości intelektualnej), że: „Tutenchamon miał robioną tomografię i dość dawno umarł„.
Na pytanie o Kacprzyka Arłukowicz odpowiedział, że go nie zna. Gdy okazało się, że osobiście rozdawał jego ulotki w kampanii samorządowej zmienił zdanie i stwierdził, że „niczego się nie wypiera”, tzn. jednak go zna, ale niezbyt dobrze i nie wiedział, że był lekarzem… Sam fakt, że Arłukowicz, który ma wiele zdjęć z Kacprzykiem został oddelegowany jako „bultelier” gaszący aferę szpitalną pokazuje, jak bardzo krótka ławka rezerwowych jest w obozie Tuska.
Afera w prosektorium

Afera w prosektorium Szpitala Południowego miała duży potencjał, ale pojawiła się w złym momencie, tzn. jako 'wątek poboczny’ afery szpitalnej, która była na tym etapie już mocno 'przegrzana’, a społeczeństwo nieco umęczone słuchaniem w kółko o jednej placówce. Gdyby temat prosektorium pojawił się osobno, w dowolnie innym czasie (np. rok, 5 lub 10 lat temu)- byłby znacznie głośniejszy i bardziej chłonny. Pod względem długości i wielowątkowości przypomina to trochę aferę podsłuchową „Sowa i przyjaciele” z 2014 roku. Ona również trwała długo i przez kilka tygodni wyskakiwała z przysłowiowej lodówki, przez co kolejne odtajniane taśmy mało kogo już interesowały, pomimo wielkiej wagi niektórych z nich. Ostatecznie zapamiętany został tylko najmniej istotny element, czyli ośmiorniczki, podczas gdy o najgrubszych wątkach niewielu już pamięta, choć z drugiej strony- afera taśmowa zapoczątkowała długą serię przegranych przez PO wyborów, co może być kolejnym podobieństwem do 'afery szpitalnej’.
W aferze prosektorium głównym czarnym charakterem jest pan Habowski, ekscentryczny 'koordynator’ (bezpartyjny), przy czym ktoś go tam zatrudnił i tolerował, co mimowolnie uderza w zarząd Szpitala Południowego i warszawski samorząd, któremu szpital ten podlega. Można odnieść wrażenie, że w tym konkretnym szpitalu mało co działało poprawnie, a w każdej szafie były poukrywane jakieś (głównie przysłowiowe) trupy, więc tym bardziej groteskowe było chwalenie się Trzaskowskiego wysoką jakością właśnie tej placówki w ubiegłorocznej kampanii wyborczej (udowadnia to po raz kolejny, że Trzaskowski kompletnie nie ogarnia, co się naprawdę dzieje w jego mieście). Legendarny, satyryczny program Wojciecha Manna (doktor) i Krzysztofa Materny (pielęgniarka Irenka) to nic w porównaniu ze Szpitalem Południowym. Afera w prosektorium przypomina „aferę łowców skór”, skrzyżowaną z serialem „Minuta Ciszy”. Skoro nawet Onet napisał, że w Szpitalu Południowym szef prosektorium oddawał mocz na zwłoki- musiało być grubo. Ponadto media informowały o handlu zwłokami i faworyzowaniu zaprzyjaźnionych zakładów pogrzebowych, nielegalnych opłatach za wydanie ciała i balsamowanie, fałszowaniu podpisów na kartach zgonu, publikowaniu zdjęć i filmików zwłok w social mediach i wielu innych nieprawidłowościach.
Na początku wydawało się, że 'afera szpitalna’ nie ma bezpośredniego związku się z aferą w prosektorium (poza tym, że działo się to w tym samym szpitalu i w tym samym czasie), ale najnowszy wątek (taśm koordynatora) już bezpośrednio łączy obie afery. Mianowicie na nagraniach mowa jest o pacjencie, który martwy przez 4 godziny przeleżał w toalecie, czyli prawdopodobnie o tej samej osobie, o której opowiadał Jędrzejewski u Stanowskiego (być może również był to „Tutanchamon” Arłukowicza, któremu zrobiono tomografię po śmierci). Na taśmach pada wiele wulgarnych, kompromitujących wypowiedzi typu: „karta zgonu jest tam zrobiona, tylko jest spier****na, bo co oni mieli tam wpisać”.
W wyniku ujawnienia afery koordynator prosektorium został zwolniony, a postępowanie wyjaśniające rozpoczęły „niezależne organy” jak prokuratura czy CBA. Na pewno szybko, jak zawsze- wyjaśnią wszystko „do spodu”. Na razie w błyskawicznym tempie przesłuchano technika, który ujawnił nagrania, oczywiście ich wiarygodność jest przez organy państwowe podważana.
Kanał i portal Zero

Już wielokrotnie i od dawna pisałem o Krzysztofie Stanowskim, wróżąc mu wielką karierę, zanim stał się sławny. W ostatnich miesiącach wciągnął nosem cały polski rynek medialny i stał się bezapelacyjnie nazwiskiem numer jeden w tej branży. Dlaczego tak się stało? To tak, jak z zaćmieniem słońca. Muszą jednocześnie wystąpić 3 warunki, tzn. ziemia, księżyc i słońce muszą znaleźć się w jednej linii, a wówczas efekt jest piorunujący. Podobnie było ze Stanowskim. Pierwszy czynnik to jego warsztat dziennikarski. Zaczął bardzo młodo, miał od kogo się uczyć (m.in. genialny Paweł Zarzeczny) i doszedł do perfekcji w formułowaniu ciekawych i błyskotliwych myśli (najpierw w formie pisanej, potem mówionej). Dzisiaj widząc, że Stanowski nagrał filmik- od razu wiadomo, że będzie ciekawy (nie wchodzą w grę clickbaitowe flaki z olejem). Drugi czynnik to „nos”, który u Stanowskiego jest perfekcyjny. Doskonale „czuje” on rynek medialny i potrafi dobierać sobie współpracowników, np. prawie cała współczesna publicystyka piłkarska to 30-kilku latkowie, którzy na jakimś etapie zostali zatrudnieni lub promowani przez Stanowskiego. Ćwiąkała, Rokuszewski, Paczul, Mietczyński, Piela, Milewski, Olkiewicz i wiele innych „odkryć” Stanowskiego robią dzisiaj duże, często samodzielne kariery na Youtube i w mediach tradycyjnych. Gdy dziady „kiedyś to było” pokroju Hajty czy Koseckiego odejdą na emeryturę- w branży zostaną głównie osoby, którym Stanowski kiedyś dał „wędkę” (pomimo tego, że on sam już jakiś czas temu oddalił się od dziennikarstwa sportowego). Zatrudnienie Roberta Mazurka też było strzałem w dziesiątkę, a ostatnie nabytki portalu Zero (Sroczyński, Słowik) również bardzo dobrze rokują. Trzeci czynnik sukcesu Stanowskiego to… szczęście. Polskojęzyczni giganci medialni w ostatnich latach rozeszli się na dwie strony (jak Morze Czerwone na widok Mojżesza), stając się partyjnymi przybudówkami. Na środku zostało wielkie, niezagospodarowane pole „klasycznego” dziennikarstwa, co bezlitośnie wykorzystał Stanowski. Wszedł on na rynek tak samo, jak Kierwiński do warszawskiego ratusza, albo jak Armia Czerwona do porzuconego sklepu rowerowego. To tak, jakby wszystkie restauracje w Polsce same z siebie przestały serwować mięso. Stanowski po prostu wziął to, co zostało porzucone i leżało odłogiem. Nie trzeba było nawet walczyć z konkurencją, bo ona sama się ewakuowała, zostawiając róg obfitości. Np. długi wywiad z kimś to nie jest nowy wynalazek. Tymczasem ta forma z „klasycznych” mediów w ostatnim czasie całkiem zniknęła. Przyszedł więc Stanowski, zrobił (jeszcze w Kanale Sportowym) rekordowe wywiady z Najmanem, Jasiem Kapelą, Sidneyem Polakiem czy Michniewiczem, a już w Kanale Zero z każdym kandydatem na prezydenta oraz ostatnio z chirurgiem Jędrzejewskim. Widownia wielomilionowa. Tymczasem w „klasycznych” mediach mieliśmy w tym czasie albo lizanie dupy zaprzyjaźnionym politykom, albo „pluralistyczną” nadupczankę typu Gozdyra lub Grochal, gdzie przy stole siedzi 6 osób i wszystkie jednocześnie drą ryja, a najgłośniej prowadząca. W mediach „klasycznych” nie ma w ogóle wyrazistych, ciekawych postaci, zamiast tego mamy dziennikarzy z kijem w dupie. Są tam albo nudziarze (Olejnik, Sekielski, Węglarczyk, Semka, Lisicki), albo hejterzy (Czuchnowski, Wieliński, Wysocka-Schnepf, Rachoń, Sakiewicz), albo też człekokształtne roboty, oparte na AI (Arleta Zalewska), oczywiście wszyscy z jawnymi sympatiami politycznymi. Idź pan w chuj z taką publicystyką!
Rząd i klasyczne media zachowują się jak pies ogrodnika. Czyli sami oddali rynek, ale teraz atakują personalnie Stanowskiego, bo ośmielił się przejąć po nich schedę. Jako, że na Stanowskiego nie ma nic grubego (choć pewnie jest ostro zinwigilowany), więc pomówienia są klasyczne, tzn. ruska onuca, faszysta, mizogin, przemocowiec czy rzekomy rzekomy reklamodawca Zonda Crypto. Zgodnie z „doktryną Neumanna” Stanowski wpychany jest na siłę w łapy PiSu (podobnie jak wcześniej Kukiz, Hołownia czy Robert Górski, który w „Uchu prezesa” ośmielił się wprowadzić także polityków ówczesnej opozycji). Od kilku miesięcy najpopularniejszym „żartem” wśród „demokratów” i „elit” jest powiedzenie, że Stanowski, szef kanału Zero to jedno wielkie ZERO 🙂 (karuzela śmiechu i zerwane boki, leżące na podłodze). Władza pewnie chętnie zrobiłaby mu Litewkę czy Wójcikowskiego, ale to byłoby (nawet jak na nich) zbyt jawne i grube posunięcie, co przyniosłoby skutek odwrotny do zamierzonego. Dlatego zostaje im hejt, pomówienia i tanie złośliwości, podchwytywane co najwyżej przez 'silnych razem’. Ostatnio raper Tede wyznał, że samorządy opanowane przez KO utrudniają mu organizację koncertów, bo ma program w Kanale Zero.

Kanał na Youtube wystartował 2 lata temu, pół roku temu dorzucono telewizję (która nadal nie jest wpuszczona przez Vectrę i Play/UPC oraz na nadajniki naziemne), a w lutym odpalono portal internetowy (bez clickbaitów, tanich skandali i dziesiątek uciążliwych reklam). Wszystkie te segmenty imperium Stanowskiego rozwijają się szybko. Czemu o tym piszę? Według mnie, gdyby nie Kanał Zero to 'afera szpitalna’ albo w ogóle nie zostałaby ujawniona, albo ewentualnie byłaby opiłowana bardziej, niż katolicy w marzeniach Nitrasa. To właśnie Kanał i Portal Zero był czołowym ośrodkiem nadawczym o 'aferze szpitalnej’, cała reszta mediów tylko te informacje przerabiała i przeżuwała z opóźnieniem, często pod partyjny przekaz. Konkretnie, najgłośniejsze artykuły były autorstwa Patryka Słowika i Jakuba Styczyńskiego, do tego dochodzi głośny wywiad z Emilem Jędrzejewskim. Inne redakcje od jakiegoś czasu zaczynają dzień pracy od wejścia na portal Zero i sprawdzenia, czy jest tam coś ciekawego, co można by skopiować i opisać własnymi słowami. Równie dobrze mogłaby to robić sztuczna inteligencja. Media tradycyjne zostały obnażone i ośmieszone przez Stanowskiego. Jedynym ich kapitałem są widzowie/czytelnicy „z przyzwyczajenia” (na ogół emeryci) oraz dotacje z publicznych środków. Bez tych dwóch rzeczy mogliby albo zwijać interes, albo się z powrotem próbować kontr-reformować w kierunku dziennikarskich korzeni.
Przypomniał mi się kultowy filmik z Leszkiem Millerem i „trójką muszkieterów” Lewicy. Tam muszkieterowie mówią, że Miller stracił wyczucie i powinien udać się na emeryturę, że dziad już kompletnie nic nie ogarnia, po czym otwierają się drzwi, wychodzi Miller i pyta: „idziecie?”, a muszkieterowie grzecznie: „idziemy, idziemy!” Podobny filmik można by nagrać z mediami. Trójka „muszkieterów” (TVN, Gazeta Wyborcza i Springery) mówią, że Stanowski to debil, Dyzma, populista, prymityw i hejter, nagle otwierają się drzwi, wychodzi Stanowski i pyta: „Idziecie? Właśnie na moim portalu pojawił się nowy tekst Patryka Słowika”, a muszkieterowie: „idziemy, idziemy!”
Inne media

Media prorządowe typu TVN, TVP w likwidacji, Gazeta Wyborcza, Onet, Fakt, Newsweek, Polityka itp. w momencie wybuchu 'afery szpitalnej’ miały do wyboru- albo twardo stanąć po stronie rządu (doktryna Neumanna), albo wrócić do klasycznego dziennikarstwa i spróbować zawalczyć o odbiorcę na wolnym rynku- czas pokazał, że wybrały opcję numer 1. Wprawdzie były tam też artykuły i programy nieco krytyczne, ale głównie relatywizujące aferę (spłycanie jej do 'pewnych nieprawidłowości i uchybień’, czemu towarzyszyło intensywne przypominanie wielokrotnie przewałkowanych już wcześniej afer PiS sprzed wielu lat). Z takim podejściem media klakierskie może dostaną jakieś granty i reklamy spółek skarbu państwa, ale kolejnych klientów zabierze im Stanowski, bo ludziom coraz mniej chce się poświęcać czas na tego typu treści, a nasycenie podmiotów na „liberalnym” rynku medialnym jest gigantyczne (gdy 10 redakcji pisze/mówi dokładnie te same bzdury, to wystarczy zapoznać się z jedną relacją, a najlepiej z żadną). Poza Stanowskim, spośród dużych graczy klasyczne dziennikarstwo próbuje uprawiać też Wirtualna Polska oraz media Solorza (Polsat i Interia), częściowo też niektórzy pracownicy Radia ZET, Rzeczpospolitej i Super Expressu.
Negatywnie w sprawie afery szpitalnej zaprezentowała się Dominika Wielowieyska z Gazety Wyborczej. Wprawdzie zawsze była mocno umocowana politycznie po wiadomej stronie, ale do tej pory, na tle swoich redakcyjnych, szalonych kolegów (najtwardszych „jebaćpisów”) pokroju Czuchnowskiego, Wielińskiego, Kublikowej, Maziarskiego czy Jarosława Kurskiego- akurat Wielowieyska prezentowała się dosyć przyzwoicie. Tymczasem w 'aferze szpitalnej’ została jedną z najbardziej zaangażowanych funkcjonariuszek w przekonywaniu, że „afery nie ma, a nawet jak jest, to wina PiS”. Nie wiem czy dostała jakąś premię, czy tak sama z siebie postanowiła zrobić z gęby cholewę, ale swoim postępowaniem zawiodła wielu ludzi.
Od dłuższego czasu uważam, że mój ulubiony kabareciarz Jan Piński niczym mnie już nie jest w stanie zaskoczyć, ale nagle wyskakuje sam zainteresowany i mówi: „potrzymaj mi piwo”. Mianowicie zaczął szydzić z tego, że Emil Jędrzejewski obawia się o los swój i rodziny. Normalnie, boki zrywać. Facet, który rozpętał burzę, któremu osobiście groził premier i jego liczni podwładni, a także rzecznik prokuratury, media i „niezależni eksperci” boi się o rodzinę. Przecież nie ma ku temu żadnych powodów! Gdyby te 'heheszki’ napisał ktoś inny, to pół biedy, ale napisał to Piński, który twierdzi, że służby specjalne (swojego ukochanego rządu) w przebraniu kominiarzy chciały go siłą wywieźć do psychiatryka, że ma podsłuchy w bateriach sprzętów domowych, że ma w telefonie pegasusy, hermesy i predatory i że pod jego oknami stoi tuzin samochodów szpiegowskich, które inwigilują jego router tak bardzo, że nie zostaje już transferu na prowadzenie transmisji live (musi im dopiero poświecić latarką po tych samochodach, aby odstąpili mu kilka mb/s z jego własnego łącza). No i on śmieszkuje, że Jędrzejewski ma obawy. Być może jest zazdrosny, bo chciałby mieć monopol na bycie ofiarą. Ci kominiarze to jednak zrobiliby dobry uczynek samemu zainteresowanemu.
PiS

Osobny akapit należy się PiSowi, bo ich działania w tej aferze to coś pomiędzy głupotą, a sabotażem. Najpierw, w kluczowym, początkowym momencie afery- w swojej bańce (Sakiewicz/Karnowscy) ostro lansowali inną, typowo odgórną i źle zorganizowaną „aferę” z Bąkiewiczem, którego „pobili Niemcy” (nawet w mediach KODziarskich było wtedy więcej Kacprzyka, niż w mediach PiSowskich). Bąkiewicz i kilku jego towarzyszy postanowili w czerwcu zainstalować w Berlinie wielki krzyż, w sąsiedztwie słynnego głazu, obok „z tragarzami” przechodzili reporterzy Republiki. Oczywiście miejscowa policja nie zgodziła się na squatting i samowolkę budowlaną, więc po bezowocnych negocjacjach doszło do przepychanki, którą bardzo wyolbrzymiały media PiSu (coś jak z rzekomą brutalną pacyfikacją „strajku kobiet”, tylko w drugą stronę). W Republice i Niezależnej.pl był to główny temat w czerwonych ramkach, a rozpoczynająca się afera szpitalna była wówczas ledwo zauważalna. Później PiSowcy, gdy w końcu zorientowali się, że przykrywają Bąkiewiczem znacznie większą (i politycznie korzystniejszą dla siebie) aferę- zrobili zwrot przez rufę, czyli zaczęli aferę szpitalną przegrzewać (co trwa do dziś). Zamiast skupiać się na eksponowaniu konkretnych patologii Szpitala Południowego- szybko w PiSie zaczęło się walenie maczugą na oślep, nawoływania do delegalizacji KO czy dymisji rządu (co nie dość, że nie ma szans powodzenia, to jeszcze mobilizuje 'silnych razem’), było też rzucanie haseł o „doktorze Mengele” i „Pavulonie”. Idealne odwracanie uwagi od sedna. Gdyby PiSowcy nic nie robili, pozwalając działać innym to wyszliby na tym znacznie lepiej.
Obecne media PiSowskie (Sakiewicz, Karnowscy) to jeden wielki szajs i żenada. Nawet, gdybym był wyborcą PiS to bym tego nie oglądał (tu mógłby być popularny mem z murzynem, który stoi za drzewem i zaciera ręce, z gębą Stanowskiego). TVP Kurskiego była jaka była, ale to co jest teraz- leży jeszcze 3 poziomy niżej. Chyba jedyne, co da się oglądać w mediach PiS bez ryzyka utraty IQ to „Codziennie burza” Pana Kożuszka, cała reszta to uwłaczanie ludzkiej inteligencji. Tu chyba są w stanie pomóc tylko Amerykanie, otwierając filię Fox News i przywożąc tu swój „know how”.
Dokładnie odwrotnie niż PiS w obliczu afery szpitalnej zachował się… Jaś Kapela. Pracownik Sorosa, Krytyki Politycznej i Agory, beneficjent rządowych grantów teoretycznie powinien bronić swoich chlebodawców, ale zamiast tego NAGRAŁ COŚ TAKIEGO (to chyba pierwsza rzecz, która mu się w życiu udała).
Przybudówki rządowe

Bardzo ciekawa była reakcja tuskowych przybudówek, czyli SLD i PSL + planktonu. One od początku mocno zdystansowały się od KO. Lewica na sesji rady miasta Warszawa zagłosowała nawet przeciwko absolutorium dla Trzaskowskiego. Sam Czarzasty w budynku sejmowym stwierdził, że ma w marynarce przypinkę w kształcie ptaka, powiedział też że to słowik i dał mu na imię Patryk (czyli tak, jak dziennikarz portalu Zero Patryk Słowik, który ujawnił najwięcej informacji z 'afery szpitalnej’). Politycy byłej Trzeciej Nogi (PSL i PL2025) również nie zamierzali stawać murem za główną partią rządzącą. Tusk dostał więc jasny przekaz od przybudówek- radź pan sobie sam, bo to nie nasza afera. Pewnie mocno zabiegał o ich wsparcie, ale spotkał się z odmową (przybudówki miały mocne karty w ręku, tzn. nie dostały żadnych stołków w Szpitalu Południowym, bo wszyscy byli tam z KO, więc czemu teraz mają nadstawiać karku?). Pokazuje to jednak nadchodzący wiatr zmian, nawet najkorzystniejsze dla rządu sondaże nie dają im szans na kolejną kadencję (zresztą głównie dzięki spadkom poparcia Trzeciej Nogi, w wyborach w 2023 mieli 14,4%, teraz PSL balansuje na granicy progu, a Pl2050/Centrum ma poparcie w granicach błędu statystycznego). Przybudówki zdają sobie sprawę, że trzymając się spódnicy Tuska mają niewiele do zyskania, w najlepszym przypadku będzie to wciągnięcie kilku najpopularniejszych osób na listy KO i wejście do sejmu w roli opozycji.
Osobną kategorią jest Partia Razem (która tworzyła rząd, ale z niego później wyszła), zwłaszcza jej szef Zandberg, który już od dłuższego czasu mocno punktuje rząd, a wobec „afery szpitalnej” jest nie mniej krytyczny od PiSu czy Konfederacji.
Wpływ afery i przyszłość KO

’Afera szpitalna’ będzie nieco inaczej postrzegana i zapamiętana, niż inne afery, bo dotyka bezpośrednio zwykłych ludzi, tłoczących się w medycznych poczekalniach. W przypadku innych afer wystarczy, aby media przestały o tym mówić, a ludzie szybko zapomną, bo wpływ afery na ich życie codzienne jest albo żaden („dwie wieże”, Seicento), albo uderzy z dużym opóźnieniem (jak np. deficyt, SAFE, KPO, ETS2). Tutaj jest inaczej, bo ma miejsce zjawisko „towarzyszy niedoli”. Polega ono na łatwym nawiązywaniu kontaktów pomiędzy przypadkowymi osobami, które akurat mają ten sam problem. Np. gdy grupka ludzi czeka na autobus na przystanku, ale autobus nie przyjeżdża. Kwestią sekund jest rozpoczęcie debaty: „Może już pojechał?”, „A może wypadł i nie przyjedzie?”, „Spokojnie, przyjedzie, ale się spóźni, wczoraj też tak było!”. Ludzie nawiązują krótkie relacje, łączą się ze sobą „w bulu i nadzieji”, ale rozmawiają tylko i wyłącznie o wspólnym problemie, po czym każdy rozchodzi się w swoją stronę, jednak niesmak po problemie pozostaje (zwłaszcza, gdy trzeba będzie znowu pójść na ten przystanek).
To samo jest w medycznych poczekalniach podległych pod NFZ, które są absurdalnie zatłoczone, mam wrażenie że z roku na rok coraz bardziej. Ja jestem weteranem takich miejsc, od czasu Covidu samych tomografii miałem robionych 12, do tego 3 przyjęcia na oddział szpitalny (zresztą w sąsiednim do Szpitala Południowego Narodowym Instytucie Onkologii), niezliczone wizyty lekarskie, kilka razy na SOR. Wszędzie jest to samo, czyli czekanie. Nie dość, że na sam termin trzeba zazwyczaj długo czekać, to w umówionym dniu po przyjściu na miejsce- trzeba (już osobiście, tracąc cenny czas) znowu czekać. Szczęściarze mogą usiąść, ale nie dla wszystkich starczy miejsc. Mniej szczęśliwi mogą stanąć pod ścianą, ale tam też miejsca są ograniczone, więc reszta hołoty stoi albo w przejściu, gdzie co chwilę muszą się z kimś przepychać, albo stanąć gdzieś za rogiem, ale ryzykując, że nie usłyszą, gdy ich nazwisko zostanie wywołane i kolejka im przepadnie (na szczęście sukcesywnie wprowadzane są bilety z numerkami i wywoływanie przez głośniki). W poczekalniach na ogół panuje gwar, właśnie na zasadę „towarzyszy niedoli„. Nikt nie rozmawia o sporcie, muzyce czy filmie. Wszyscy rozmawiają o służbie zdrowia, długim czekaniu, narzekają na personel i kiepską organizację placówki. 'Afera szpitalna’ w takich warunkach jest wręcz idealnym tematem do rozmów i będzie tak nawet wtedy, gdy media już przestaną o niej mówić, może nawet afera zostanie w takich miejscach na lata. Już wcześniej atmosfera w NFZ-owskich poczekalniach była napięta, jak plandeka na Żuku, a teraz pewnie jest jeszcze dwa razy gorsza, bo ludzie na konkretnych przykładach dowiedzieli się, jak to działa od drugiej strony i dlaczego muszą tyle czekać na diagnostykę i wizytę u lekarza. Pewnie w każdej sekundzie w godzinach pracy ktoś w którejś polskiej poczekalni mówi: „Gdzie się pani pcha do kolejki? Salonik VIP piętro wyżej!„, albo „Tyle zarabiają, a nawet punktualnie do roboty nie umieją przyjść!„.
Afera ugodzi w KO (przystawki się zdystansowały), zresztą już wcześniej sondaże nie dawały szans na przedłużenie kadencji obecnego układu rządowego, a ich poparcie spada i pewnie to nie koniec, bo sondaże publikowane są z opóźnieniem. Być może wypłyną jeszcze kolejne wątki afery, np. lista nazwisk „saloniku VIP”. Wczoraj media poinformowały, że w przychodni w Piasecznie także funkcjonował salonik i 'szybka ścieżka’ dla polityków KO. Tusk już powoli może przygotowywać się do tego, co jego partia potrafi najlepiej, czyli opozycji totalnej. Nastroje w partii są kiepskie.
Strategia obronna partii wobec afery była mało udana. Wydaje mi się, że rżnięcie głupa do samego końca i udawanie że afery „nie ma” byłoby (pod względem stricte politycznym) lepsze od tego, co ostatecznie zrobiono, czyli przyznano się do 'saloników’ i innych nieprawidłowości, ale zwolniono ze stanowisk tylko jakichś samorządowych randomów, którzy pewnie po wakacjach magicznie odnajdą się w zarządach jakichś innych warszawskich spółek. Rozpaczliwa próba zrzucenia winy na środowisko lekarskie nie pomoże Tuskowi w wyborach, bo personel medyczny (obok nauczycieli, urzędników i osób osadzonych w zakładach karnych) to naturalny elektorat KO, a teraz pewnie część z nich (i ich rodzin) uniesie się honorem i na nich więcej nie zagłosuje. Obecnie zarówno twardy, jak i miękki elektorat KO jest niezadowolony i istnieje groźba, że w przyszłym roku część z nich albo nie zagłosuje w ogóle, albo wręcz zagłosują na kogoś innego. Oczywiście najlepsza byłaby zdecydowana reakcja Tuska (jak w aferze hazardowej), ale to od początku nie wchodziło w grę. Konkretnie, odstrzelenie 4 osób (Kacprzyk, Kierwiński, Trzaskowski i Grenda) załatwiłoby temat, ale żadnej z tych osób nie dało się „ot tak” odpalić. Widok Kacprzyka w kajdankach, podążającego do aresztu byłby ratunkiem dla sondaży, ale ten ma pewnie grube kwity na klientów „saloniku”, więc trzeba było go ratować, a nie wystawiać na lincz. Dymisja Kierwińskiego też by bardzo pomogła wizerunkowo, ale wtedy Tusk straciłby swojego najważniejszego przybocznego, a warszawskie struktury partyjne rozlazłyby się jak stare gacie. Rezygnacja Trzaskowskiego również byłaby zbawienna, ale on sam musiałby się na to zgodzić, a najwyraźniej miał inne plany. Częściowo pomogłaby też dymisja „ministry” zdrowia, ale jest to autorski wynalazek Tuska, więc tym ruchem podkopałby swój własny autorytet, a już teraz nie jest z tym najlepiej (najtwardszy elektorat coraz śmielej wysyła go na emeryturę i domaga się przejęcia partii przez Giertycha).

Od momentu wybuchu afery pojawiło się kilka sondaży partyjnych. Najnowsze są bezlitosne dla KO, ale też, co ciekawe- dla PiSu. Cały POPiS leci w dół (chyba nigdy nie był aż tak słaby), zyskują Konfederacje oraz „niezdecydowani”, a przystawki tuskowe stoją w miejscu, co jest bardzo dobrym prognostykiem dla Polski. Oczywiście można było liczyć na większe spadki KO (w krajach typu Dania czy Norwegia taka afera momentalnie wywaliłaby cały rząd w kosmos), ale przy obecnej polaryzacji to i tak spore zmiany, bo większość elektoratu POPiS to „beton”. Praktycznie w każdym nowym sondażu obie Konfederacje mają razem więcej procent poparcia, niż PiS. W sondażu CBOS z 6-8.07 (gdzie trudno przypuszczać, aby rządowa agencja dodawała punktów opozycji) KO ma 29,9%, PiS 23,6%, Konfederacja 18,7% (!!!), Korona 9,6% i Lewica 6,2%, reszta poniżej progu. Gdyby tak samo było w wyborach, to PiS z Konfederacją (bez Korony) mieliby większość sejmową (136+97, czyli 233 mandaty), a obecny rząd raptem 181 mandatów (163 KO i 18 Lewicy), reszta posłów to Korona. Przepływy są obiecujące, tzn. wszystko to co stracił PiS odnalazło się w Konfederacjach, i to z nawiązką. Z kolei straty KO są znacznie większe, niż ledwie zauważalne zyski przystawek. Wychodzi więc na to, że uskutecznia się nieznaczny, ale jednak zauważalny przepływ z KO do Konfederacji, czyli najczarniejszy sen „liberałów”. Po raz pierwszy od lat mamy ewidentną dezercję 'demokratów’ na stronę 'faszystów’. Inny sondaż (Ibris dla WP z 10-12.07) nie jest aż tak drastyczny, ale tam też tendencje są podobne. Tam POPiS traci po ponad procencie, a Konfederacja zyskuje aż 3,3%, wchodzi też PSL, ledwie przekraczając próg, co powoduje, że do większości potrzebne byłyby też osoby poselskie z Korony. Podobnie wygląda to w sondażu Ibris dla rzeczpospolitej z 2-3.07. Ogólnie, po analizie kilku różnych sondaży- wszędzie POPiS traci, przybudówki KO stoją w miejscu (PSL i Razem są w ryzykownych okolicach progu), a rosną notowania obu Konfederacji. Jak by nie było, to żaden sondaż nie wróży kontynuacji obecnego rządu, wszystkie dają im mniej, niż 200 posłów (do większości sejmowej potrzeba 231). Można się spodziewać, że te tendencje sondażowe będą się jeszcze bardziej pogłębiały, bo badania były robione pod koniec czerwca lub na początku lipca, gdy 'afera szpitalna’ była w fazie rozwojowej (przed ujawnieniem wątku w prosektorium). Pomijam już to, że według sondaży prezydentem Polski jest Trzaskowski, który zastąpił Komorowskiego, a prezydentem USA jest Kamala Harris.
Ja osobiście najbardziej czekam na sondażową „mijankę” Konfederacji i PiSu, bo to spowoduje największą od lat polityczną lawinę, która mogłaby 'wywrócić stolik’, pogonić 'bandę czworga’ i zrobić 'twardy reset’ kadr, wywodzących się jeszcze z PRL i Magdalenki. Gdyby Konfederacja wskoczyła na symboliczne drugie miejsce, poparcie PiSu zaliczyłoby nagłe tąpnięcie, bo wielu ludzi głosuje na najsilniejszą partię swojego „bloku ideologicznego” (tzw. 'Efekt Bandwagon’), to z kolei spowodowałoby panikę i podziały w samym PiSie, być może nawet rozpad, a przy słabym PiSie KO też straciłaby logiczną rację bytu, bo ich główną siłą napędową jest j**anie PiSu. Wyczekuję tego scenariusza z wielką nadzieją, bo nie mogę już patrzeć na te same od lat mordy.
Pomysł Tuska na bieżącą kadencję rządową był bardzo optymistyczny. Polegał on na tym, że będzie on rządził 'na rympał’ przy dosyć słabym mandacie. Tusk zajmując dopiero drugie miejsce w wyborach parlamentarnych myślał, że będzie miał taką władzę, jak z większością konstytucyjną i własnym prezydentem. Planował on, że bez większego problemu znajdzie przydupasów, którzy będą legalizować jego autorytarne „reformy” wbrew instynktowi samozachowawczemu. Udało się to tylko częściowo, tzn. pod siłowym wejściem do TVP podpisał się Sienkiewicz, pod SAFE podpisali się Kosiniak z Domańskim, pod niektórymi (ale nie wszystkimi) rympałami w przejęciu sądownictwa podpisał się Bodnar. Tusk planował, że główne „reformy” przeprowadzi w drugiej połowie kadencji z pomocą przydupasa Trzaskowskiego, który miał zostać prezydentem i podpisywać wszystko, co się mu podsunie. Gdy ten plan zawiódł- odpalono plan awaryjny, czyli przydupas Hołownia miał firmować zmianę wyników wyborów, ale to też się ostatecznie nie udało. Podobnie nie udały się rozliczenia (czyli najważniejsza rzecz dla elektoratu KO), bo prokuratorzy i sędziowie bali się podpisywać pod wyrokami „na zamówienie”. Podsumowując, głównym problemem Tuska było to, że (samemu stojąc z boku) kazał iść ludziom w ogień, ale robili to tylko niektórzy, a w świetle ostatnich sondaży można przypuszczać, że do końca kadencji chętnych do wejścia w ogień będzie coraz trudniej znaleźć.
W obozie Tuska da się wyczuć taktyczne przygotowania do egzystowania w opozycji, a 'afera szpitalna’ już oficjalnie to przyklepała. Nawet etatowi „motywatorzy” twardego elektoratu jak Piński czy Wiejski już otwarcie wieszczą, że za rok wraca faszyzm i trzeba zacząć się przygotowywać. Tusk musi teraz (jak już wcześniej robił wielokrotnie) namaścić jakąś „nową jakość”, która zbierałaby do siebie niezadowolony elektorat KO bez ryzyka, że ten odpłynie do Konfederacji. Właściwie potrzebne byłyby dwie „nowe jakości”, bo teraz elektorat wycieka mu już z obu stron. Potrzebna więc byłaby jedna nowa partia dla zawiedzionych twardych „jebaćPiSów” (w zarządzie Giertych, Niesiołowski, Mazguła, mam nawet dla nich nazwę: „Partia R.I.P.”, czyli Rozliczenia i Przeliczenia), a druga partia dla szeroko pojętego „Jagodna”, ostatnio pan Matczak zadeklarował swą gotowość, zakładając oksymoron o nazwie „Radykalne Centrum”, co ma być czymś w rodzaju kopii Konfederacji Mentzena dla byłych wyborców KO. Oczywiście obie „nowe jakości” byłyby elastyczne we współpracy z KO, czyli gotowe na aneksję lub wejście z koalicję. Główną nadzieją dla Tuska jest teraz powtórka z roku 2007, kiedy koalicja PiS-LPR-Samoobrona rozleciała się z hukiem, co umożliwiło wzięcie władzy (później także prezydenckiej) na wiele kolejnych lat. Wkrótce niestety historia może się powtórzyć, bo potencjalny rząd PiS-Konfederacja-Korona ma ogromny potencjał na kompromitację i memiczność.
RacimiR, 15.07.2026
PS: Wielkie dzięki dla Krzysztofa.

Świetny tekst i doskonale się to czyta, przeczytałem za jednym zamachem, aczkolwiek było to czasochłonne. Znalazłem kilka chochlików, ale szacun za tak długi tekst, przy takiej ilości nie dało się tego uniknąć. Masz talent do obserwacji i opisywania polskiej rzeczywistości. Ciekawe czy gdyby Stanowski zaprosił Cię do swojej stajni medialnej, zgodziłbyś się?
od RacimiR: Dzięki za miłe słowa, długo to pisałem, a na koniec nie zdążyłem popoprawiać baboli bo spieszyłem się na mecz Anglia-Argentyna, a już chciałem to za wszelką cenę opublikować. Dzisiaj wieczorem spróbuję to na spokojnie przeczytać i poprawić.
Raczej wątpię, żeby mnie Stanowski zaprosił, zresztą nie jestem z Warszawy i nie zamierzam być, ale gdybym dostał dobrą ofertę to czemu nie.
Gbyby Parchaty odłam wystawił Kacprzaka na prezydenta Parchawy w 2028 , parchawiacy wybraliby go powyżej 70 procentach.
> Gdyby opowiedział w mediach wszystko ze szczegółami- mogłoby się to skończyć nawet rozpadem KO,
Gdyby takie zagrożenie było, to dawno skończyłby jak Lepper albo Adamowicz. Można byłoby go zadźgać albo zastrzelić, a w TVN połączyć to tematycznie z Luigim z USA.
Stawiam raczej na koneksje rodzinne i inne, i na to, że nie dysponuje on żadną wiedzą, która pogrążyłaby PO, oprócz samej afery.
> Jak na złość- nic innego w Polsce i na świecie się wtedy nie działo, a 'afera szpitalna’ rozgościła się na dobre.
Jak to nie, a afera UPA? Zełenski podobno rozkręcił to właśnie po to, żeby odwrócić uwagę od jakiejś afery korupcyjnej, więc Tusk mógł pograć w to samo, nawet mu łatwiej bo temat dostarczył mu już Zełenski.
Poza tym lodziarnię w Pszczynie można było grzać, zrobić nagonkę na Rzecznika Praw Dziecka.
> Logiczne, że jak robisz wałek, to go nie formalizujesz. Przypomina mi się Korwin-Mikke i jego teoria, że Hitler nie wiedział o holokauście, bo nie ma na to żadnych formalnych dowodów.
Tylko że Hitler i jego otoczenie nie traktowali tego jako wałek. Uważali to za legitną walkę z wrogiem, społeczeństwo też tak to traktowało (choć po wojnie próbowali się od tego odciąć).
> Konflikt interesów i „bycie sędzią we własnej sprawie” jak byk, ale w „demokracji walczącej” nikt już się takimi detalami nie przejmuje.
To jeszcze nic. Gerard Schröder był zatrudniony na wysokich stanowiskach w rosyjskich spółkach, jednocześnie będąc aktywnym politykiem SPD, i nikt nie widział w tym konfliktu interesów.
od RacimiR: Sprzątnięcie Kacprzyka tak od razu byłoby zbyt ewidentne. Nawet na PiS by tego nie można było zwalić. Wrażliwą wiedzą na pewno dysponuje, np. listą polityków/dziennikarzy/celebrytów którzy najebani przyjechali na kroplówkę przed jakimś ważnym głosowaniem, albo to co z Pępek czyli błyskawiczny czas oczekiwania na badania, na które zwykli ludzie czekają miesiącami. Skoro Kacprzyk osobiście się tym zajmował, to na pewno ma listę klientów, a jej ujawnienie to byłby kolejny cios dla KO (zarówno całej, jak i z osobna tych delikwentów). Kacprzyk mógł się też zabezpieczyć tak, że w przypadku jego śmierci kompromaty automatycznie lądują w mediach (ja bym tak zrobił na jego miejscu). To tak , jak z nowoczesnymi lokomotywami kolejowymi- maszynista musi podczas jazdy często przekręcać kluczyk, aby dać znak, że żyje. Jeżeli nie przekręci kluczyka to odpalane są systemy alarmowe. Tak samo można zrobić z wrażliwymi materiałami przy użyciu prostego skryptu, np. raz w tygodniu trzeba się zalogować, a jeżeli nie to z automatu wszystkie redakcje dostają materiały. To chroni osobę przed wizytą seryjnego samobójcy. Ewentualnie można to zrobić „analogowo” przekazując materiały zaufanej osobie z zastrzeżeniem, że upublicznić tylko, gdy umrę. W takiej sytuacji naturalny jest układ KO-Kacprzyk, tzn. partia go broni najlepiej jak umie (Dubois czy nic-nie-robiąca prokuratura), a on sam trzyma język za zębami i ogólnie znika z radarów.
W tym czasie w mediach był tylko Zełeński, ewentualnie na samym początku sztucznie nakręcony Bąkiewicz. Lodziarnia z Pszczyny była znacznie wcześniej (3.06, a szpitale od 15.06). Na przełomie czerwca i lipca kompletnie nic się nie działo. Afera z orderami ukraińskimi też nie była na rękę Tuskowi, bo oni sami nie wiedzą co mają robić w temacie Ukrainy przy pogarszającej się do niej sympatii Polaków oraz obstawienia stanowisk krytycznych przez obie Konfederacje. Jeden i drugi temat (szpitale i Ukraina) był niewygodny dla KO, więc nie dało się przykryć jednym drugiego, potrzebny był jeszcze inny, którego nie było.
Zarówno Hitler, jak i Kacprzyk (abstrahując od ich etyki i moralności) mieli świadomość, że robią coś, za co później mogą ponieść srogą karę, więc ich „najsłynniejsze dzieła” załatwiane były nieformalnie, aby w razie czego nie było pisemnych dowodów. Tymczasem na konferencję wychodzi Bążur i z poważną miną mówi, że saloniku VIP FORMALNIE nie było.
> To chroni osobę przed wizytą seryjnego samobójcy.
Nie zawsze. Epsteina nie uchroniło, Leppera również. Natomiast Assange jawnie korzysta z tego rodzaju rozwiązań. Wydaje mi się, że żeby z tego korzystać, trzeba się na tym znać, i jest to próg nie do przeskoczenia nawet dla skądinąd inteligentnych ludzi takich jak Epstein.
Ludziom nietechnicznym (a takim prawdopodobnie jest Kacprzyk) pozostaje pomoc zaufanych osób — rodziny, przyjaciół, itp. Tylko że też trzeba ich mieć.
W przypadku Kiszczaka ta metoda zadziałała z bezwzględnością właściwą maszynom. Gdy umarł ze starości w wieku 90 lat, wdowa opublikowała jego szafę. Mimo, że nic nie wskazywało, żeby ktokolwiek pomógł Kiszczakowi wybrać się w tę ostatnią drogę.
Natomiast Lepper, przynajmniej według Sumlińskiego, został zdradzony przez swojego powiernika, zresztą nie tylko przez niego — również przez Stonogę, który na niego kablował.
Na ile Kacprzyk może zaufać swojemu otoczeniu — trudno powiedzieć.
Zgadzam się, że Dupiarz bardzo głupio się wypowiedział, jeszcze głupiej niż Arłukowicz. Natomiast Dubois w zasadzie nie pogrążył swojego klienta. Jak już, to w oczach publiczności pogrążył siebie, udając głupszego niż jest. Taktyka udawania głupiego jest o tyle dobra, że z głupoty łatwiej się wytłumaczyć niż z działania w złej wierze. To samo przecież robili Niemcy po ataku Rosji na Ukrainę — udawali, że nie wiedzą do czego prowadzi „niemieckio-rosyjskie strategiczne partnerstwo”.
Czy Hitler miał świadomość, że za to kiedykolwiek beknie — nie jestem pewien. Gdyby brał taką możliwość pod uwagę, to raczej by tych wszystkich zbrodni nie popełniał, dało się wojnę prowadzić bez tego.
Co do Epsteina to nie wiadomo. Były zdjęcia z TelAvivu człowieka bliźniaczo podobnego, tyle że z siwą brodą idącego w towarzystwie dwóch barczystych panów ze słuchaweczkami w uchu.
Przeklejam komentarz uprzednio wpisany w temat 'piekła kobiet…’ :
(tu bardziej pasuje)
Te aferki (szpitalna, orderowa i teraz walkowanie ciągle
o upałach rekordowych) to jak zawsze zasłona medialna by
rząd swoje walki i ustawy anty-polskie cichaczem przepychal.
Co do tej afery szpitalnej to przecież nic nowego, właściwie mozna
powiedzieć że stan permanentny klik lekarskich, na sor ludzie umierają i to
jest norma że się oczekuje kilka godzin na ratunek w kolejce, i czasem
się człowiek nie doczeka, no chyba że się jest politykiem popis, prawnikiem czy
znajomym lekarza.
Ale jeszcze najbardziej zabawne są sor-y powiatowe (np. u mnie w powiecie)
gdzie go zorganizowano w zupełnie innym budynku odległym 1km od szpitala,
i godziny jego otwarcia tadaaam od 18.00 (a praktycznie później bo na lekarke
czeka się godzinę, a nawet później).
To że około 1% lekarzy wykreca banke rocznie to też standard.
W czasie pandemii rekordzista wykrecil 4 miliony rocznie za masowe
szprycowanie, swoją drogą radny PiS. Wtedy też jak się umieralo
na cokolwiek to każdy lekarz wpisywał 'covid’ i brał za to premie,
więc wykrecali rocznie po kilka baniek za sam wpis 'covid’ na akt zgonu.
Tutaj jednak ten młodzik lekarz popełnił zasadniczy życiowy błąd,
i przez to właśnie te 1% milionerów lekarzy przez to ma ochotę go zajebac!
Tym błędem nie był brak specjalizacji, wątpliwe kompetencje, ani nawet to
że brał 1,6 mln i pracował w kilku szpitalach (mógł nawet 9 baniek brac
i ZUS, politycy, szpitale mieliby na to wyjebane bo to podatników kasa),
ani nawet to że udzielał wywiadów w czasie pracy sor i bral pensje radnego PO.
Tym zasadniczym błędem życiowym przed którym każdego ostrzegam
to wychwalanie się swoim majątkiem, co kłuję innych Polaków w oczy!
Tutaj przecież jak wziął te banke za robotę to mógł zrezygnować z pracy
radnego, a tym samym z oświadczenia swojego majątku jako partyjniak PO.
Nikt by nie wiedział ile zarabia i że kupił nowe Porsche. I żadnej afery nie byłoby!
Tym bardziej że ze szpitala wykrecil 1,6 mln PLN a za pracę radnego jedyne 50 tys PLN.
A co jest głównym powodem tak wysokich pensji lekarzy? I prawników?
I jaka recepta na znormalizowanie pensji obu tych grup?
Odpowiedź prosta: ekonomia czyli prawo podaży i popytu.
Wśród tych dwóch grup zawodowych kliki lekarskie i prawnicze
ustaliły odgorny limit miejsc na uczelniach w Polsce na kierunkach
lekarskich i dentystycznych (a w prawniczych zawodach dochodzi
jeszcze nepotyzm). PiS ten limit lekko zwiększył, ale to tylko działanie pozorne,
ten limit musi być calkowicie zlikwidowany!
Uczelnie tym samym zwiększa ilość miejsc, rynek nasyci powoli się
lekarzami a ich pensje w naturalny sposób spadną – zgodnie z podstawowym
prawem ekonomii podaży i popytu. I patologie z lekarzami milionerami
w naturalny sposób zakończą się.
Niestety kliki lekarskie, polityczne i prawnicze na to nie pozwolą, w ogóle widze
że nikt nawet nie śmie poruszyć tematu tego odgornego limitu.
Dam przykład informatyków czy nawet ekonomistow, w roku 2000 było ich mało,
pensje wysokie. Przez 25 lat uczenie zwiększały ilość miejsc na studiach, otwieraly
nowe kierunki ekonomiczne i informatyczne. Mamy obecnie milion informatyków,
i może kilka milionów osób z wykształceniem ekonomicznym.
I nagle pensje informatyków ostro spadły, a obecnie tylko połowa, a nawet mniej
w ogóle znajduje pracę w zawodzie. To samo z ekonomistami, tu nawet gorzej jest
i często absolwenci tego kierunku studiów pracują w innych zawodach
nawet praca fizyczna za minimalna.
I tego właśnie boją się kliki lekarskie – konkurencji!
A tak mamy elitę lekarzy, i biorą miliony za robotę.
I jeszcze to bezczelne bicie piany z ich strony o brakach kadrowych,
przez co sami doprowadzili wprowadzając te limity miejsc uczelnianych
z uzasadnieniem że to konieczne jest dla wysokiego poziomu kształcenia
lekarzy.
Zastanawia mnie też czym właściwie zajmuja się dyrektorzy szpitali
(państwowych zazwyczaj wybór polityczna synekura bez kompetencji)
że nie zauważyli że lekarz pojawia się na ćwierć, jedna ósmą etatu,
nie było żadnego ich monitoringu nadzoru?
Weźmy dowolne korpo, mamy ewidencję automatyczna w postaci bramek,
kart dostępu, a nawet w typowej firemce pipidoweczce choćby wpis do
listy obecności (z godziną wpisu). Noi zawsze jest weryfikacja przez system
komputerowy, albo prezesa firemki.
Gdyby popis faktycznie posypały głowę popiołem powinni przeprowadzic
kontrolę 5 lat wstecz wszystkich szpitali w Polsce, zwłaszcza na NFZ,
a nie tylko w tym warszawskim południowym. Nie zrobią tego, bo jeszcze sie
okaże że tych milionerów nie jest 1%, może nawet 10% dobije, wszak NFZ to dziura
bez dna gdzie 90% kosztów szpitala, a może i więcej to pensje lekarzy.
Z tym dopieszczaniem lekarzy pensjami doprowadzono do ich skrajnej
demoralizacji, a wiadomo że okazja czyni złodzieja więc czemu by ten 1%
miolionerow miałby nie skorzystać. Jeszcze jakby to szło z kompetencjami.
Ale wogole w Polsce (czy nawet na świecie) nie ma czegoś takiego jak badanie
wydajności, efektywności pracy lekarza.? No nie ma.
Ile % pacjentow wyleczył, ile % wędruje po lekarzach bo nie może znaleźć
diagnozy, ile % dany lekarz spowodował kalectwo albo nawet wysłał w zaswiaty.
Albo ile % diagnoz musi Pan z tym życ, po 40tce musi boleć, może do psychologa
skierowanie…
Mniemam że każdy z nas ma małego wnerwa że lekarz cwaniak rocznie bierze
kilka baniek, gdzie takiej kwoty większość z nas nawet przez całe życie nie zarobi.
https://chamsko.pl/135863/Zarobki_lekarzy
Co do drugiej afery orderowej pozostaje się tylko cieszyć że częśc
Polaków otwiera oczy i nagle zdaje sobie sprawę że kultywuja tam
bandere siepacza naszych przodków na upadlinie. A cpun zslenski
pieprzy Polskę i Polaków. Miejmy nadzieję że społeczeństwo zmadrzeje.
https://chamsko.pl/135577/Przyjazn
od RacimiR: Dokładnie tak.
Sfałszować listę obecności to nie jest wielki problem, jeżeli obie strony tego chcą (pracownik i dyrektor), więc kontrole tego nic by nie dały (zresztą te kontrole też są wykonywane przez partyjniaków, więc często ich działania są odwrotne do oficjalnych). Można by sprawdzić co najwyżej „bilokacje”, tzn. czy jeden lekarz nie był na raz w większej ilości miejsc, choć to też da się odpowiednio skoordynować, ale to już większe wygibasy. W moich okolicach była kiedyś prywatna sieć szkół dla dorosłych „Centrum Edukacji Siódemka”, mieli oddziały (tzn. wynajęte sale) w wielu miastach i armię ulotkarzy na głównych ulicach. Z czasem okazało się, że oni na przemysłową skalę fałszowali podpisy obecności ich „studentów”, którzy w ogóle nie chodzili na zajęcia (np. zapisali się i nigdy nie przyszli, albo zrezygnowali z przychodzenia tam po 1 dniu, gdy zobaczyli jaki tam jest poziom nauczania, ale szkoła nie skreślała ich z listy studentów), potem na podstawie tych „list obecności” (np. w zajęciach brało udział 6 osób, a szkoła wpisywała, że było 20) pobierano pieniądze z subwencji państwowych. Wprawdzie w końcu się nimi zajęto i firma zniknęła, chyba nawet jakieś wyroki poszły, ale zanim to się stało- proceder trwał przez wiele lat i wyłudzono ponad 100 mln. Ze szpitalami jest podobnie, a nawet jeszcze gorzej (tzn. trudniej wykryć), bo tam obu stronom (dyrektorowi szpitala i lekarzowi) zależy, żeby podpisy i listy obecności były jak najbardziej napakowane godzinami, więc mają znacznie łatwiejsze zadanie (w „Siódemce” tylko i wyłącznie szkole na tym zależało i musieli sami fałszować te grafiki, a 'student’ nawet nie wiedział, że szkoła do której NIE chodzi pobiera na niego subwencje).
Ja miałem kiedyś ciekawą historię na SOR, konkretnie chodziło o laryngologię. Nagle straciłem słuch w 1 uchu, więc potrzebny był mi dyżur, konkretnie taki z laryngologiem, którzy na SORach są dość rzadko. Na kilkakaście SORów w sumie w okolicy- znalazłem dwa z laryngologami, jeden Katowice-Ochojec, drugi Zabrze. Fizycznie bliżej miałem do tego pierwszego, ale tamta dzielnica jest źle skomunikowana, więc szybciej mogłem dostać się do Zabrza bezkolizyjną 3-pasmówką. No i w tym Zabrzu (jedyny plus, że nie czekałem długo) przychodzi taki młody, lokalny Kacprzyk i niegrzecznym tonem pyta, że co ja tu robię, przecież powinienem jechać na Ochojec. Ja na to, że przecież nie ma rejonizacji i mogę sobie jechać tam, gdzie chcę. Po krótkich 'negocjacjach’, w których dałem mu do zrozumienia, że doskonale wiem, że on kłamie w żywe oczy, bo mam prawo jechać do dowolnego SOR- on dalej nieugięty i każe jechać na Ochojec, bo on mnie w Zabrzu nie przyjmie. Ręka mnie świerzbiła, żeby mu jebnąć, ale to by nic nie dało, więc pojechałem do Katowic, zresztą tam też były przeboje, m.in. 4 godziny czekania i recepty z błędnym kodem. Potem stałem zgarbiony w nocy pod apteką na Wojewódzkiej, jak Pazura pod budką telefoniczną w „Nic śmiesznego” i gadałem z SORem przez telefon, aby podyktowali mi poprawne kody recept, dyktując je aptekarzowi przez „okienko nocne” na wysokości 70cm, a obok trwała bijatyka patusów z pobliskiego klubu Energy. Na szczęście nazajutrz słuch w uchu powrócił. Niesmak jednak pozostał, ten chuj z Zabrza bezczelnie mnie chciał okłamać, bo mu się nie chciało wykonywać swojej pracy, za którą ma płacony gruby hajs. Jak pojadę sobie nad morze, albo na Mazury i tam mi się coś stanie to mam jechać na SOR na drugi koniec Polski?
Niekiedy pojawiają się artykuły, że pacjent zaatakował lekarza lub zrobił awanturę w przychodni i chyba się trochę niektórym nie dziwię. Tym bardziej, że budżet NFZ jest rekordowo wysoki, a pensje personelu medycznego rosną znacznie szybciej, niż reszty społeczeństwa.
Dobrze znów Cię poczytać. Ostrzegałeś, że długo, ale z przyjemnością się czyta!
od RacimiR: Dziękówa, jak to mówił Vienio z okolic szpitala 😉
Ciekawa sprawa w świecie islamu. Upada to pewnie za dużo powiedziane i raczej nie w europie tylko w krajach gdzie islam jest religią rządzącą. Kanał jest średni i raczej systemowy ale czasem coś sensownego można zobaczyć. Powiedziałbym, że to raczej coś jak reformacja + ateizacja w świecie islamu wśród części społeczeństwa, nie upadek jako taki, a wiadomo, że reformacja może iść w dwie strony – większy liberalizm lub większy radykalizm (tak było na zachodzie świata) a w islamie nie ma takiego centrum dowodzenia jak Papa u nas, więc każdy imam może teoretycznie zostać nowym guru (drobne rozłamy w islamie już były) a część odejdzie od wiary. Miecz allaha nie zabije przecież wszystkich, w europie się tak nie stało mimo, że były walki.
https://www.youtube.com/watch?v=n49LL1FsuBY
Przeklejam jeszcze jeden uzupełniony komentarz z poprzedniego wpisu:
Minęło już kilka tygodni od detonacji tej afery przez lekarza-politykiera PO
i właściwie każdy dzień przynosi 'nowosci’ w postaci kolejnego lekarza
milionera ale nie tylko:
– powiązania lekarzy/patomorfologow z 'ulubionym’ zakładem pogrzebowym
– kolejne szpitale z salonikami VIP i pierwszeństwo bez kolejki dla działaczy PO
– pacjenci 'gubią sie’ w toalecie i jak w filmie wesele 'umierają od tego srania’
a personel szpitala śpi, patomorfolog 'usuwa syf’
– o dziwo w polskiej służbie zdrowia łamane są prawa fizyki w kontekscie
dylatacji czasu, tzn doba ma więcej niż 24h, miesiąc może mieć więcej niż 31 dni
a rok to już w ogóle nawet kilka lat może mieć, Einstein może się schować
– cześć polskich lekarzy ma niesamowity dar bilokacji a nawet tri cietyre lokacji
tzn może leczyć w kilku miejscach jednocześnie, normalnie ezoteryka
– prosta operacja np. usunięcia wyrostka może być zadeklarowana jako zaawansowana
neurologiczna w cenie kilka razy większej, baaa nawet taka operacje polscy
chirurdzy mogą robić co 4 minuty dzień w dzień, rekord świata normalnie
– a o tym wszystkim dyrektorzy szpitali NFZ ni chuja wiedzą, pomimo że zarabiaja
też około kilku średnich krajowych, i pomimo politycznego wyboru okazują się 'bmw’
– jeśli szpital południowy to duma PO i Trzaska to jakież muszą być te pozostałe szpitale ?
– na wieść o zarobkach lekarzy uderzeniowo wzrosła liczba chętnych studentów na
kierunku lekarskim w tym roku, z rekordem 22 na miejsce w Poznaniu, niestety celowo
kliki lekarskie nie pozwolą zwiększyć miejsc na studiach, a rząd nawet o tym nie myśli!
Poniżej link opisujący podatny na przewały system finansowania ZUS z naszych podatków,
oraz opis jak cwaniacy lekarze milionerzy go legalnie 'okradaja’.
https://nczas.info/2026/07/18/czy-sluzba-zdrowia-w-polsce-sie-zalamie/
Mozna to skrócić do hasła 'pieniądze są do wziecia’, lekarz radny businessman zakłada firmę,
w kilku szpitalach składa ofertę np. za usługę hirurgii, okulistykę, obsługa sor itp,
bierze hajc milionowy nawet jak zapotrzebowania nie ma (czy się stoi czy się leży…)
i zatrudnia podwykonawce (młodego lekarza na pensji za stawkę po cenie) a zzysk
laduje mu w kieszeni.
W żadnym państwie nie ma recepty na dobrze działająca służbę zdrowia, np. 100%
prywatna opieka zdrowotna powoduje jeszcze gorsza patologie (np. w USA gdzie ludzie
leczą się Google i AI), firmy ubezpieczeniowe totalnie drenuja kieszenie chorych
że się zostaje bankrutem i cie wywalaja w środku choroby na bruk
W polskich warunkach trzeba przede wszystkim :
– w Państwowej SZ zlikwidować zawód lekarza jako B2B, tylko etat, przecież to praca przy biurku
jak handlowiec, nauczyciel czy informatyk czyli etat , prywatny szpital może sobie zatrudniać
jak chce, przecież wyraźnie widać że umowy B2B bez kontroli te patologie spowodowaly
– lepsza kontrola przez system inf. lekarz się loguje praca start, wylogywuje praca stop
– 2 etaty max, swoją drogą zaraz po studiach IT robiłem półtorej etatu co jakiś czas
i wracałem do domu jak detka z bólem głowy, przecież po kilku latach takiej pracy zawał!
– stałe zarobki wg. minimalnej/średniej zależnie od dyplomu, specjalizacji itp
– odrębny stały budżet na pensje załogi szpitala z monitoringiem przeciw naduzyciom
– i przede wszystkim zlikwidować ten cholerny odgorny limit miejsc na uczelniach
(mamy właśnie dlatego tylko 140 tys lekarzy) dla informatyków limitu nie ma
i od 1989r do teraz ich ilość wzrosła od zera do miliona, różnice więc widać,
a chętnej zdolnej młodzieży chcącej być lekarzem nam nie brakuje,
mamy starzejące się społeczeństwo, coraz częściej do lekarza chodzić bedziemy
i są oni potrzebni na 'już’.
Te propozycje wg. mnie to głos wolajacego na puszczy (zwłaszcza z tym limitem)
ale bez tego po prostu kolejki wzrosną kilkukrotnie, będziemy umierać nie doczekawszy
pomocy lekarskiej.
> będziemy umierać nie doczekawszy pomocy lekarskiej.
Przecież właśnie o to im chodzi.
od RacimiR: ZUS też jest zadowolony.
Częściowo tak, kontrola czasu pracy tak, ale nie stałe zarobki dla wszystkich takie same, bo „czy się stoi czy się leży”… No i praca na bloku operacyjnym to nie praca przy biurku. Jednak trochę większa odpowiedzialność. Powinna też być jakaś prowizja/dodatek płacony za pacjenta / za operację. Stała kwota płacona tylko za godzine spowoduje to co jest w Szwecji czy w UK – tam w poradni lekarz 1 pacjenta bada godzinę, a na bloku robione są 3 zabiegi dziennie, podczas gdy w PL w tym samym czasie 10. Bez tego niestety kolejki wzrosną. No i jaką motywacje do pracy ma mieć ten naprawdę najlepszy chirurg, skoro jego kolega obibok dostanie tyle samo?
od RacimiR: Obibok powinien dostać max 50zł/h brutto, ale w naszych realiach niestety pewnie dostanie maxa, zwłaszcza jak ma odpowiednią legitymację partyjną.
Oglądałem sobie ot tak mecz (po raz pierwszy w tych mistrzostwach)
drugą połówka Anglia Francja, zaciekawiło mnie ze było 4 do 0
ale Francja się jakoś zmobilizowala choć nie zdążyła odrobić strat
i było 6 do 4.
Normalnie gra obu drużyn to nie to co nasze slamazary pod dowództwem
Lewego, ciągła dynamika, zawodnicy niesamowicie zmęczeni ale gol za golem,
niesamowite widowisko, nawet sędziowie zmęczeni się kremowali łydki.
Komentator wydzieral się tylko Bembeeeleee i Kylian Małppe 🙂
Wprowadzono też innowacje jak przerwa na picie… a może na reklamy w tv.
Ale ja nie o tym, uderzyło mnie zupełnie coś innego – uposażenie pigmentalne
obu drużyn, Francja to każdy odcień czerni wśród zawodników może 2 białych było,
Anglia tylko kilku bialasow i też czerń. Sędziowie też jacyś beżowi.
Wygląd zawodników i odcien ich czerni obu drużyn wskazuję że pochodzą oni
z różnych regionów Afryki, z Somalii Algierii z jakisch buszmenow, berberow,
bardziej malupo – ludy niż ludzie. Trenerzy byli biali więc mi się od razu skojarzylo
biały Pan nadzorca i banda murzynow na plantacji. To nie wyglądało na mecz
drużyn europejskich tylko jakiś puchar Afryki. Nawet publiczność w Miami w wiekszosci
czarna, choć kamerzysci starali się pokazywać ładne białe kobiety na trybunach.
Wprawdzie pisałeś już o uposażenia pigmentalnym w sporcie, gdzie ono jest
szczególnie widoczne w letnich dyscyplinach, noi piłce nożnej,
ale ten widok meczu wywołał u mnie piorunujące wrażenie, przerażenie.
Dobrze choć zimowe igrzyska tego nie ma tzn. w 99% biali, ale za to masa azjatow.
I jeszcze jak kamerzysta pokazywał jak biali poklepuja po plecach czarnuchow,
jak się obejmują czarnuch z białym, macanki jakies, jeszcze tylko tęczowe opaski do tego,
a po meczu ogólnie jakieś kółeczka obu drużyn, piateczki itp.
Przecież to wszystko propaganda doskonale wyreżyserowana w celu urobienia
zwłaszcza młodego pokolenia i kobiet, aby biali kumali się z czarnymi.
Propaganda wyreżyserowana przez wiadomo że tych 'unych’
przecież nawet reklamy w tv czarny z białą kobieta to nie czarnuchy ją przecież tworzą.
Za stary jestem na ten cały 'postep’, może dla mnie lub kogoś kto rzyga całym tym
postępem będzie najlepiej zaszyc się w lesie w dziczy bez dostępu do cywilizacji.
od RacimiR: Mecz był dobrą reklamą piłki, chyba najlepszy na tych mistrzostwach. Dużo goli (bramkarze chyba nic nie złapali), z 0:4 do prawie 4:4 (Mekambe miał szanse na wyrównanie), przerwa na picie jest już kilka lat, ale chyba pierwszy raz dają na niej reklamy.
Pigmentalne uposażenie też już jest dawno, u Anglików chyba nawet mniejsze niż kiedyś, a u Francuzów stały poziom od przynajmniej 10 lat (w ich młodzieżówce chyba są sami czarni).
Czarni kibice to ogólnie rzadkość (chyba, że w Afryce). Na europejskiej piłce klubowej procent uposażonych na trybunach jest znacznie niższy, niż biega na boisku. Oni wolą stać pod sklepem czy stacją metra i rapować oraz zaczepiać ludzi, niż iść na mecz (jeszcze trzeba płacić za bilet).
Nie oglądsłem wogóle tych meczy bo nienawidzę piłki. Ale to że w Europue murawa jest asfaltowa a na stadionie niema ani jednego słyszałem wielokrotnie. Chyba tym murzniakom w USA zapłacili za siedzenie tam bo wątpie aby sami przyszli za swoje.
Witam. Ostatnio dzieją się na tym świecie dziwne rzeczy. Były premier Hiszpanii powiedział odważnie, że drużyna francuska nie składa się z Francuzów, a wybuchło mocne oburzenie. Jeszcze 10 lat temu takie wypowiedzi u kogoś powiązanego z polityką nie wystąpiłyby najpewniej.
https://www.rp.pl/polityka/art44814261-nie-ma-francuzow-w-reprezentacji-francji-twierdzi-byly-premier-hiszpanii-burza-po-slowach-polityka
Wiecie, co się okazało, że ten atak militarny USA oraz Izraela na Iran przyniósł efekty odwrotne od zamierzonych. Zamiast upadku ajatollahów przyniósł ich umocnienie. Co ciekawe, prawdopodobnie Stany Zjednoczone w obecnym konflikcie zbrojnym używają polskich dronów. Nie rozumiem, dlaczego Polska pozostaje w sojuszu z Zachodem, który nas zdradzi i sprzeda Rosji, jeśli tylko uzna to za korzystne dla własnych interesów. Twierdzę, że lepiej dla nas będzie, gdy założymy własny środkowoeuropejski blok niezależny zarówno od Zachodu jak i od Rosji, ale do tego potrzeba chęci i środków, lecz tego moim zdaniem brakuje.
https://wiadomosci.onet.pl/swiat/trump-nie-przewidzial-tego-scenariusza-iran-uderza-coraz-skuteczniej-pentagon-ma-nowy/h5emvgh
https://www.polskieradio.pl/pr24/audycje/temat-dnia,5925/odcinek/trump-zapewnia-o-dominacji-usa-ale-czy-slusznie-iran-nie-jest-jeszcze-bezzebny,b73b6682-f67a-41b9-8e55-a6de9fa3ee55
https://defence24.pl/geopolityka/polskie-drony-nad-iranem
https://www.polskieradio.pl/399/7977/Artykul/3710584,deportacje-polakow-z-usa-statystyki-pokazuja-wzrost-liczby-wydalen-za-rzadow-trumpa
Przecież ten blok też nas zdradzi, bo jeszcze szybciej dogada się z Rosją. A nawet jakby chciał, to nas nie obroni, bo jest za słaby. To mrzonki.
Nato bis? Już jeden były elektryk z wąsami to proponował za swojej prezydentury…
Jest już pierwsze doniesienie do prokuratury w sprawie afery w Szpitalu Południowym. Oczywiście jest to doniesienie na… dr. Emila Jędrzejewskiego !!
od RacimiR: Najlepsze są tłumaczenia prokuratury i władz na pytanie dlaczego nawet nie przesłuchano Kacprzyka. Wersji jest już kilka i co jedna to lepsza. Ostatnia jest taka, że „Gdybyśmy teraz go przesłuchali w charakterze świadka, wiedziałby już, jaką wiedzą procesową dysponujemy” 🙂 Przecież ta „wiedza” specjalnie jest taka, żeby włos mu z głowy nie spadł, a Dubois i Giertych to bliscy współpracownicy, więc pełnomocnik ma info z pierwszej ręki.
Zrozumiałem dlaczego Fifa nalegala na poszerzenie ilości drużyn ma MŚ,
Fifa dzieki temu chwaliła się że zarobiła 15mld zielonych, podejrzewam
że to glownie opłata za możliwości transmisji tv meczów, więc jakby
nie patrzyć to standardowa 'ekspansja biznessu’ na inne rynki co im siłę
udało. Mają więc jednak w Fifa kiepełe. Zresztą sam pisałeś w komentarzach
ze główny cel to reklama piłki nożnej w inne regiony świata, co im się
udało gdyż MŚ miały miliardową widownię.
Trochę o meczu arg-hisz, obejrzałem jedynie dogrywke, ale właściwie to
odzwierciedla cały mecz, komentator Messi to Messi tamto, sramto,
mecz non stop faule i fikołki Argentyny, jedne sędzia kalosz odgizdywal inne nie.
Po meczu jakieś zadymy, a trampek wepchal się na chama jakby byz piłkarzem.
Hiszpania wygrała 1 golem w dogrywce.
I teraz najważniejsze : uposażenie pigmentalne brak, no może jedna dwie osoby
na drużynę. I to w drużynie Argentyny gdzie teoretycznie powinno być. Dlaczego?
Odpowiedź : https://bb-i.blog/2026/07/19/nazi-argentinien/
Otóż w XIX w murzyni co pracowali na plantacjach sprowadzenie poprzez
tzn handel trójkątny zostali 'zutylizowani’ w wojnach Argentyny.
Po pozbyciu się ich Argentyna otworzyła się na białą migracje europejska,
a z Polski żymianie eksportowali tam polki jako prostytutki.
Perfidia analogiczna do kolo-haustu. Niestety obecnie trwają działania dla
przywrócenia czarnej historii Argentyny.
od RacimiR: Finał nudny jak flaki z olejem (chyba wszystkie mecze Hiszpanii takie były). Faworyzowany Yamal raptem 1 bramka w całym turnieju.
Argentyna to stosunkowo nieuposażony kraj, chyba najmniej na całym kontynencie. Jest tam też dosyć chłodno (w porównaniu do Brazylii, krajów północnych czy Karaibów), więc tych niewolników masowo nie sprowadzano. Podobnie Chile.
Sygnalista chirurg Emil Jędrzejewski został oskarżony przez
prokuraturę bodnara o nieprawidłowości z czasu jak był ordynatorem,
rzekomo zawyzal ceny usług chirurgicznych.
Czyli jak pisałeś standardowo (nie tylko w naszym państwie)
trzeba rozmyc aferę przez uwalenie Sygnalisty
Kowal zawinił cygsna powiesili.
Analogicznie jak brzeska się spaliła a posadzili śpiewaka,
Albo w GB posadzili w więzieniu dziennikarzy naglasniajacych
ofiary gwałtu gangów islamskich.
A Kasprzyk? A pewno na urlopie, spokojna głowa, włos mu nie spadnie,
doktryna Nojmana nadal działa.
I dowcip :
Doktor siada w taxi i mówi by go zawieść do szpitala.
– ale do którego pyta taxiarz
– wszystko jedno wszędzie mam dyżur!
Lekarze już pokazali w czasie p(l)andemii C-19 że dla nich liczy się kasa. Pamiętacie teleporady w godzinach pracy (ale prywatnie potem już się nie bali), szczucie na niezaszczepionych, dodatki covidowe za pacjentów z pozytywnym testem (co przyczyniało się do nadmiarowych zgonów). Od tego czasu lekarze delikatnie mówiąc nie budzą sympatii.
Nie dziwię się tej całej afery w Szpitalu Południowym, lekarze wiedzą skąd pieniądz przypływa, kogo wpuszczać bez kolejek itp.
od RacimiR: Nie ma co generalizować, ale niestety spora część lekarzy minęła się z powołaniem. A już najlepsi są ci, którzy są jednocześnie radnymi czy innymi ławnikami, czyli całkiem duży procent.
Tak patrzę z komentarzy o futbolu że chwalone jest tutaj zdobywanie dużej liczby bramek na meczu.
Powiem tak. Ja osobiście nie do końca na to patrzę w ten sposób. A od czego według mnie zależy dobry mecz ?
Przede wszystkim obie skrajności które przedstawię są złe. Gdy jest tzw. paździerz czyli że np drużyna teoretycznie lepsza gra ze słabszą, ta słabsza się muruje a ta teoretycznie lepsza tylko posiada piłkę ale nie potrafi stworzyć akcji tylko gra w poprzek, wycofuje do tyłu, albo jakieś wrzutki do nikogo, żadnego zagrożenia no to fakt jest to zły mecz. Ale załóżmy drugą sytuację, że jest ,,hokejowy” wynik typu 4 3, 4 4, 5 4 itp. czyli że każda drużyna strzela dużo goli. Tylko jeśli te bramki padają bo np obrońcy nie potrafią wybić piłki, potykają się o własne nogi, bramkarze puszczają strzały lecące prosto w nich itp no to nie jest to dobry mecz. Sama ilość bramek nie jest wyznacznikiem dobrego meczu. Dla mnie dobry mecz to taki gdzie przede wszystkim jeśli padają gole to po ładnych stworzonych akcjach np po szybkich podaniach z pierwszej piłki (np słynna tiki taka FC Barcelony z jej najlepszych czasów), mogą to być ładne strzały z dystansu w okienko, indywidualne dryblingi itp. ale nie tylko, nawet jeśli wynik meczu będzie 0 0 to mogę uznać to za dobry mecz, jeśli np są akcje ale np obrońca w ostatniej chwili na wślizgu zablokuje strzał, albo w ostatniej chwili zrobi czysty wślizg zatrzymując sytuację sam na sam, albo przechwyci/ zatrzyma podanie, dośrodkowanie które inaczej doprowadziłoby do czystej sytuacji, albo wyjścia obrońców spod pressingu itp. Swoją drogą obrońcy są niedoceniani a przecież ich rolą jest właśnie niedopuszczenie do groźnych akcji.
Oczywiście wiem dlaczego tak się dzieje. Mylone są pojęcia ,,dobrego meczu” oraz wrażenia emocjonalnego. Jeśli jest dużo bramek, które co chwila padają to wtedy załącza się adrenalina, intensywne przeżywanie meczu itp czyli krótko mówiąc silne emocje się załączają.
A do czego zmierzam ? Otóż uważam że nie powinno się oceniać meczu czy mecz był dobry przez pryzmat subiektywnych emocji. Nie każdy wysoki wynik jest oznaką dobrego meczu, tak samo nie każdy bezbramkowy remis jest złym meczem.
od RacimiR: Gole są solą futbolu. Ważne jest też xG i liczba strzałów. Jeżeli jest 0-0 ale strzałów było sporo to można uznać, że mecz nie był zły, i vice versa. Akurat ten mecz o 3 miejsce był bardzo dobry, chyba najlepszy na całych mistrzostwach, strzały i akcje były niezłe, do tego dochodził efekt niedoszłej 'remontady’ (z 4-0 na 4-3). Finał był słaby, ogólnie mecze Hiszpanów na tych mistrzostwach były nudne, na ogół przepchane różnicą jednej bramki, aż mi się Grecja Rehagela z Euro2004 przypomina. Być może dramatyczna dyspozycja Yamala miała na to wpływ. Z meczy, które zapamiętam mógłbym wymienić Anglia-Argentyna (remontada w samej końcówce), Norwegia-Anglia, Argentyna-Egipt (też o dziwo remontada i kontrowersje sędziowskie), Francja-Paragwaj (sędzia się zupełnie pogubił, co było dosyć dziwne), czy Portugalia-Chorwacja, gdzie gdyby obrońca ogolił się na łyso, to byłaby dogrywka, bo odgwizdano spalonego po piłce przelatującej mu po włosach.
A teraz wracamy do szarej rzeczywistości, jak za starych lat już (w lipcu, gdzie poważne kluby są środku wakacji) mamy dwa pierwsze (ale nie ostatnie) eurowpierdole: Fenerbahce-Górnik 1:0 (co akurat było do przewidzenia) oraz dość żenujące Żylina-GKS 2:1 🙂 Ciekawe, czy obronimy to 10 miejsce w rankingu UEFA, bo wygląda to bardzo słabo. Mamy więcej drużyn, niż ostatnio, a co najmniej dwie są cienkie, jak dupa węża. Jaga się osłabiła i wylosowała Rangersów, więc też pewnie „korzeń w chmarzeń” jak to mawiał Szpakowski. Nadzieja w Lechu i Rakowie, ale nawet gdy zagrają dobrze to punktów może być mało (dzielimy je przez 5, a nie 4, jak do tej pory).
Najważniejsza to jest przede wszystkim wygrana. A piłkarze grają dla swoich kibiców, ich celem jest wygrać w jakikolwiek sposób niezależnie od ilości bramek, niezależnie czy grając ofensywnie czy defensywnie. Oczywiście kibic neutralny który w danym meczu nie kibicuje żadnej drużynie to chciałby dreszczyku emocji, adrenaliny co zapewnia ilość bramek. Ale drużyna w meczu nie ma interesu w uszczęśliwianiu neutralsów tylko przede wszystkim na uszczęśliwieniu własnych kibiców i jeśli ich styl jest np. defensywny a przynosi to wynik to robią to, to kibice drużyn płacą za bilety, kupują pamiątki związane z klubem itp więc to oni dają dochody zarówno reprezentacji czy klubom. A nawiasem mówiąc to ja na mundialach kibicuje słabszym zespołom co do zasady, ci co nigdy jeszcze nie wygrali mundialu nigdy – chociaż w finale chciałem Hiszpanię z dwojga złego bo nie chciałem aby Argentyna dwa razy z rzędu wygrała.
Co do polskich klubów to uważam że na pewno Gieksa odpadnie, obawiam się że już ze słowackim zespołem z Żyliny. Obawiam się że Raków patrząc na ich grę to będzie miał problem z dojściem do Ligi Konferencji i może odpaść w następnej rundzie. Jagiellonia moim zdaniem będzie w LK bo zaczyna od III rundy Ligi Europy, możliwe że przegra z Rangers ale w IV rundzie eliminacji LK będzie rozstawiona jak przegra więc stawiam że się doturla do LK aczkolwiek w tych nierozstawionych też są silne ekipy więc to zależy od losowania. Górnik może wtoczy się do LK, z Fenerbahe na pewno odpadnie, raczej też w III rundzie LE odpadnie, dużo zależy od losowania w IV rundzie LK. Lech moim zdaniem zagra w Lidze Europy, dojdzie do IV rundy eliminacji LM i tam dopiero przegra. Moim zdaniem max. 3 zespoły będą na jesień (chociaż równie dobrze może być tylko jeden i to w rozgrywkach gdzie się dużo nie zapunktuje), tak czy inaczej w tym sezonie nasza piłka ligowa jako całość dużo nie zapunktuje (plus te dzielenie na 5 a nie na 4) aczkolwiek 15 pozycja jest niezagrożona.
od RacimiR: Nie do końca tak jest z tym stylem gry, najlepszy przykład to zwolnienie Michniewicza, bo wprawdzie osiągnął najlepszy wynik na mundialu od dekad (i to przegrywając jedynie z oboma późniejszymi finalistami), ale zrobił to „brzydko” (laga na Robercika) i poleciał.
15 pozycja jest niezagrożona, ale 10 już tak, może nawet 12 jeśli prawie wszyscy nasi się skompromitują. Wszyscy bezpośredni rywale mają mniej punktów za sezon 22/23, który odpadnie za rok, np. Grecja nic nie robiąc zyska do nas 5 punktów.
Michniewicz poleciał nie za styl (na początku chcieli aby został) ale za aferę premiową, kozioł ofiarny tej afery na zasadzie ,,ktoś musi stracić głowę”, przecież piłkarzy z marketingowym Lewandowskim na czele nie wyrzucą z kadry. Gdyby nie afera premiowa to Michniewicz by został.
PS: 10 miejsce i tak było trudne do zdobycia, nie wierzyłem w nie, uważam że osiągnęliśmy jako liga maksymalny peak to okolice 12 miejsca (może 11 byłoby jeszcze możliwe – ale 11 czy 12 to żadna różnica bo nagroda ta sama).
od RacimiR: Afera premiowa była gwoździem do trumny, ale narzekania „influencerów” typu Kowal na styl gry były ogromne. Była szansa, że Czesiek wyleciałby nawet bez tego. Mnie osobiście też razi styl. Np. żebranie w Katarze u Argentyńczyków, aby już nam więcej nie strzelali (stosunek bramek był ważny), albo na mundialu 2018 i mecz z Japonią, gdzie Grosicki kładł się na murawę bez powodu. Słynny stracony gol z Senegalem na tych samych mistrzostwach (trio Krychowiak, Bednarek i Szczęsny) śni mi się po nocach do dzisiaj, już bym wolał stracić 3 „normalne” gole niż takiego jednego. Z kolei Brzęczek poleciał za książkę z Domagalik, bo wyniki miał nienajgorsze.
Klubowo 10 miejsce mieliśmy przed sezonem i wszystko jest w naszych rękach (i nogach). Gdyby wszystkie drużyny jakoś się wturlały do fazy zasadniczej LE lub LKE to coś by tam wpadło (meczów jest dużo), ale obawiam się że GKS i może jeszcze ktoś zawiedzie i zostaną nam 3 drużyny z dzielnikiem 5. Wtedy przynajmniej dwie musiałyby powtórzyć zeszłoroczne wyniki Lecha i Jagielloni, aby uciułać jakąś rozsądną liczbę punktów.
Z tego co pamiętam to początkowo Kulesza chciał nowej umowy dla Michniewicza – to że ktoś w necie pogada sobie, szczególnie taki Wojciech Kowalczyk to raczej nie powód by zwalniać. Potem jak rozkręciła się afera premiowa to zrobił się burdel i trzeba było kozła ofiarnego.
W 2018 to ostatecznie nie wyszliśmy z grupy więc Nawałka za wynik został zwolniony a nie że pod koniec meczu z Japonią kładli się na murawie.
10 miejsce to mieliśmy chyba gdyby brać pod uwagę kilka poprzednich sezonów ale całościowo Czechów bardzo ciężko byłoby dogonić, na to trzeba byłoby kilku lat przy takim samym punktowaniu jak ostatnio. A to że ten sezon będzie gorszy to jasne, Gieksa moim zdaniem może odpaść już w ten czwartek, z kolei Raków też moim zdaniem najprawdopodobniej odpadnie z taką grą – max do IV rundy dojdzie (no chyba że totalne szczęście w losowaniu i samych półamatorów wylosuje – ale w IV rundzie nawet rozstawienie nie gwarantuje niczego. Lech będzie na pewno w jakimś pucharze, Jagiellonia raczej też, Górnik od szczęścia w losowaniach zależy.
od RacimiR: Dziennikarze piłkarscy mają ogromny wpływ na decyzje PZPN, zresztą nie tylko w Polsce tak jest. Trudno powiedzieć co konkretnie zmiotło Cześka. Afera premiowa była jeszcze przed meczem z Francją, zresztą głównym winowajcą był Morawiecki i PZPN, a nie Michniewicz. Przecież to władze już długo przed mundialem powinny nakreślić jasny system przydzielania bonusów, kto ile dostanie. Tymczasem znienacka, na bardzo późnym etapie pojawiły się jakieś pieniądze i nikt się kwapił do ich rozdzielenia. Selekcjoner nie jest od tego, żeby negocjować premie z piłkarzami, sztabem i de facto samym sobą. Według mnie większym powodem zwolnienia był styl gry w Katarze i osobiste sympatie do niego, być może też ciągnące się za nim kontakty z 'Fryzjerem’ ale prawdy pewnie nie dowiemy się nigdy. Ostatnio Szczęsny udzielił kilku długich wywiadów i tam Czesiek był już „do rany przyłóż”.
10 miejsce mamy oficjalne na ten sezon, ale trudno będzie to obronić, zresztą już nas Czesi wyprzedzili w korespondencyjnym pojedynku (aczkolwiek bieżący sezon będzie się liczył dopiero w przyszłe lato). Kluczowe w tym zadaniu będzie, żeby mieć czwórkę w fazie zasadniczej (czyli, żeby odpadł tylko GKS, co jest niemal pewne, ale cała reszta, zwłaszcza Raków i Jaga przeszli), nawet grając w kratkę w czterech coś tam uciułają. Ogólnie to zdobyte miejsce dla 5-tej drużyny potrzebne nam było jak dziura w moście, bo tylko zwiększyło dzielnik, a punktów GKS dostarczy naszej lidze tyle samo, ile ma mistrzostw. 2 ostatnie liczące się sezony (22/23 i 23/24) mieliśmy dosyć słabe w stosunku do 24/25 i 25/26, więc mamy pewien dupochron na 2 lata. Niestety nasi rywale (zwłaszcza Grecja) mają słaby sezon 22/23, ale już dużo lepszy od nas 23/24. Czyli po przyszłorocznej aktualizacji pewnie wypadniemy z top10 (Czechy już nas wyprzedziły, Grecja pewnie też to zrobi najpóźniej po odliczeniu najstarszego sezonu), ale w lato 2028 jest szansa, że tam wrócimy, bo Czechom i Grecji odpadną świetne punktacje z 23/24. Turcja jest raczej poza zasięgiem, a Dania nas już raczej nie dogoni.
Te 15.75 punktu za zeszły sezon było fenomenalne, gdyby tyle robić co roku to wskakujemy na 6 miejsce, przed Portugalię, Belgię, Holandię i Turcję, stając się tym samym bardzo poważną ligą. Potencjał na przyszłość jest, frekwencje i budżety rosną. Gdyby za rok awansowały Ruch, ŁKS i Lechia, a spadły Wieczysta, Piast i jakiś średniak na garnuszku państwowego molocha (Płock lub Lubin) to będzie ekstraklasa dużych klubów z dużych miast. Raków by mógł w końcu większy stadion zbudować, to już w ogóle bajlando by było. Eh rozmarzyłem się.
Znowu 'samochód wjechał w tłum’, standardowo w szwabii,
ale tym razem 'uciekł z miejsca zdarzenia’.
od RacimiR: Ponoć policjanci zastrzelili ubogacacza.
Tego zastzelili tylko dlatego że zabił ich świetą krowę która roznosi hiva.
Lesbijka święta krową?
Po rozpadzie PiS na dwie frakcje maślakow będących przy Kaczyńskim,
a 40 harcerzy co uciekli do mao-wieckiego mamy pranie ichniejszych brudow
w mediach co się w partii działo np. w czasie plan-demii, czy napieprzanie
na kurskiego (nawet słuszne). Kto wie co jeszcze wylezie.
Nie jest zaskakujące że niektórzy samce alfa co byli premierami zakladaja
swoje partie Gowin, Ziobro, Braun ( sumie jak na razie jako jedyny sukces),
a teraz Mao. Zabrał ze sobą samych majetnych i przedsiębiorczych
(czytaj dobrych złodziei), zdziwił mnie jedynie Terlecki bo wyglądał na wiernego.
Jakby nie patrzeć z hajcem na finansowanie partii problemów mieć nie będą.
W mojej dawnej pracy dyrektorzy starali się zatrudniać dobrych kierowników,
ale nie 'za dobrych’ aby ich nie wygryzli ze stolka. A tu jednak Mao wygryzł 40tu.
Do tych wydarzeń mam stosunek ambiwalentny z tendencja do obojętnego.
W latach ostatnich rządów PiS jedynie gospodarka jako tako działała,
(choć może to efekt dobrej ówczesnej koniunktury światowej), dobrostan
typowego Kowalskiego wzrastał głównie przez plusy na bachory, podwyzszano
minimalna, mnóstwo moich sąsiadów się wybudowało.
Wssystko inne czyli migracje, covid, sądy, Ukraina, służba zdrowia pogarszali,
a nawet spierdolili.
Obecną ekipa Tuska działa tak samo, a może i gorzej np. w stosunku do
gospodarki czy zadłużenia państwa.
Działania rozpadowe prowadzą do dalszego podzialu prawicy na plankton,
a patrząc historycznie ziobro i Gowin nie zdołali utrzymać nowych partii.
Ciekawe więc czy działania Mao to jakaś gra służb by zniszczyć PiS, czy moze
coś innego czego jeszcze nie wiemy. A może po prostu teatrzyk dla goim.
Aktualnie że względu na d’hondta platfusy
moglyby rządzić samodzielnie, d’hondt nie sprzyja małym partiom i mozehttps://zorard.wordpress.com/2023/10/08/demokracja-anatomia-oszustwa/
o to finalnie chodzi.
I nie zgadzam się ze jak zniknie PiS to zniknie i po ko. Platfusy będą beneficjentem
czesci elektoratu.
Osobiście nawet nie wiem czy pójdę głosować a jak już to przeciw na brauna.
https://zorard.wordpress.com/2023/10/08/demokracja-anatomia-oszustwa/
od RacimiR: Sprawa jest tak świeża, że ciężko ją skomentować. Dużo różnych wariantów jest w grze, np. koalicja Morawieckiego z PSL, a potem w rządzie z PiS. Może też Morawiecki wystartuje ostatecznie z list PiSu, jak wcześniej Ziobro czy Gowin.
Na pewno jednak Kaczyński jest w fazie schyłkowej, a bez niego także Tusk ma problem, bo nie ma kogo j***ć i na kogo zwalać wszystkie niepowodzenia.
Trochę martwi rozdrobnienie po umownej prawej stronie- były 2 Konfederacje, a teraz będą także 2 PiSy. Nawet, gdy dostaną w sumie połowę głosów, to d’Hondt jest nieubłagany.
Nad Polską spadła rakieta, tym razem ponoć naprawdę rosyjska. Nikt nie zginął, spadła w pustym polu. Najprawdopodobniej omyłkowo. Aczkolwiek być może zostanie to wykorzystane by np. by zestrzeliwać rosyjskie obiekty nad zachodnią Ukrainą (co mogłoby wciągnąć nas w wojnę).
Co Lech Poznań odpierdolił to jest kosmos. Mając wynik wyjazdowy 4 1 to u siebie przejebać to, mając dosłownie awans na talerzu. Myślałem że u nich zniknął już gen przegrywa, zniknęła mokra szmata ale nie; mokra szmata czekała, czekała, długo czekała nawet ale jak przyszła to dała tak w ryj że przytomność wszyscy stracili. Dobrze że teraz zagrają z KL Klaksvik z Wysp Owczych to powinni sobie zapewnić minimum Ligę Konferencji (o LE ciężko będzie, w zależności na kogo trafią w losowaniu IV rundy). Górnik i tak pokazał się z dobrej strony, chociaż znowu nie będzie faworytem to mam nadzieję że uda się pokonać węgierski Ferencvaros. Raków dopełnił formalności i mam nadzieję że pokona też szwedzkie Hammarby – teoretycznie jest faworytem ale o formę póki co ciężko ale mam nadzieję że uda się ich pokonać. Gieksa o dziwo pozytywnie zaskoczyła mnie, odrobiła straty, teraz zagrają z Hapoelem Tel aviw, ponoć nie są faworytem ale wierzę w to że żydłaków pokonają (swoją drogą izraelskich zespołów nie powinno być podobnie jak rosyjskich za ludobójstwo i agresje), oglądałem wczoraj pierwszą połowę przed nocką w pracy i widać jak Katowice spragnione są pucharów, do fazy ligowej LK ciężko będzie ale niech te miasto cieszy się pucharami jak najdłużej. Za tydzień dołącza też Jagiellonia od III rundy eliminacji LE, zagra z Glasgow Rangers, będzie ciężko, wątpię że Szkotów przejdą ale stawiam że LK będą mieć w najgorszym wypadku, są rozstawieni w przypadku porażki.
od RacimiR: Trochę pechowo, ale jednak kompromitacja. Aż mi się przypomniał Spartak Trnava, choć z drugiej strony Duńczycy to całkiem silny klub (buki przed dwumeczem dawały mniej więcej fifty-fifty). Paradoksalnie z punktu widzenia punktów rankingowych stało się najlepiej, jak mogło. Dwumecz przegrali tylko ci, którzy mogli to zrobić bez całkowitego odpadnięcia (Lech i Górnik), spadając do niższej klasy pucharu, gdzie mają szansę nastukać więcej punktów na słabych rywalach. Gdyby Lech przeszedł tych Duńczyków to w kolejnych fazach byłyby takie eurowpierdole, jakich świat nie widział, a tak mamy do pyknięcia Wyspy Owcze i potem jakieś Baćki Topole i inne Karabachy, Szachtiory i Szerify. Na razie wśród najlepszych i tak nie mamy czego szukać. Zeszłoroczny pojedynek Lecha z Belgradem (pojedynek gołej dupy z batem) pokazał, że mamy jeszcze wiele do zrobienia, a co dopiero, gdyby Lech miał mierzyć się z jakimiś topowymi klubami z zachodu. Dlatego ten sezon trzeba potraktować jako przejściowy, czyli narobić punktów w LKE i sukcesywnie wzmacniać się sportowo i organizacyjnie. A za rok, dwa można będzie zaatakować jakieś wyższe cele (być może będziemy wtedy mieli od razu mistrza w fazie zasadniczej LM). Póki co jesteśmy Nikodemem Dyzmą, który wszedł na salę przez przypadek (tzn. dzięki głupiemu systemowi punktacji LKE). Trzeba się na tej sali teraz utrzymać i urządzić, jak pan Dyzma, a będzie dobrze w przyszłości. Super, że GKS jednak nie odpadł. Wprawdzie nie przepadam za nimi z racji miejsca zamieszkania i incydentów ulicznych z ich kibicami, ale jednak w Europie kibicuję wszystkim Polakom. Jeżeli cała nasza piątka (albo chociaż 4) zamelduje się w 'lidze Biedronki’ to ten sezon paradoksalnie będzie dla nas krokiem w przód. Nie od razu Rzym zbudowano. Mamy w piłce takie zapóźnienia, jak gospodarka po PRLu i trzeba pokornie „gonić zachód”, a nie liczyć na to, że z dnia na dzień będziemy bogatsi od Niemców. Jeszcze nie tak dawno pamiętam, że już przed końcem wakacji nie mieliśmy żadnego klubu w pucharach, albo w porywach jeden. Dzisiaj stadiony są, frekwencje stadionowe i telewizyjne rosną, pieniądze w klubach coraz większe, więc to musi się w końcu przełożyć na wynik. U nas do żelaznej ligowej czołówki (Lech, Legia, Raków, Jaga i Pogoń) od niedawna dopisały się także Górnik i Widzew, być może też GKS, w przeciągu 1-2 lat włączy się tam też Wisła, a konkurencja tylko wzmacnia siłę, bo kluby muszą się ciągle wzmacniać, żeby krajowi rywale im nie uciekli, a te wzmocnienia potem naturalnie przełożą się na siłę w pucharach.
Co do Ceuty i Melilli. Te całe szturmy które są co jakiś czas (chociaż fakt że ten z wczoraj był chyba jednym z największych) to element hybrydowego konfliktu Maroka z Hiszpanią. Otóż Maroko uważa że Ceuta i Melilla to są marokańskie miasta więc co jakiś czas organizują takie szturmy by osłabiać chęć Hiszpanii do posiadania tych enklaw, by kiedyś w ten sposób oddali im, migranci jak widzimy mogą być elementem wojny hybrydowej (tak jak Białoruś Łukaszenki zrobiła to Polsce i krajom bałtyckim, jak Rosja na granicy z Finlandią, jak Turcja na granicy z Grecją – coś wymuszać itp).
W Hiszpanii dodatkowo mamy skrajne przypadki że tam lewacy rządzący Hiszpanią zaniedbywali kwestię obrony zewnętrznych granic, ostatnio legalizowali pobyt nielegalnych migrantów a te wieści się rozniosły.
Po drugie warto wspomnieć też że co by nie mówić Hiszpania ostatnimi czasy podpadła też Izraelowi i USA za uznanie Palestyny, krytykę Izraela itp a Maroko ma dobre relacje z nimi, słyszałem że mogli dostać przyzwolenie na akcje hybrydowe przeciwko Hiszpanii.
od RacimiR: To prawda, ale z drugiej strony dosyć łatwo byłoby po prostu postawić porządne płoty i inne bariery ochronne, a wtedy Maroko z sojusznikami nie będzie miało nic do gadania. Jak sprawdziłem zewnętrzna granica Ceuty to około 8km, a Melilli 10km. Czyli Hiszpanie muszą zabezpieczyć raptem 18km (+jakieś 2km morza prostopadle do linii brzegowej) i od lat nie potrafią (albo bardziej nie chcą) tego zrobić. Dla porównania granica Polski z Białorusią to 418km, a USA z Meksykiem około 3200km, a tam nie ma takich sytuacji, co najwyżej jakieś pojedyncze osoby.
Na najnowszych filmach widać, że nachodźcy z Maroka normalnie idą sobie plażą jak gdyby nigdy nic.
Wiadomo że te podpalenia w Hiszpanii (a może i Norwegii też)to
akcja mośkuf z mos sadu.
Ta akcja w Ceuta także, bo Hiszpania nie pozwoliła na bazy dla samolotow
przy wojnie z Iranem.
Komedia i farsa objawia się tu tym że zwalilo się około 60tys nachodzcow w ciagu
doby, i nagle 58tys z powrotem wróciło do Maroko.
No przecież jakbym płynął na oponie plażowej przez kilka h
i znalazł się w Hiszpanii to bym rękami i nogami nie dał się wywalić z powrotem
do ojcowizny, liczylbym na azyl i zasiłki.
Ponoć naxhidzcy nie mieli co jeść, przecież mogli wziąć ze sobą parę groszy i tel,
Kupić Jedzenie w Ceuta, lub zadzwonić po ziomali by przez płot przerzucali im
kebaby, mięso z kozy czy co oni tam żreja.
Normalnie przecież jak z Maroka spieprzaja to kupują łódź – jednorazowke
i płyną przez całą ciesnine cały dzień i ładują na plażach Hiszpanii,
po czym błyskawicznie slalomem pośród plazowiczow się ulatniają w miasto
i tyle ich widzieli.
Tyb bardziej więc wszystko wskazuje że ta akcja w Ceuta była planowana,
typowa dla spec służb, i to jest wogole taka pierwsza akcja tego typu ever.
Zalanie nachodzcami i azyl de facto nie było celem, raczej przesłanie do rzadu
hiszpańskiego typu zobaczcie jakim dziurawy państwem jesteście, mozemy
wam wysyłać 60tys pigmentalnych dziennie i chuja nam zrobicie.
I Sanchez z ferajna macie już nie kłapac o gazie, morda w kubeł.