Choroba i 4 miesiące ciszy

Witam wszystkich po najdłuższej, aż 4-miesięcznej przerwie w historii bloga. Spowodowana ona była moją chorobą, a konkretnie moją niedyspozycją fizyczną i przede wszystkim psychiczną. Rok 2020 zaskoczył nas pandemią i z powodu obostrzeń zgodnie został uznany najgorszym rokiem od dekad. Wszyscy (w tym ja) życzyli sobie i innym, aby rok 2021 był lepszy, niż poprzedni, no bo przecież gorzej być nie może… U mnie niestety nowy rok zaczął się „z grubej rury”. Opiszę pokrótce co się wydarzyło w porządku chronologicznym. Cały ten wpis będzie o moich osobistych „przygodach” z ostatnich kilku miesięcy. W moim przypadku zawsze nowy rok to nowe siły, miałem duże plany i mnóstwo energii. Dosyć szybko jednak zostałem sprowadzony na ziemię. W drugim tygodniu stycznia zauważyłem na plecach niewielkie wybrzuszenie. Dosyć szybko zaczęło ono powodować ból. Zarejestrowałem się do lekarki rodzinnej. Jak wiadomo- z powodu 'korony' obecnie funkcjonują żenujące tzw. „teleporady” (na których poradnie zbijają fortuny małym kosztem). Pani lekarz chciała mnie spławić przez telefon i kazała nasmarować feralne miejsce maścią ziołową, a wtedy na pewno guzek zniknie. Już chciała się rozłączyć z poczuciem spełnienia, gdy napotkała moją zdecydowaną reakcję. Wynegocjowałem wizytę w poradni. Pani „lekarz” zobaczyła moje plecy i stwierdziła, że to niegroźny tłuszczak. Dostałem skierowanie do chirurga na wycięcie tegoż. Jako, że wszyscy (lekarka, rodzina, znajomi) mówili mi, że „to nic takiego, niepotrzebnie się martwisz, nie dramatyzuj„- udałem się do pierwszego, lepszego chirurga (tam, gdzie był najkrótszy termin oczekiwania, gdyż bolało mnie to coraz bardziej). Padło na katowicką sieciówkę „Tommed”. Pan „chirurg” zobaczył moje plecy i (nie mając zielonego pojęcia, co to jest) powiedział, że „trzeba to wyciąć”. Tak też zrobił pod koniec stycznia. Zabieg trwał jakieś 20 minut, odbył się na zwykłym łóżku chirurgicznym, przy znieczuleniu miejscowym. Chirurg do końca był przekonany, że to niegroźny kaszak. Potem okazało się, że to mięsak…

Wycięta zmiana trafiła na badanie histopatologiczne, na którego wynik czekałem przez cały luty. Tutaj kolejny „ukłon” w stronę poradni Tommed. Wynik badania dotarł tam po 4 tygodniach. Co gorsza- pojawił się on w poradni we wtorek, a chirurg bywa tam tylko w poniedziałki. Idiotyczna polityka poradni mówi, że tylko lekarz może „zaprezentować” pacjentowi wyniki. Odbiór wyniku (albo chociaż xera) wcześniej okazał się niemożliwy, pomimo negocjowania i zrobienia tam awantury. Musiałem czekać kolejny tydzień na to, co ukazano w punkcie 4 powyższego obrazka. Kiepskiej jakości Monty Python. Papier z wynikiem leżał w poradni przez tydzień i uniemożliwiono mi zapoznanie się z nim. Po tygodniu pan „chirurg” dał mi papier z wynikiem, rozłożył ręce oraz kazał jechać do onkologa- na to właśnie wydarzenie czekałem tydzień czasu. Mogła by mi ten papier dać baba w recepcji tydzień wcześniej, a już mógłbym zacząć coś działać. Mnóstwo jest kampanii informacyjnych, żeby często się badać pod kątem nowotworu, bo wczesne wykrycie raka jest kluczowe w rokowaniach. Tymczasem realia wyglądają tak, że na wynik badania histopatologicznego czeka się 4 tygodnie, plus jeszcze jeden tydzień na to, żeby mi go łaskawie wydano. Razem 5 tygodni, a powinno połowę mniej.

Co było na tym wyniku? Skoro 5 tygodni czekania, to pewnie był wykonany z najwyższą starannością? Otóż nie. Były na nim jakieś spekulacje i domysły, z kolei nie było na nim nawet napisanego rozmiaru wyciętej zmiany. Jedyne co było pewne to smutny fakt, że mam raka tkanek miękkich. Stanowi on… poniżej 1% przypadków wszystkich nowotworów, więc trzeba mieć dużego pecha, żeby go dostać. Mi się jednak „udało”.

Udałem się prywatnie do chirurga-onkologa, bardziej kumatego, niż ten, który robił zabieg. Okazało się, że też pracuje on w Tommedzie, ale w innym (centralnym) oddziale, więc prywatna wizyta była tylko jedna. Zlecił on szereg badań pod kątem potencjalnych przerzutów (RTG, TK, USG) i zaplanował dalsze leczenie. Tego typu mięsaki powinno wycinać się „radykalnie”, czyli z marginesem około 2 centymetrów zdrowej tkanki wokół ogniska guza. Mięsak to obrazowo bułka z mięsem. Należy wyciąć całą bułkę, a nie tylko mięso, inaczej dojdzie do wznowy. Ja w pierwszym zabiegu miałem wycięte samo mięso, bez bułki.

W międzyczasie przetrzepałem pół internetu i szybko natrafiłem na nazwisko profesora Piotra Rutkowskiego, który uchodzi za niekwestionowany autorytet w dziedzinie mięsaków. Z kolei Narodowy Instytut Onkologii w Warszawie (gdzie pracuje profesor) posiada tzw. ośrodek referencyjny (Klinikę Tkanek Miękkich). Jak pisałem- mięsaki to bardzo rzadki typ nowotworu i mało kto się w Polsce na tym zna, a warszawska Klinika to jedyne miejsce w Polsce, gdzie mają o tym jakiekolwiek pojęcie. Podjąłem decyzję, że dalsze leczenie odbędę właśnie tam.

W międzyczasie robiłem badania w Katowicach. Swoją drogą- znów wynikła ta sama historia z poradnią Tommed i oczekiwaniem na „prezentację” wyników badań. Mój nowy lekarz bywa tam tylko raz w tygodniu, w środy rano, a wyniki doszły tam w środę po południu. Kazano mi znów czekać tydzień, aż zostaną mi one wręczone. Po ostrych negocjacjach, które zakończyły się emocjonalnym spotkaniem z dyrektorką poradni- w piątek łaskawie otrzymałem xero opisów wyników (oryginały i płyty z obrazami dopiero w środę). Wyniki okazały się średnie. Na TK i RTG wyszły mi guzki w płucach, ale niewielkie i nie wiadomo czy to przerzuty, czy może coś innego (koronawirus, reperkusje chodzenia w maseczce czy pozostałości po paleniu tytoniu).

Tak, czy inaczej- trzeba było przeprowadzić operację „poprawkową” i wyciąć z pleców kawał mięsa, który sąsiadował z pierwotnym guzem. W marcu pojechałem do Warszawy, najpierw do poradni profesora Rutkowskiego. Na pierwszej wizycie opowiedziałem moją historię, tydzień później na kolejnej wizycie dowiozłem wyniki badań oraz bloczki do wykonania powtórnej histopatologii. Trzecia wyprawa do stolicy (która wypadła na połowę kwietnia) to już przyjęcie na oddział szpitalny.

Narodowy Instytut Onkologii na warszawskim Ursynowie to miejsce przerażające. Budynek to „wczesny Gierek”, korytarze są zatłoczone do granic absurdu (zwłaszcza w epoce wszędobylskich nawoływań o zachowanie dystansu), a ilość ludzkiego cierpienia, które tam zobaczyłem zostawiła trwały ślad na mojej psychice. Z jednej strony- nie życzę nikomu raka, ale z drugiej strony- jeżeli ktoś zachoruje (zwłaszcza na mięsaka) to dobrze, gdyby trafił właśnie tam, gdyż tamtejsza kadra lekarska jest najbardziej fachowa w Polsce. Należy jednak przygotować się na jedno wielkie czekanie w niezliczonej ilości kolejek. Przyjęcie na oddział trwało w sumie… 10 godzin, co też jest dla mnie nowością. Należało wcześniej wykonać badanie na Covid, badanie EKG, pobór krwi i jeszcze jakieś rzeczy, wszędzie czekając w tragicznych kolejkach ludzi. Na koniec równie długie oczekiwanie w „ruchu chorych”. Oczywiście nie ma mowy o „zachowaniu dystansu” w takich warunkach, ludzie stoją jeden na drugim, posiadając przy tym najgorszą „chorobę współistniejącą” z możliwych.

Na oddziale szpitalnym przebywałem 4 dni. Operacja była dużo bardziej złożona, niż ta pierwsza. Wycięto mi spory kawał pleców z fragmentem mięśnia najszerszego grzbietu. Można by z tego usmażyć porządnego schaboszczaka. Rana jest na pół pleców, gdzie założono 20 metalowych szwów. Wypisano mnie „w stanie dobrym” i nawet (dzień po operacji) udało mi się wrócić samochodem na Śląsk (jako kierowca). Pierwsze dni były obiecujące, powoli odzyskiwałem sprawność i motorykę. Niestety po około 2 tygodniach od operacji zaczęło się pogarszać. Pojawił się obrzęk, zaczerwienienie, pieczenie i ból w węźle chłonnym. Jako, że był weekend majowy- zostały tylko SOR-y. Tu ukłon w stronę „szpitali” na Ochojcu oraz Raciborskiej w Katowicach, które mnie chamsko spławiły (nie wiadomo po co oni tam siedzą na dyżurach, chyba tylko po to, żeby brać kasę z NFZ po świątecznej stawce). W końcu trafiłem do chirurga, który przepisał antybiotyk na zakażenie oraz „wycisnął” z miejsca, gdzie był mięsak dosyć dużą ilość płynów ropnych. 10-go maja mam umówioną wizytę w Warszawie, ale będę próbował to trochę przyspieszyć.

Prawdę mówiąc- nie wiem na czym stoję i mam „trochę” negatywne myśli. Mam duże wsparcie rodziny i dziewczyny, ale nic mi się nie chce, deprecha postępuje. Trudno znaleźć mi jakąkolwiek komfortową pozycję ciała, w której nie odczuwałbym bólu. Mam trudności z ubraniem się i umyciem zębów, a o zasznurowanie butów muszę prosić osoby trzecie. A jeszcze niedawno wyciskałem stówę na klatę i potrafiłem pojechać rowerem z Katowic do Wrocławia. Moja sprawność fizyczna jest niewielka, a psychiczna jeszcze gorsza. Pozostaje wierzyć, że się poprawi.

Kilka osób pytało w komentarzach co się u mnie dzieje, więc dlatego ten osobisty wpis. Czas pokaże co będzie dalej. Za jakiś czas będę pisał albo dużo, albo wcale. Krzysztof Karoń również ma podobny problem, więc może zbyt mocno interesowaliśmy się lewactwem i dostaliśmy od tego raka? Wczoraj na raka zmarł Bronisław Cieślak, czyli pamiętny „Borewicz” 🙁

RacimiR, 4.05.2021

PS: Bardzo dziękuje za wsparcie dla: Marty, Jarosława, Kamila, Szymona, Tomasza, Rafała i Wojciecha. To budujące, że nic nie piszę, a Wy pamiętacie.

23 myśli w temacie “Choroba i 4 miesiące ciszy

  1. Ja pierdole, nie wiem co powiedzieć. Szczerze współczuję, bardzo mi przykro, że Cię to spotkało. Trzymaj się tambi życzę Ci byś jak najszybciej doszedł do zdrowia – teraz to najważniejsze. Twardy jesteś, nie poddawaj się i wróć do nas silniejszy.

    od RacimiR: Dziękuję.

  2. Trzymaj się, przyjacielu! Myśli „nieciekawe” to, niestety, normalka, ale jesteś w tej chwili w najlepszych możliwych rękach. Obrzęki, ból, ropa i zaczerwienienia to też norma, niestety.
    Niestety również, publiczna SŻ to kiepski żart (z wyjątkami, oczywiście). Sam wydałem wiele setek od początku roku na leczenie „po prywatnemu”, bo bym musiał czekać chyba do kolejnego stycznia na znudzone spojrzenie lekarza i stwierdzenie, że „posmarować, czekać aż zniknie, teraz iść apteka”.

    od RacimiR: Niestety tak to jest. Ja też wydałem już prawie tysiaka za prywatne wizyty i opatrunki.

  3. Racimirze! Musisz to przetrwać!
    Twój blog to świątynia edukacji o współczesnym lewactwie i jego mackach. Dzięki Tobie kolejni ludzie otwierają oczy i zaczynają rozumieć faktyczny stan rzeczy.
    Nie poddawaj się, my o Tobie pamiętamy i wyczekujemy powrotu do zdrowia – a z tym powrotu do pisania.
    Tysiące ludzi Tobie kibicuje i życzy pokonania choroby.

    od RacimiR: Dzięki, nie poddam się na pewno, ale sama siłą woli nieraz nie wystarczy.

  4. Ja dość długo nie wchodziłem na neta, nie wiedziałem że aż tak długo cię nie było nawet w komentarzach. Moi rodzice byli na kwarantannie (ojciec miał covida zdiagnozowanego testem, reszta w tym ja pewnie też ale nikt nie był testowane), mnie nie podali ale przez dwa tygodnie musiałem robić zakupy i jeździć do pracy (starałem się tak wyjeżdżać aby z sąsiadów nikt nie widział a tym bardziej policja która prawie codziennie dzwoniła i przyjeżdżała, a policjanci byli po cywilnemu i nieoznakowanym radiowozie, gdyby się dowiedzieli to ja i moi rodzice mieliby przerąbane). Tydzień temu dopiero matka skończyła kwarantannę (ojciec skończył dwa tygodnie temu), swoją drogą łagodnie przeszliśmy covida. Z tego co widzę oraz widząc twój tekst to zastanawiam się dlaczego ministerstwo zdrowia praktycznie zaprzestało leczenia innych chorób, stan naszej służby zdrowia jeszcze fatalny przed epidemią teraz de facto jest taki jaki w krajach afrykańskich, od początku 2020 do marca 2020 mamy już ponad 110 tysięcy nadmiarowych zgonów (z czego ok. 43% to zgony covidowe, reszta to nieleczone choroby; ciekawe czy ktoś za to odpowie).
    Życzę ci RacimiR żebyś nie znalazł się w tych nadmiarowych.
    PS: Mówisz że masz depresję, ja ją chyba mam od paru długich lat tylko że z powodu samotności no bo nie mam dziewczyny, mało znajomych, ogólnie nudne życie itp. Tobie ma przynajmniej kto pomagać, jak kiedyś będę stary to pewnie nikt mi nawet przysłowiowej szklanki wody nie poda.
    PS 2: Czy ty byłeś w tym centrum onkologii na Ursynowie niedaleko drogi ekspresowej, która akurat jest w tym miejscu kończącą się obwodnicą Warszawy ? Czasami moją babcię ja lub mama musimy zawozić, z Sochaczewa bardzo łatwo tam trafić, bo najpierw trzeba jechać prościutko na A2 a potem praktycznie z autostrady A2 jest prosta droga; więc jeśli to jest to miejsce to je znam; zresztą łatwo też trafić z Centrum metrem, niedaleko jest stacja metra Stokłosy, stąd można np. właśnie do Śródmieścia dojechać.

    od RacimiR: Dzięki za słowa otuchy. Wg mnie brak dziewczyny i nudność życia można zmienić, trzeba tylko mocno chcieć coś zmienić i wyjść ze „strefy komfortu”.
    Szpital to właśnie ten moloch na Ursynowie. Dojazd jest niezły. Tam wkrótce tunel ma być otwierany, żeby można było jechać dalej na wschód A2/S2.
    Byłem na sali z panem Michałem z Sochaczewa, byłym kolarzem reprezentacji Mazowsza. Strasznie mi go było żal, miał ponad 70 lat i co chwile mu dawali jakieś zastrzyki i kroplówki, cierpienie niesamowite. Jak go znasz to pozdrów, pewnie będzie mnie pamiętał 😉

    • W przypadku depresji jako choroby wyjść ze strefy komfortu praktycznie sie nie da bo czynnikiem juz nie jest tylko środowisko a zaburzona równowaga neuroprzekaźnikowa ktorą sie naszczescie da zaleczyć i zregenerować.
      Zdrowia Racimirze i jak bardzo bedziesz miał doły mimo fizycznej poprawy to warto sie udać do lekarza psychiatry. To już nie te czasy ze dają losowe narkotyki tylko dają głownie leki typu SSRI ktore regenerują stan neuroprzekażnikow i czlowiek powoli wraca do żywych.

      Pozdrawiam

  5. RacimiR, oczywiscie że pamiętamy i jako Twoi czytelnicy martwimy sie o Ciebie. Nie znamy się, ale łączą nas poglądy. To wystarczy . Czytalam ten wpis i przezylam powrot do przeszlosci. Mnie w 2014 postawiono z kolei diagnozę bez badań , że mam mięsaka w okolicy skroni. Pani doktor stwierdziła to po badaniu palpacyjnym. Po pobraniu wycinka czekalam 4 tygodnie na wynik. U mnie skonczylo sie dobrze bo okazalo sie ze byl to guz łagodny. Chce Ci jeszcze napisac , zebys byl dobrej mysli. Pracuje w klinice i widzę jak nasi pacjenci po dosc nieciekawej diagnozie nowotworowej po jakims czasie wracaja usmiechnieci i silniejsi. To mnie zawsze ogromnie raduje. Dbaj o siebie! My będziemy wyczekiwać nowych wpisow bo wierzę , że wrocisz do pisania. Niech moc bedzie z Tobą. Pozdrowienia z Bydgoszczy

    od RacimiR: Fajnie byłoby, gdybyśmy zamienili się lekarzami 😉 Mój by wyciął Twojego guza bez biopsji, a Twoja by zrobiła najpierw badanie, podejrzewając mięsaka. Na skroni to już w ogóle dramat, bo tam ciężko o jakiekolwiek marginesy chirurgiczne, aby nie spowodować trwałego kalectwa. Ja mam tyle dobrą sytuację, że marginesem był mięsień najszerszy grzbietu, który wprawdzie jest ważny i jego brak uniemożliwia mi wykonywanie podstawowych czynności, ale jednak da się go zregenerować w dłuższej perspektywie.
    Ja na razie jestem na takim etapie, że nawet specjalnie nie myślę o wznowie i przerzutach (co jest dosyć prawdopodobne), bo w ogóle mi się ta rana nie goi, a wręcz jest coraz gorzej. Ból nie ustaje, cieknie mi chłonka z tych pleców, że po kilku godzinach już przecieka przez opatrunek. Węzeł chłonny mnie tak nawala, że muszę chodzić z ręką poziomo w bok. No ale może w końcu zacznie się poprawiać. Pozdro!

  6. RacimiR nie wiem czy to cię pocieszy ale przedstawię Ci przypadek mojego najlepszego kumpla: W ciągu dwóch ostatnich miesięcy wykryli już mu (absolutnego pewniaka) raka w głowie, wątrobie i płucu. Były narkoman, motocykle, rewolwery, itp. Taki prawdziwy REDNECK Już zegnał się z żoną, dziećmi i przyjaciółmi. Nie miał siły jak Ty żeby nawet wstać do toalety. Nagle się okazało po szczegółowych badaniach że żadnego raka nie ma NIGDZIE. Tylko jest jakiś ropień w głowie który był konsekwencją jakiegoś lekkiego wypadku na motocyklu. Stracił wzrok i przestał czytać. Otworzyli mu czaszkę założyli sączek i chłopak żyje i wraca do zdrowia. Póki nie ma szczegółowych badań nie ma co gdybać. Najgorsze co można zrobić to spytać się wujka google o pomoc……………. Wracaj do zdrowia i pisz ze wzmocnioną siła. POZDRAWIAM CIE SERDECZNIE

    od RacimiR: Cuda się zdarzają, aczkolwiek ja miałem robione dwie histopatologie i w obu wyszło to samo. W przyszłym tygodniu będę miał jeszcze trzecią, z tego co wycięto w Warszawie.

  7. Życzę powrotu do zdrowia. Jeśli jest potrzebne jakieś większe wsparcie, to można zorganizować zrzutkę. Lewacy są w tym niestety mistrzami (zbiórka na nowy komputer, na wegańską pickę, na strajk kobiet). Ja przelewam parę zł od siebie. Trzymaj się!

    od RacimiR: Dzięki, ale zrzutki nie trzeba. Tym bardziej, że leczę się w NFZ, choć to nieraz też kosztuje (np. ostatnio w poradni poszedłem na zmianę opatrunku i kazali mi przynieść własne gaziki, opatrunki i octenisept, bo oni nie mają 😉 ).

  8. Polecam Ci poszukać na YT filmiku jak umówić się na wizytę do Doktora Huberta Czerniaka. To najlepszy specjalista w Polsce.

    Wszystkiego dobrego RacimiR.

    SM

  9. Nie sądzę, żeby akurat mnie trafił się cud, tfu tfu, żeby nie zapeszyć, ale jako namiętnemu palaczowi, po 50 latach trafił mi się rak płuc. Po wycięciu całego płata, po chemii, po radio, od 2012 nie ma wznowienia. Niekoniecznie zawsze musi być najgorzej. A traf chce, że jutro mam kontrolę.

    Trzeba być dobrej myśli!

    od RacimiR: Próbuję być dobrej myśli, ale utknąłem w momencie, którego nie przewidziałem. Bałem się przerzutów i wznowy, a jestem na etapie braku poprawy gojenia się rany po operacji…

  10. Ostatnio myslalam co u Ciebie slychac??
    Sama stracilam 2 lata temu meza.Zmarl na raka pluc, do tej pory nie
    moge sie wygrzebac….Wiem co to szpitale,czekanie na wyniki itp.
    Trzymam za Ciebie kciuki, bedzie dobrze….

  11. I to akurat teraz, przy tym cyrku…

    Nie forsuj się, daj organizmowi odpocząć, dbaj o siebie. To wszystko powinno zniknąć wkrótce bez śladu i wrócisz do zdrowia i sprawności. Zdrowiej i teraz będziesz musiał przywiązać pewnie wagę do jakości jedzenia i napojów. Jak sądzę to stąd się biorą wszystkie te świństwa w organizmie.

    I najważniejsze – psychika także odgrywa bardzo ważną rolę. Nie poddawaj się i nie załamuj. Nie z takich rzeczy ludzie wychodzili.

    zdrowia i powrotu do sprawności życzę

  12. Zdrowia ci życzę Racimirze. Pamiętaj że są tutaj ludzie którym naprawdę na tobie zależy i życzą ci jak najlepiej. Życzę ci jeszcze żebyś przeżył jeszcze dziesiątki kolejnych lat w szczęściu 🙂

  13. I ten antybiotyk nie pomaga na to gojenie się? Może zły antybiotyk (masz w tabletkach czy w sprayu)? a nie jest tak, że Ty jako człowiek aktywnego trybu życia, raczej przyzwyczajony do ruchu, nie możesz usiedzieć w miejscu i nie dajesz sobie czasu na wygojenie się rany? (znam takich typów 🙂 ) jak to było? czasami trzeba zrobić krok wstecz aby pójść dwa do przodu? jakoś tak to chyba leciało.

    Co do Twojej odpowiedzi w komentach:
    „Gdybym wyzdrowiał, to na pewno choroba przewartościowała moje priorytety i na pewno lepiej wykorzystywał będę czas, którego sporą część po prostu marnowałem. ” – to nie bądź dla siebie taki surowy – kilka lat prowadzenia wartościowego bloga to i tak więcej, niż większość z nas podejrzewam.

    pewnie napiszę tutaj jakiś truizm ale
    „nie poddam się na pewno, ale sama siłą woli nieraz nie wystarczy.” – no pewnie, że nie, w ślad za siłą woli, a może nawet i przed nią, muszą iść wiara oraz nadzieja. I nie są to dyrdymały bo powszechna powinna być wiedza o powiązaniu stanu psychicznego ze zdolnościami regeneracyjnymi organizmu. Ostatnio dowiedziałem się o efekcie NOCEBO (efekt ma miejsce również wtedy, gdy lekarz zasugeruje grożące niebezpieczeństwo. Samonakręcająca się myśl o chorobie lub utracie zdrowia zaczyna być realnym zagrożeniem.), o PLACEBO pewnie każdy słyszał ale o NOCEBO już nie. Tak więc życzę Tobie abyś nie wpadł w tą pułapkę.

    NA REHABILITACJĘ PRZYJDZIE CZAS, tymczasem się oszczędzaj i staraj się myśleć pozytywnie. Osobiście nienawidzę mówców motywacyjnych i tego całego coachingu ale tak po ludzku – unikaj stresu (co jest dużym wyzwaniem). Jest jak jest ze służbą zdrowia więc Ty rób swoje w ramach możliwości. Krok po kroku, jeden etap naraz.

    Skoro się już namądrowałem to tylko dodam, że ja ze swojej strony trzymam kciuki i wspominam Cię w modlitwach. Proszę Pana Boga o Twoje zdrowie!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *